Quantcast

Czwartek, 28 stycznia 2021. Imieniny Agnieszki, Kariny, Lesława

Władysław Katarzyński "Mój Olsztyn": Każda rodzina w kamienicy miała swój ogród

2020-09-19 20:10:23 (ost. akt: 2020-09-18 10:34:16)
Dzieciaki z naszego podwórka. Ja w pierwszym rzędzie po prawej, w czapeczce. Połowa lat 50. XX wieku

Dzieciaki z naszego podwórka. Ja w pierwszym rzędzie po prawej, w czapeczce. Połowa lat 50. XX wieku

Autor zdjęcia: archiwum Władysława Katarzyńskiego

Na nasze beztroskie, dziecięce życie miały duży wpływ marzenia i fantazje, a te z kolei były inspirowane przeczytanymi lekturami i opowiadaniami starszych. Kiedyś znalazłem na strychu kolorowy komiks, gdzie bohaterami był król, jego ministrowie i rycerze, a utrapieniem nękający ich smok. Chłopaki od razu to podchwycili.

Zobacz także: Władysław Katarzyński "Mój Olsztyn": Może harcerstwo? Mamy nieobsadzone!   Zaczęła się szkoła, ale nie jestem pewien, czy wraz z nią ruszyły również zajęcia pozalekcyjne. Po pierwsze, pandemia, więc po co dyrekcje mają obarczać...
Zobacz także: Władysław Katarzyński "Mój Olsztyn": Jak pan Stefan przeleciał przez konia... Wędrujące Towarzystwo Ośka, 1976 rok. Wojtek Jeżewski gdzieś w głębi Coraz częściej łapię się na refleksji, że ci z góry już zabierają ludzi z mojej półki. 28 sierpnia pożegnaliśmy w Olsztynie Wojtka Jeżewskiego, muzyka...
Zobacz także: Władysław Katarzyński "Mój Olsztyn": Ciocia Irenka, czyli jak być nianią Irena w wieku 17 lat Pozazdrościła mi żona Irena 14 książek, których jestem autorem i postanowiła, że opublikuje swoją. Przygotowana właśnie do druku książka nosi tytuł „Ciocia...
Zobacz także: Władysław Katarzyński "Mój Olsztyn": Potrzeba była matką naszych wynalazków Dzieci Zatorza, połowa lat 60. XX wieku Z pewnym niepokojem spoglądam na mojego wnuka, który potrafi godzinami grać w gry komputerowe, co powoduje, że w kąt poszły książki. Za naszych czasów...
Zobacz także: Władysław Katarzyński "Mój Olsztyn": Byliśmy wtedy jedną wielką rodziną! Lata 1960-1970, jedna z późniejszych działaczek Solidarności Maryna Okęcka-Bromkowa na trasie w poszukiwania warmińskiego i mazurskiego folkloru Ktoś powiedział, że dopiero kiedy się przejdzie na emeryturę, to narzeka się na brak czasu. I to się potwierdza. Ostatnio na zlecenie jednego z olsztyńskich...
Zobacz także: Władysław Katarzyński "Mój Olsztyn": Jakoś tak smutno w tej mojej dzielnicy... Ja na łące za blokami przy ul. Jagiellońskiej. Druga połowa lat 60. „Jakoś tak jest smutno w tej naszej dzielnicy, gdzie snują się cienie tych, którzy odeszli, wybite w piwnicy pustką okno krzyczy, dawno pozbawione swojej...
Zobacz także: Władysław Katarzyński "Mój Olsztyn": Nasze serca zostawiliśmy w sektorze B Piłkarze i działacze Warmii Olsztyn, początek lat 60. Spacerując ostatnio po Zatorzu, zajrzałem na stadion Warmii Olsztyn. Przedstawia smętny widok. Zniszczone ławki, zachwaszczony teren, domek klubowy z sublokatorami....
Zobacz także: Władysław Katarzyński "Mój Olsztyn": Szkoła uczy polskiego, podwórka łaciny Trajtek na ulicach Olsztyna W czasach mojego dzieciństwa nasze życie toczyło się pomiędzy domem, szkołą a podwórkiem. Moja babcia miała takie powiedzenie: "Szkoła uczy polskiego,...
Zobacz także: Władysław Katarzyński "Mój Olsztyn": Pchli targ, czyli towar za złotówkę Jedno z targowisk miejskich w Olsztynie, w okresie PRL. Kiedyś przy ulicy Gagarina, obecnie Sybiraków, było tu boczne boisko Warmii, na którym trenowały dzieci. Dzisiaj jest flumark, czyli pchli targ, gdzie...
Król — jak to królowie — mieszkał w zamku. Nasz zamek zbudowaliśmy w leżącej na sąsiednim podwórku piaskownicy z wybranej ze stawu gliny. Był okazały, z wieżyczkami i oknami z denek od butelek. Jako pomysłodawca zabawy zostałem nominowany na króla. Pozostali zadowolili się stanowiskami ministrów i rycerzy. Najsłabszy i najmniejszy z kolegów musiał zadowolić się statusem więźnia. W każdym przyzwoitym zamku było bowiem więzienie i z każdego takiego więzienia osadzony mógł z pomocą łopatki zrobić sobie podziemny podkop, żeby nim uciec.
Podkopy, którymi uciekali prawdziwi więźniowie, były — jak to gdzieś usłyszeliśmy — obudowane szalunkiem. Nie wiem, skąd szalunek wzięli do obudowy swoich podkopów ci z książek, my natomiast robiliśmy je z kawałków desek, które „pozyskiwaliśmy” ze stosów drewna przywożonych dla emerytów kolejarzy jako opał do pieców. Nie było wtedy w domach centralnego ogrzewania, w każdym mieszkaniu były poniemieckie piece.

Dziewczyny „piekły” bochny chleba


Pamiętam je — zbudowane z kafli z różnymi ludowymi wzorami, ze wspaniałą koroną na górze. Potem, kiedy założono centralne, piece zostały przez zdunów rozebrane, a kafle i korony sobie pozabierali, żeby je użyć u kogoś, kto takie zabytki cenił.

Ale wracając do naszego zamku. W naszym, to zrozumiałe, odbywały się również turnieje rycerskie. Walki na białą broń, podczas których używaliśmy — jako broni rzecz jasna — leszczynowych kijów, staczaliśmy na krawędzi piaskownicy, wzniecając tumany piasku i kurzu, które wpadały przez otwarte okna do mieszkań na parterze.

Kiedyś przyniosłem zdjęte z naszej otomany dwa duże wałki, które wspaniale imitowały cięższą oręż. Już po pierwszych uderzeniach pękły i sflaczały, a chmury pierza i sztucznego tworzywa wzniosły się aż pod dachy.

Na zamkach organizowaliśmy również biesiady. Dziewczyny „piekły” z gliny bochny chleba. Podawaliśmy je na fajansowych talerzach ze swastykami pod spodem, znalezionymi w skrzynce na strychu naszej kamienicy. Na te biesiady znosiliśmy również z pobliskiej łąki koniki polne, które miały imitować pokarm zwierzęcy. Pamiętam, że któryś z chłopaków, chcąc zaimponować rówieśniczkom, połknął takiego pasikonika i potem zrobiło mu się niedobrze. Po latach, kiedy już byłem większy, przyjechała do nas z Francji pewna Polka z córką, która okazała się moją kuzynką. Po polsku mówiła słabo, ale jakoś się porozumieliśmy. Akurat przeczytałem wtedy „Wyspę Robinsona” Daniela Defoe i wyobraźnia natychmiast podsunęła mi pomysł, że skoro na menu Robinsona składały się różne stworzenia, to jest znakomita okazja, żeby spróbować... żab, którymi delektują się Francuzi.

Nasza nowa znajoma to zaakceptowała, trzeba było teraz te żaby zdobyć. Żyło ich mnóstwo na mokradłach za Stadionem Leśnym. Przynieśliśmy je w dwóch kankach po mleku, w tym jedną ropuchę, która została z miejsca zdyskwalifikowana jako niejadalna. Potem znaleźliśmy dla niej schronienie pod deską w piwnicy, gdzie było dość mokro i mieszkały tam różne stworzenie, które mogły stanowić jej pożywienie. Po jakimś czasie gdzieś zniknęła, zakwalifikowaliśmy ją więc do kategorii więźnia, który znalazł drogę ucieczki. Co do innych żab, francuska kuzynka, jak ją podejrzałem przez uchylone drzwi łazienki , pozabijała je uderzając o kant wanny, nacięła żyletką i obdarła ze skóry, po czym usmażyła na nakrętkach od weków. Część żab podaliśmy z bratem na przyjęciu rodzinnym jako świeżo złowione okonki, inne wynieśliśmy rówieśnikom na zamkowe przyjęcie. Dziewczyny od razu powiedziały, że jeść tego świństwa nie będą, a chłopaki... jak to chłopaki, chcieli im zaimponować, więc usmażone żabki zostały zjedzone co do okruszka. Zapomniałem o smoku. Miała niepowtarzalną szansę wcielić się w tę rolę piękna ważka, schwytana pod lasem siatką na motyle. Na szczęście w „przerobieniu” jej na smoka na uwięzi fruwającego nad zamkiem przeszkodziła moja mama.

Ogródki były za kamienicami


Ważnym elementem naszych zabaw, pobudzanych przez naszą dziecięcą fantazję stanowił trzepak. Był na przemian biegunem północnym lub południowym, który należało zdobyć. Tu inspirowały nas przygodowe książki Aliny i Czesława Centkiewiczów. I choć trzepak był z daleka dobrze widoczny, dotarcie do takiego bieguna nie było łatwe.

W wymyślonej przez nas grze brały udział startujące równocześnie dwie drużyny, z których każda na podstawie „Płomyczka” opracowywała dla przeciwnika zestaw zagadek związanych z polarnymi przygodami. Trasy, prowadzące od bramy do trzepaka były dwie. Czas odliczaliśmy drużynom na budzikach. Po drodze należało odgadnąć treść zagadek, które umieszczaliśmy we wnękach murów lub pod cegłami. Każde odgadnięcie zagadki to kilka kroków naprzód. Kiedyś jeden z kolegów wysłał do ”Płomyczka” opis naszej gry i ku naszej radości został wydrukowany.

Stojący za kamienicami wysoki kasztan był z kolei Mount Everestem, którego szczyt też zdobywało się na czas. W trakcie wspinaczki któryś z nas rzucał hasło: „Oddech!”. I wtedy oddech należało na kilka sekund wstrzymać. Kiedyś tak „straciłem oddech”, że spadłem z tego kasztana, ale nic mi się nie stało.

Na kasztanie budowaliśmy też „bazy” z desek, w których można było odpocząć. Był też punktem obserwacyjnym służącym do śledzenie ruchów wojsk przeciwnika. I wreszcie ogródek. Ogródki były za kamienicami. Każda rodzina w kamienicy miała swój. Tu szukało się skarbów zakopanych przez nas pomiędzy warzywami, a inspirację do tych zabaw były na przykład książka „Wyspa skarbów” Roberta Stevensona czy też opowiadania pewnego emerytowanego kolejarza, hodowcy gołębi, który za młodu pływał na statkach wielorybniczych. U nas „skarbami” były srebrne łyżeczki ściągane z zastawy stołowej, podarunek babci dla mamy. A kiedy przyszedł okres fascynacji książkami Juliusza Verne, budowaliśmy z papieru statki powietrzne z kory obciążane ołowiem okręty podwodne i inne obiekty, które przenosiły nas w tych beztroskich latach w świat fantazji i przygody.

Władysław Katarzyński

Alina Centkiewicz
Urodziła się w 1907 r w Hłuszkach na Ukrainie, zmarła w 1993 r. w Warszawie; autorka (wraz z mężem Czesławem Centkiewiczem) książek podróżniczych, głównie o tematyce polarnej.
W 1925 Alina Centkiewicz ukończyła gimnazjum żeńskie Związku Nauczycielstwa Polskiego. Swoją pierwszą podróż (do Brazylii) odbyła w 1923 r. wraz z ojcem, który pełnił funkcję prezesa Stowarzyszenia Opieki nad Emigracją. Na studia prawnicze wyjechała do Grenoble. 4 grudnia 1926 r. w czasie jednej z wycieczek w Alpy poznała swego przyszłego męża. Ślub odbył się w listopadzie 1939 r.
Po powstaniu warszawskim trafiła do obozu w Ravensbrück, a pod koniec wojny do Stuttgartu. W 1946 r. powróciła do kraju i odnalazła męża. Zamieszkali w Jeleniej Górze.
Była pierwszą Polką (szóstą kobietą na świecie), która stanęła na Antarktydzie.

Czesław Centkiewicz
Urodził się w 1904 rw Warszawie, zmarł w 1996 r.; pisarz, reportażysta, podróżnik. Ukończył Gimnazjum św. Kazimierza w Warszawie (1924), następnie Institut Superieur w Liège (Belgia). W 1920 jako żołnierz Armii Ochotniczej brał udział w wojnie przeciw bolszewikom. Z zawodu inżynier elektryk. Był autorem prac naukowych z zakresu radiometeorologii i elektrotechniki. W latach 1932–1933 kierował pierwszą polską wyprawą polarną na Wyspę Niedźwiedzią. W latach 1934-1939 pracował w Obserwatorium Aerologicznym Państwowego Instytutu Meteorologicznego w Legionowie.
Po powstaniu warszawskim trafił do obozu koncentracyjnego Neuengamme koło Hamburga. W drugiej połowie 1955 przeprowadził się wraz z żoną Aliną na Saską Kępę w Warszawie.
Był autorem wielu powieści młodzieżowych i reportażowych poświęconych terenom podbiegunowym; większość z utworów napisał wspólnie z żoną.



Czytaj e-wydanie
Gazeta Olsztyńska zawsze pod ręką w Twoim smartfonie, tablecie i komputerze. Codzienne e-wydanie Gazety Olsztyńskiej, a w piątek z tygodnikiem lokalnym tylko 2,46 zł.

Kliknij w załączony PDF lub wejdź na stronę >>>kupgazete.pl


Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (7) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. Gato #2975012 | 83.31.*.* 21 wrz 2020 14:44

    Poniemiecki Olsztyn był wspaniałym miejsce do mieszkania nawet w centrum miasta... myśmy mieli: podwórko z garażami... ogródek i sad... górkę do sanek i stawek dla łyżwiarzy... uliczne lipy sięgały do okien i... nie było takich dziur w chodnikach jak dzisiaj (sic!)...

    Ocena komentarza: warty uwagi (5) ! - + odpowiedz na ten komentarz

  2. Zatorzak #2974782 | 31.0.*.* 20 wrz 2020 19:44

    Władek. Pisz które podwórko opisujesz. Mieszkałeś na Jagiellonskiej 31 to trzepak stoi. Pozdrawiam.

    Ocena komentarza: warty uwagi (7) ! - + odpowiedz na ten komentarz

  3. Sztandarterfirer Obergefrajter Hans Sztetke #2974648 | 85.191.*.* 20 wrz 2020 10:58

    Mowili na nas glupie strony ale bali sie nas, w latach 60/70 nikt obcy nie wszedl, prawdziwe Zatorze to od Limanowskiego porzez Zeromskiego do Kasprowicza, reszta to pizdy byli,

    Ocena komentarza: warty uwagi (6) ! - + odpowiedz na ten komentarz pokaż odpowiedzi (1)

    1. Joanna #2974608 | 195.136.*.* 20 wrz 2020 09:15

      A mnie inspirował Król Maciuś Pierwszy no i... Tytus, Romek i A’Tomek. To książki nie tylko dzieci z Zatorza

      Ocena komentarza: warty uwagi (5) ! - + odpowiedz na ten komentarz

    2. abc #2974606 | 195.136.*.* 20 wrz 2020 09:11

      Zabawa w skarby lub sekrety ... Na ulicy Kolejowej w podwórku jest mój skarb – tam z koleżanką wykopałyśmy w ziemi dołek, ułożyłyśmy w nim kwiaty i znalezionego zabitego ptaszka, przykryłyśmy to szkiełkiem i zakopalyśmy. Była to nasza wielka tajemnica – i już nigdy nie mogłyśmy odszukać potem naszego sekretu.

      Ocena komentarza: warty uwagi (6) ! - + odpowiedz na ten komentarz pokaż odpowiedzi (1)

      Pokaż wszystkie komentarze (7)