Jak się tu kiedyś mówiło

2021-04-01 16:36:32 (ost. akt: 2021-04-01 16:49:13)
Łukasz Ruch jest współorganizatorem konkursu „Po naszamu. Po warnijsku”

Łukasz Ruch jest współorganizatorem konkursu „Po naszamu. Po warnijsku”

Autor zdjęcia: Anna Urbanik, GOK Dywity

31-letni Łukasz Ruch od dawna specjalizuje się w warmińskiej gwarze. Jak sam mówi, gwary uczy się ciągle, ponieważ tu nie ma reguł i zasad. Pan Łukasz opowiedział nam o tym, jak ta pasja pojawiła się w jego życiu.
PRZECZYTAJ KONIECZNIE: Nowe życie dawnych książek

Nowe życie dawnych książek

— Czy w pana domu używano gwary warmińskiej?
— I tak i nie, choć dziadkowie gwarę znali, to starali się jej nie używać, bo pamiętali doskonale czasy, kiedy mówienie nią nie było mile widziane. Choć na co dzień starali się mówić czystą polszczyzną, to jednak taka czysta do końca ona nie była i pojawiały się w niej warmińskie zwroty. Inaczej było, kiedy żyła jeszcze moja prababcia, bo ona praktycznie tylko mówiła po warmińsku i to chyba jeszcze z tamtych powiedziałbym moich bardzo dziecięcych lat, dużo tej gwary w mojej głowie później odnalazłem. Pamiętam jeszcze, że spotkania moich dziadków ze znajomymi i ich rodzeństwem były czasem, gdzie można było w naszym domu usłyszeć, jek sia kedajś tu godało.

— Skąd wzięło się zainteresowanie właśnie gwarą?
— Tu nie zaskoczę jakąś niezwykłą historią. To przypadek, zbieg okoliczności. Zaproponowano mi w szkole podstawowej udział w konkursie wiedzy o regionie, później były kolejne, w gimnazjum pojawiły się konkursy prezentacji gwary i problem z tekstem, który miał być zabawny. Nic mi wtedy nie pasowało, więc z pomocą dziadków napisałem swój tekst. Konkurs wygrałem, tekst opublikowała „Gazeta Dywicka”, a ja po rozmowie z moją nauczycielką, aktywnie działającą w tej gazecie, panią Mariolą Grzegorczyk, postanowiłem pisać dalej i piszę do dziś.

— Kiedy na poważnie zaczął się pan jej uczyć?
— Na początku pisałem, jak umiałem, korzystając z wiedzy dziadków i przeglądając teksty Edwarda Cyfusa. Jednak nie było to łatwe. W gwarze ciężko o reguły, gdyby nie pomoc ze strony dziadków nic bym nie napisał, gdyby nie te ich słynne „tak sia nie móziuło łu noju” i poprawa mnie, nie było by mojej warmińskiej gwary. A na poważnie zaczęło się z Edwardem Cyfusem, on podchodził do tego z większą chęcią niż dziadkowie, którzy zawsze powtarzali, że po co mi ta gwara. Pomagał, poprawiał i robi to do dziś.

— Z czego czerpał pan wiedzę, uczył się gwary? Czy są podręczniki na ten temat?
— Dziś jest elementarz, teksty gwarowe w internecie, mamy jeszcze nasz słownik, a wtedy tak jak mówiłem byli dziadkowie, Edward Cyfus, jego gawędy i naukowy słownik Wiktora Steffena, który i był przydatny i nie był. Wtedy w 2005, w 2006 roku, wielu od niedawna dowiedziało się, że jest coś takiego jak Warmia.

— Czy nauka gwary jest trudna?
— Na to pytanie chyba powinni odpowiadać ludzie uczący się jej od zera. Ja gwarę słyszałem jako dziecko i do niej wróciłem. Tak, gwary warmińskiej uczę się cały czas i cały czas mnie zaskakuje. Na początku może wydawać się prosta, jednak z nią jak w przysłowiu: im dalej w las, tym więcej drzew. Tu nie ma reguł, zasad, wiele rzeczy przychodzi z czasem, to kwestia intuicji, dlatego najważniejsze w nauce jest jej czytanie, czytanie teksów gwarowych.

— Jak na to zainteresowanie reagowała i reaguje rodzina?
— Rodzice, ciocie i wujkowie troszkę się śmiali, ale nigdy nie krytykowali. Córka ma dziś półtora roku. W ubiegłym roku miała okazję pomachać mi spod sceny, robiąc wielkie oczy na mój widok w stroju warmińskim. Tu dodam nowym stroju, który jest prezentem od żony.

— Czy ma pan szanse czasami porozmawiać z kimś w gwarze?
— Rzadko, ale jeszcze się zdarza. Najczęściej z Edwardem, choć my częściej rozmawiamy po polsku, jednak po ostatniej wspólnej pracy nad słownikiem, widzę, że zdarza nam się częściej pogodać. Z kim jeszcze? Nieraz podgaduje po warmińsku mój chrzestny, wujek Konrad, a jak się spotka czasem kogoś, kto pochodzi stąd, to i sia ciasam somamu podgodo po naszamu, choć tych ludzi niestety jest coraz mniej.

— W związku z tą umiejętnością, przed pandemią, występował pan na wielu imprezach. Jak reagują ludzie, gdy zaczyna pan mówić ze sceny w gwarze?
— Jak zaczynałem kiedyś pojawiać się na scenie — na samym początku — byli zaskoczeni, gwarę znali nieliczni, tylko w wykonaniu Edwarda Cyfusa, a wielu nawet jej nie słyszało. Dziś już chyba przyzwyczaili się do tej mowy, a usłyszeć gwarę warmińską na imprezie o charakterze regionalnym, to już nic nadzwyczajnego. Cieszy mnie również fakt, że coraz częściej w gwarze też się śpiewa, że pojawiają się zespoły chcące przekazywać folklor tego regionu w jego prawidłowym brzmieniu muzycznym, jak i językowym.

— Czy jest pan najmłodszą osobą, która tę gwarę zna i umie? Czy zgłaszają się do pana ludzie, którzy chcą się jej uczyć?
— Mam nadzieję, że nie jestem tym najmłodszym. Choć gwarę znam, to też cały czas ją poznaję, tak jak wielu młodych ludzi, którzy zgłaszają się na konkurs gwary warmińskiej, którego jestem współorganizatorem. „Po naszamu. Po warnijsku” co roku pokazuje, że młodzi chcą poznawać mowę mieszkańców Warmii. Oni znajdują czas na konkurs, na warsztaty go poprzedzające. To wydarzenie nadaje też duży sens mojej pracy i pokazuje, że warto chronić gwarę warmińską przed zapomnieniem. Konkurs pokazał też, że potrzeba słownika, choć o nim myśleliśmy już od lat. Uczestnicy tych zmagań udowadniają nam, że wpisanie gwary warmińskiej na listę niematerialnego dziedzictwa kultury UNESCO miało sens, bo ta gwara żyje, troszkę w innej przestrzeni niż przed laty, ale żyje!

— Czy ma pan plany na przyszłość związane z gwarą?
— Cały czas. Każdy rok, to nowe projekty, nie tylko ściśle związane z gwarą, ale i całą Warmią. W ubiegłym roku dzięki Gminnemu Ośrodkowi Kultury w Dywitach miałem przyjemność zająć się tematyką kiermasów warmińskich, a w tym roku wiem, że otrzymaliśmy już zielone światło na kolejne działanie dotyczące warmińskiego rzemiosła. Na pewno, jeśli chodzi o gwarę, to w tym roku czeka nas kolejny siódmy konkurs "Po naszamu. Po warnijsku".

— Mieszka pan na Warmii?
— Mieszkam, jak to mawiali Warmiacy na plonach czyli na kolonii, na skraju gminy Jonkowo w miejscowości Kajny, wiele osób kojarzy minie z Bukwałdem, tak bo on zaczyna się za naszym polem. Tam niegdyś chodziłem do szkoły podstawowej i tam oficjalnie mieszkam za sprawą adresu zameldowania, dzięki niemu mogłem być uczniem bukwałdzkiej i dywickiej szkoły. Sercem też mi bliżej do tych miejscowości i do gminy Dywity, co nie znaczy, że nie kocham miejsca w którym mieszkam, czyli Kajn, w których wychowano nie jedno pokolenie naszej rodziny, miejsce, które kiedyś kupili moi prapradziadowie, wyprowadzając się — co zabawne — właśnie z Bukwałdu.

— Czy mógłby pan pochwalić się tekstem napisanym w gwarze?
— Tekstów powstało sporo, ale zawsze najlepiej pamiętam ten pierwszy, czyli "Zielgónoc po Warnijsku", w pierwszej wersji brzmiał nieco inaczej, ale po latach do niego wróciłem i poprawiłem by był warmiński w stu procentach.

Karolina Król

Zielgónoc po Warnijsku
Pora lot tamu nazod, przyjechoła do noju tako nowo kobziyta. Wszystke baby we wsi i noszo Hildka móziuły, co łóna bodoj z ty Warszawy je i w cejtunku robzi. Przyjechała, to przyjechała. Jena zawdy we ziosce ziancy. Tero, to kożdan jedan człoziek sia przydo, bo z tam cołam przyrostam naturowam, to i łu noju je już nie nolepsi, ale djochli z tam przyrostam, lepsi łopoziam woma, co dali buło z tó babó.
No jó, to przyszła ta Zielgónoc. Noszo nowo chcioła sia trocha noma pokozać i tak jek my to śwanto fejrować. Kupsiuła sobzie ta kobziyta ksiójżkow, pewno ze sztyrnoście i cytoła. Noprzód buło fejn. W niydziela przed Śwantami zrobziuła tako palma z koćków i brzozowych zitków. Pośwanciuła jó. Tlo potam wycytała, co brok tych bziołych kulków pozryć, coby gordziyl w nowam roku nie boloła. Ale nie zidziała, co w ksiójżce stojało, coby pora pozryć! No i pożerła wszystke, co na ty palmnie byli. Jek łóna sia po tam rozchorzała, co jó do spsitola zazieźli, ale cołe szczajście chućko wyzdrozioła W zielgi psióntek pościuła, jek na Warnijoka przystoji. W sobota poszła jojka śwancić, tlo tygój to kedajś nie robzilim łu noju. My dopsiyru tero jydło śwanciwam, ale niech łóna robzi sobzie co chce.
Wszystko buło znowój fejn, tlo jek przyszła niydziela, to ta noszo nowo wycytoła, co łu noju na Waniji, to sia panny w psiyrszy dziań śwanta do naguśka rozwlykały i potam kómpały w taki wodzie, co na wschód jidzie. Jek w ksiójżce stojało, tak zrobziuła, choc łóna sprowdy pannó już nie je.
Ło czworty sia z łoża zebrała, rozwlekła sia i poleciała ty wody co na wschód jidzie szukać, tlo ni jek ji nolyźć ni mogła, bo łu noju w koło tlo some bagna só. Jek ty wody nie nolazła, to łumyśluła sobzie, co sia w tam Hubertowam bagnie wykómpsie. Jek łóna tamój skokła, jek w to błoto wleciała łod somygo brzega, to sia rycho nie łutopsiuła. Cołe szczajście Hubert jó łoboczuł i łodratowoł. A jek już wylazła, to sia tlo za dupa ficiuła przed Hubertam i poleciała precz. Bziydny Hubercik, bodoj jeszcze za to łodratowanie łod Hildki po łbzie dostoł, ale djochli z Hildó i ji chłopam, co buło z Warszazioczkó? Jek tlo do chaty dolazła, to już prazie szósto buła i do kościoła jiść brok buło. No to łóna sia chućko łoptoknóła w tam jekuzu czy jekoś tak. Tero to rozmajitygo pracharstwa narobzili, razu człoziek nie ziy, jek to sia mózi. No i poleciała, a jek przylazła nazod z kościoła, to wzióła te wszystke ksiójżki i jych w kónt cisnóła.
No jó, to tak sia skonczuła ta warnijsko-warszawsko Zielgónoc. Ciykow am je, jek latoś noszo siójsiodka bańdzie to śwanto fejrować? Ale tak sprowdy woma poziam, co ni ma tygój złygo, coby na dobre noma nie poszło. Bo taki Zielgónocy, to każdan jedan człoziek nie zaboczy na zawdy.
To do zidzanio i tedy drugi roz.
Łukasz Ruch

Wielkanoc po warmińsku (streszczenie po polsku)
Kilka lat temu przyjechała do nas nowa kobieta. Mieszkanki wsi mówiły, że pracuje w Warszawie. Mówiły: dobrze, że przyjechała, będzie więcej kobiet. Nowo przybyła chciała z nami świętować Wielkanoc, ale nie wiedziała jak, więc kupiła kilkanaście książek. Najpierw szło jej dobrze, zrobiła palmę, poświęciła ją w niedzielę palmową. Potem przeczytała, że jak się zje bazie, to dobrze przeżyje się rok. I zjadła, ale nie doczytała, że wystarczy kilka, a zjadła wszystkie i trafiła do szpitala. Wróciła w Wielki Piątek. W sobotę poszła ze święconką do kościoła. Jak przyszła niedziela, wyczytała w swoich książkach, że panny w pierwszy dzień świąt rozbierały się i kąpały w wodzie, która idzie na wschód. Choć prawdziwą panną już nie była, wstała o 4 rano, rozebrała się i szukała wody płynącej na wschód. A u nas wkoło tylko same bagna. Znalazła bagno Hubertów, wskoczyła i o mało się nie utopiła. Na szczęście Hubert ją uratował (zresztą dostał burę od swojej Hildy). Warszawianka zasłoniła się rękoma, bo wstydziła się golizny i uciekła do domu. W chacie umyła się, zakrzątnęła się i poszła na szóstą rano do kościoła. Jak wróciła, wszystkie książki rzuciła w kąt. No i tak się skończyła warmińsko-warszawska Wielkanoc.
Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Ciekawe, jak w tym roku warszawianka będzie obchodzić Wielkanoc. Bo taką Wielkanoc, każdy człowiek zapamięta.

W tym roku obchodzimy 135 rocznicę wydania pierwszego numeru "Gazety Olsztyńskiej", którą czytali Warmiacy z południowej Warmii. W Gazecie swoje felietony pisane gwarą warmińską zamieszczał Seweryn Pieniężny, ostatni przedwojenny redaktor i wydawca Gazety.