Quantcast

Poniedziałek, 30 listopada 2020. Imieniny Andrzeja, Maury, Ondraszka

Władysław Katarzyński "Mój Olsztyn": Rekordy duże, rekordy małe, rekordy mniejsze

2020-10-10 20:10:23 (ost. akt: 2020-10-09 12:21:10)
Rekordowy skok Józefa Szmidta

Rekordowy skok Józefa Szmidta

Autor zdjęcia: Fot. archiwum GO

15 sierpnia 2020 roku minęło 60 lat od ustanowienia przez Józefa Szmidta na Stadionie Leśnym w Olsztynie rekordu świata w trójskoku, wynikiem 17.03. Wielu mieszkańców Olsztyna zapewnia, że byli świadkami tego wyczynu. Ja o mały włos.

Zobacz także: Władysław Katarzyński "Mój Olsztyn": Świnka skarbonka, czyli październik miesiącem oszczędności Władysław Katarzyński "Mój Olsztyn": Świnka skarbonka, czyli październik miesiącem oszczędności Pamiętam, że kiedy zbliżał się październik, to razem z nim akcja „Październik miesiącem oszczędzania”. Każdemu z uczniów SKO, czyli Szkolna Kasa Oszczędności,...
Zobacz także: Władysław Katarzyński "Mój Olsztyn": Od Daru Olsztyna do Rekina z „Noża w wodzie” Władysław Katarzyński "Mój Olsztyn": Od Daru Olsztyna do Rekina z „Noża w wodzie” W tym roku mija ponad 30 lat, jak w stoczni jachtowej w Szczecinie trafił do remontu legendarny „Dar Olsztyna”, skąd już na morze nie powrócił. Dzisiaj...
Zobacz także: Władysław Katarzyński "Mój Olsztyn": Każda rodzina w kamienicy miała swój ogród Dzieciaki z naszego podwórka. Ja w pierwszym rzędzie po prawej, w czapeczce. Połowa lat 50. XX wieku Na nasze beztroskie, dziecięce życie miały duży wpływ marzenia i fantazje, a te z kolei były inspirowane przeczytanymi lekturami i opowiadaniami starszych....
Zobacz także: Władysław Katarzyński "Mój Olsztyn": Może harcerstwo? Mamy nieobsadzone!   Zaczęła się szkoła, ale nie jestem pewien, czy wraz z nią ruszyły również zajęcia pozalekcyjne. Po pierwsze, pandemia, więc po co dyrekcje mają obarczać...
Zobacz także: Władysław Katarzyński "Mój Olsztyn": Jak pan Stefan przeleciał przez konia... Wędrujące Towarzystwo Ośka, 1976 rok. Wojtek Jeżewski gdzieś w głębi Coraz częściej łapię się na refleksji, że ci z góry już zabierają ludzi z mojej półki. 28 sierpnia pożegnaliśmy w Olsztynie Wojtka Jeżewskiego, muzyka...
Zobacz także: Władysław Katarzyński "Mój Olsztyn": Ciocia Irenka, czyli jak być nianią Irena w wieku 17 lat Pozazdrościła mi żona Irena 14 książek, których jestem autorem i postanowiła, że opublikuje swoją. Przygotowana właśnie do druku książka nosi tytuł „Ciocia...
Zobacz także: Władysław Katarzyński "Mój Olsztyn": Potrzeba była matką naszych wynalazków Dzieci Zatorza, połowa lat 60. XX wieku Z pewnym niepokojem spoglądam na mojego wnuka, który potrafi godzinami grać w gry komputerowe, co powoduje, że w kąt poszły książki. Za naszych czasów...
Zobacz także: Władysław Katarzyński "Mój Olsztyn": Byliśmy wtedy jedną wielką rodziną! Lata 1960-1970, jedna z późniejszych działaczek Solidarności Maryna Okęcka-Bromkowa na trasie w poszukiwania warmińskiego i mazurskiego folkloru Ktoś powiedział, że dopiero kiedy się przejdzie na emeryturę, to narzeka się na brak czasu. I to się potwierdza. Ostatnio na zlecenie jednego z olsztyńskich...
Stałem wówczas z rówieśnikami przed płotem otaczającym stadion, nie mając pieniędzy na bilet. Kiedy rozległ się krzyk widzów z trybun, kwitujących rekord, porządkowi opuścili swoje posterunki i pobiegli w tamtą stronę, a my za nimi. Na bieżni tańczył ze szczęścia Szmidt.

„Cromwell” ważył 56 kilogramów


Dzisiaj będzie o rekordach, zarówno dużych, jak i małych. Z powodu pierwszeństwa zacznę od rekordu z brodą olsztyńskiego artysty plastyka Artura Nichthausera — na podstawie jego felietonów, zwanych „Kufelkami”. Jako pacholę, w wieku 4 lat został Arturek deportowany z rodzicami na Sybir. Wagony z aresztowanymi przez NKWD „pasażerami” stanęły gdzieś na umownej granicy pomiędzy Europą a Azją. Podczas gdy uzupełniano zapas węgla i wody w parowozie, pozwolono wygnańcom rozprostować kości. Jak wspomina malarz, swoje rozprostowywał, biegając w tę i z powrotem z Europy do Azji.
— Kilkanaście razy! — zapewnia Artur. — To chyba rekord świata!

Innym rekordzistą, którego znam osobiście, jest kolega z sąsiedniego podwórka Zbyszek Milczarek, niegdyś operator filmowy związany z Wojewódzkim Domem Kultury. Filmy, jak wspomina, sprowadzało się wtedy z Filmoteki Narodowej w Warszawie.
— Ale nie zawsze dawano mi samochód, często musiałem jeździć po nie pociągiem — relacjonuje.

Pakunki z filmami były ciężkie. Taśmy z dramatem historycznym „Cromwell” Hena Hughesa miały 9 kilometrów długości, mieściły się w 12 pudlach, a te z kolei ważyły 56 kilogramów. To ci rekord!

Od czasu do czasu Zbyszek wyświetlał filmy w terenie, na przykład w Gierłoży, w dawnej kwaterze Hitlera, film o zamachu „Sprawa Heusingera”.
— Latem seanse odbywały się od 8 do 20 bez przerwy — opowiada. — W sumie wyświetlałem go na zmianę z kolegą chyba z dwieście razy! Podobnie jak film o bitwie pod Grunwaldem w Stębarku.

Nie będę rozmawiał na lekcjach x 250


A teraz o moich rekordach. Od małego, niczym japońskie dziecię, byłem przyzwyczajony do rywalizacji. Obok miejsca do gry w piłkę na podwórku (mój rekord to 9 godzin grania bez przerwy!), wyznaczyliśmy sobie na polach za kamienicą miejsce do lekkoatletycznych zmagań. W tamtym okresie fascynowała nas tyczka. Moją tyczką była bambusowe wędzisko, a poprzeczką stojący tam trzepak. Kiedy po kilku nieudanych próbach udało mi się wreszcie pokonać trzepak, poczułem się dumny jak Józef Szmidt. Wyczyn ten również zapamiętałem dlatego, że lądując po drugiej stronie poprzeczki, wykręciłem sobie stopę.

Innym moim osobistym rekordem w dziedzinie lekkoatletyki była w szóstej klasie odległość 5,45 m w skoku w dal na zawodach szkolnych. W rezultacie trafiłem na mistrzostwa szkół podstawowych w Olsztynie. Odbyły się, a jakże, na legendarnym Stadionie Leśnym. Zająłem drugie miejsce, otrzymałem puchar i dyplom.

A jeśli mówimy o szkole, to w moich czasach wychodziło już z „mody” nakazywanie przez nauczyciela: Napisz sto razy: „Nie będę rozmawiał na lekcjach”, ale w moim przypadku tego rodzaju zdarzenie istotnie miało miejsce. Któregoś dnia posadzono mnie za karę w jednej ławce z koleżanką, bo narysowałem na tablicy w czasie przerwy karykaturę rusycysty. Usiedliśmy razem, ale ja rozśmieszałem moją rówieśniczkę przez całą następną lekcję. Rozeźlony pedagog, któremu zalazłem w tym dniu za skórę, kazał mi napisać po lekcjach wspomniane „nie będę” nie raz, ale 250 razy! Ręka bolała mnie przez trzy dni.

Wspomniałem tu o bambusowym wędzisku, więc teraz o moich rekordach wędkarskich. Miałem wtedy dziewięć lat, kiedy pojechaliśmy z rodzicami nad Narew, na wieś do wujka. Ten był zapalonym wędkarzem. Pewnego dnia wypłynęliśmy na Narew na ryby. Ja łowiłem żywca, wujek szczupaki. Długo nic mu nie brało, więc nieco znudzony oddał mi swoją wędkę. I w tym momencie spławik gwałtownie się zanurzył.
— Bierze! — krzyknął wujek, a ja omal nie wyleciałem za burtę.

Szczupak, jakiego z pomocą wujka wciągnąłem do łódki, ważył 6,5 kilograma. Nigdy potem tak dużej ryby nie złowiłem, chociaż trafiła mi się ponadkilogramowa krasnopióra, pięciokilowy karp oraz trzykilowy amur.

Wszyscy, którzy mnie znają, wiedzą, że jestem zapalonym grzybiarzem. Co roku rywalizujemy z panem Markiem o to, kto pierwszy znajdzie prawdziwka i ile ich znajdzie. Mój rekord to 84, jego kilka razy więcej. Każdy z nas ma swoje miejsce, którego za nic nie zdradzi.

Pięć lat temu w lesie pod Prejłowem znalazłem kanię, której kapelusz nie ustępował rozmiarowi małej parasolce.

Z moim dorobkiem grzybowym są też związane inne „rekordy”. Kiedyś ucięły mnie w lesie trzy szerszenie, bo wpadłem jedną noga w ich gniazdo. Innym razem dostałem dawkę użądleń kilkunastu os, bo też naruszyłem ich spokój domowy. Wtedy pani Jadzia z Giław, miejscowa „szamanka”, posmarowała piekące cebulą i nazajutrz śladu nie było.

Na drogach powiatów


Zanim zostałem dziennikarzem, pracowałem jako nauczyciel. Najpierw w Szkole Podstawowej w Jarotach, potem w Giławach. Do tej drugiej dojeżdżałem codziennie przez 14 lat. Powiecie: A cóż w tym nadzwyczajnego? Ano to, że Giławy leżą w odległości 21 kilometrów od Olsztyna, a ja, żeby zdążyć na lekcje, dojeżdżałem głównie ciężarówkami ze żwirem, bo niedaleko była żwirownia, a autobus przyjeżdżał po ósmej. Kiedyś przyjechał do nas na spotkanie autorskie pisarz Henryk Panas i napisał o tych moich dojazdach w „Warmii i Mazurach”.

Swego czasu, jako 49-latek, byłem najstarszym zawodnikiem piłkarskiej A-klasy Ihar Bartążek, gdzie trafiłem po grze w OKS i Warmii Olsztyn. I wtedy w sezonie strzeliłem 36 bramek.

Jeśli chodzi o Olsztyn, dzierżę również rekord w liczbie napisanych tekstów piosenek. Uzbierało się tego, jak niedawno obliczyłem, ponad 300.
— Nie ma zespołu, dla którego Katarzyński nie pisze! — stwierdził w książce „Kto się boi braci Rojek” Andrzej Brzozowski.

Trochę przesadził, ale moje teksty mają w repertuarze między innymi Kapela Jakubowa, Czerwony Tulipan, Enej, a ostatnio countrowa Grupa Babsztyl.
Jestem też laureatem kilkudziesięciu różnych nagród literackich — dwie z nich otrzymane z Tadkiem Machelą za piosenkę w położonym rekordowo daleko od Olsztyna Melburne, w polonijnym konkursie satyrycznym.

Podczas swoich reporterskich wędrówek, a byłem w niemal wszystkich miejscowościach województwa, a we wszystkich powiatu, napotkałem wiele osób, które legitymują się równie ciekawymi rekordami. Należy do nich małżeństwo Karczewskich ze wsi Kuligi w gminie Grodziczno, które dochowało się aż 21 dzieci. A także nieżyjący dziś pan Józef Buczyło ze wsi Zielonka, który, kiedy go odwiedziłem, miał lat… 117. Ponad 1500 młynków do kawy i pieprzu zgromadził jak dotąd ksiądz Jan Pietrzyk, proboszcz z Butryn. Zbigniew Nowakowski z Dywit, budowlaniec z zawodu, swój garaż wytapetował mozaiką z 8 tysięcy kapsli od napojów.

Jeśli chodzi o olsztyński światek artystyczny, swoisty rekord ma w życiorysie artysta plastyk Edward Ratuszyński, który potrafi namalować trzy obrazy dziennie, a raczej w nocy, bo on tylko nocą maluje. Kiedyś uwiecznił na obrazach powieść „W 80 dni dookoła świata” Juliusza Verne, malując w nocy jeden obraz, a nazajutrz wystawiając go w kawiarni „U Artystów”. Po dziesięciu wernisażach pod rząd odpuściliśmy sobie następne. Jak wieść niesie, ponoć artysta dotrwał do końca.

Władysław Katarzyński



Czytaj e-wydanie
Gazeta Olsztyńska zawsze pod ręką w Twoim smartfonie, tablecie i komputerze. Codzienne e-wydanie Gazety Olsztyńskiej, a w piątek z tygodnikiem lokalnym tylko 2,46 zł.

Kliknij w załączony PDF lub wejdź na stronę >>>kupgazete.pl

Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (7) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. kat #2988108 | 83.6.*.* 19 paź 2020 10:59

    ehhh. Przechwalanki jak na przełomie zerówki i pierwszych klas podstawówki. Czas na pomoc przy redagowaniu treści i formy.

    ! - + odpowiedz na ten komentarz

  2. Zofia 86 lat #2987960 | 5.172.*.* 18 paź 2020 20:27

    Szkoda że Pan Władek zapomniał o Danucie Piecyk. Olimpijce z Monachium, mistrzyni i rekordzistką świata w biegu sztafetowym 4x400 m. xaj

    Ocena komentarza: warty uwagi (2) ! - + odpowiedz na ten komentarz

  3. Alda #2985501 | 31.0.*.* 14 paź 2020 09:50

    Proszę sprawdzić co się napiszę. Sorry gościu bzdury itp.

    Ocena komentarza: warty uwagi (1) ! - + odpowiedz na ten komentarz

  4. maniek #2985240 | 77.114.*.* 13 paź 2020 16:51

    on reporter.....???!!!. Bardziej bajarz, ale też mu to marnie wychodzi bo cały czas go ktoś łapie jak przeinacza, przemilcza i naciąga. Najbardziej to mu chwalenie wychodzi. Kto go tutaj wpuścił.

    Ocena komentarza: warty uwagi (5) ! - + odpowiedz na ten komentarz

  5. Xyz #2984803 | 95.160.*.* 12 paź 2020 20:28

    Opowieści dziwnej treści.

    Ocena komentarza: warty uwagi (5) ! - + odpowiedz na ten komentarz

Pokaż wszystkie komentarze (7)