Quantcast

Czwartek, 28 stycznia 2021. Imieniny Agnieszki, Kariny, Lesława

Kiedy myślę: dom, widzę dwór Beliana [ZDJĘCIA]

2020-07-26 14:10:23 (ost. akt: 2020-07-24 11:09:07)
Dworek Beliana

Dworek Beliana

Autor zdjęcia: Zbigniew Woźniak

Dla takich chwil człowiek żyje! Kilka tygodni temu, przejęta losem niszczejącego dworku Beliana na Tracku, opisałam swoje żale na łamach „Naszego Olsztyniaka”. I zaraz po publikacji zadzwonił w redakcji telefon z... niespodzianką.

Mieszkałam w tym dworku od urodzenia do 2007 roku, do czasu, kiedy miasto po prostu przesiedliło moją rodzinę i sąsiadów do innych mieszkań — powiedziała pani Emilia, a ja kolejny raz w życiu i w karierze dziennikarskiej uwierzyłam i namacalnie odczułam moc słowa pisanego!

Oczywiście, naturalną koleją rzeczy pytań do pani Emilii miałam natychmiast dwieście. Nic zatem dziwnego, że — przerażona moją dociekliwością — wezwała na pomoc swojego tatę, pana Mieczysława. Tyle że pan Mieczysław szybko przyznał się do równie silnej zażyłości z dworkiem.
— Też się w dworku urodziłem i mieszkałem tam nieco dłużej od córki, bo to 47 lat było!

To był inny świat!


Kto się dziwi, że od moich pytań oraz wspomnień pani Emilii i pana Mieczysława w prędkim czasie wszyscy dostaliśmy oczopląsu? Tym bardziej że lat, które w dworku Beliana przyszło im spędzić, było sporo, a wspomnienia jak to wspomnienia: jedne uruchamiały następne. I tak kaskadą lub na zasadzie domina dawni mieszkańcy opustoszałego i podupadającego dziś dworku Beliana opowiedzieli mi wszystko!

— Ja się w dworku urodziłem — rodzice mieszkali na górze. Moja mama wprowadziła się tam w 1947 roku. A na dole, u sąsiadów krótko później urodziła się dziewczynka. No, to nie musiałem się męczyć i wspinać po schodach. Zaszedłem na dół i poprosiłem o rękę! — opowiada mi pan Mieczysław.
— Po prostu od dziecka tata mieszkał na górze, a mama na dole. Od urodzenia byli zatem swoimi sąsiadami, przyjaźnili się, chodzili razem do szkoły. No to się w końcu pobrali — dodaje pani Emilia, młodsza z dwóch córek.

— Najpiękniejsze wspomnienie?
— Jednym z najwcześniejszych wspomnień jest zabawa w kółko graniaste przy starej szafie babci — pamięta pani Emilia. — A o najpiękniejszym ciężko powiedzieć, bo było ich bardzo wiele — podkreśla.
I dodaje: — Przede wszystkim z powodu tej przestrzeni terenu i właściwie niczym nieograniczonego dostępu do niego. Całe lato spędzaliśmy na zewnątrz, większość posiłków jedliśmy na podwórku. Chodziliśmy nad jezioro. Graliśmy w klasy, w berka. Mieliśmy boisko do piłki. Przed Wielkanocą po zielone chodziliśmy na ten stary cmentarz, a w śmigusa dyngusa ganialiśmy się z wiadrami i oblewaliśmy lodowatą wodą wprost ze studni lub nawet z jeziora. Chodziliśmy sobie po torach. Generalnie tam było bardzo pięknie. W pobliżu mieliśmy hurtownię napoi i piekarnię, z której był przepyszny chleb. A dookoła były też krzewy malin, jeżyn i jabłonie. To był inny świat!

Zapach świeżo ciętego drewna


Liczne i nader bliskie były też spotkania z okoliczną fauną.
— Kiedyś sąsiadkę zaskoczył w sieni dzik. Wszedł jej dosłownie pod rękę, ale gdy się odwróciła i spojrzała mu prosto w oczy, to przestraszył się i uciekł. A innym razem dziadkowi przez okno wpadł nietoperz i trzeba go było złapać w siatkę. W takiej wielkiej lipie z kolei zagnieździły się szerszenie i nie dało się ich do tego stopnia wyplenić, że w końcu trzeba było tę lipę ściąć — opowiadają jedno przez drugie.


— W tym starym ogrodzie musiała stać kiedyś fontanna — przypomina sobie pani Emilia. — Za naszych czasów można było rozpoznać w zaroślach betonowe obmurowanie. Do tego był metalowy krąg, rura dopływowa chyba, zwieńczona figurką aniołka, który nie miał nóg. Dla nas, dzieciaków, to wtedy była zabawka, nie wiedzieliśmy, że to miało jakąś wartość. A potem aniołek, naprawdę przepiękny, raptem zniknął. Był też stary, chyba poniemiecki magiel, ale w czasie przeprowadzki nam go skradziono. O, i pamiętam pranie! Robiło się je raz w tygodniu, całą rodziną, najczęściej w sobotę, i wymagało to dobrej organizacji. Pralka Frania chodziła, trzeba było pomagać przy wyżymaniu, potem w wanienkach wynosić i rozwieszać na sznurach. A kiedy wyschło, to pranie pachniało wiatrem i słońcem. Wysuszone na balkonie nigdy takie nie będzie — przekonuje pani Emilia.

I wylicza dalej. — To samo z drewnem: rodzice kupowali je już latem, sąsiad przychodził z piłą elektryczną i ciął, a my z tatą i z siostrą pomagałyśmy układać je w szopie. Do dziś zapach świeżo ciętego drewna przypomina mi dom i tamte chwile i do dziś uwielbiam układać drewniane kloce w wysokie stosy. W którymś momencie, choć tata bardzo się bał, nauczyłyśmy się z siostrą to drewno rąbać i palić w kozach, bo zimą one szybko gasły i w domu natychmiast naprawdę robiło się lodowato.

— Wodę najpierw braliśmy ze studni, a kiedy się zakwasiła, miasto dociągnęło wodociąg i na podwórku był taki kranik — pani Emilia kontynuuje bez jednego oddechu. — Kiedy latem ludzie mijali nasz dom w drodze nad jezioro, to brali sobie tę wodę, żeby mieć do picia w czasie opalania. Dziadkowie tak naprawdę tej przeprowadzki nigdy nie przeboleli. Wokół dworu Beliana mieli swoje pola i ogród, uprawiali warzywa i kwiaty. Zimą po wodę jeździliśmy z tatą sankami i zabawa polegała na tym, że w drodze powrotnej trzeba było trzymać tę beczkę z wodą, żeby nie spadła z sanek! Po gaz natomiast jechaliśmy na stację rowerami i też w drodze powrotnej trzeba było tak tę butlę do roweru przymocować, żeby nie spadła. Ale to w ogóle nie przeszkadzało, miało wręcz swój urok!

— Zimą grzały nas piece kaflowe, a w jednym pokoju stała tzw. westfalka, która z czasem zużyła się i miasto wymieniło ją na kozę. A z tą westfalką mam kolejne pięknie wspomnienie: gdy się w niej napaliło, to przez fajerki prześwitywał ogień i tak cudnie tańczył na suficie. A potem, wie pani, stanąć tak przy tej westfalce, nagrzać całą piżamę i z taką ciepłą wpaść do łóżka, wprost pod kołdrę… To są prawdziwe wspomnienia. Grzejnik nigdy nie da takich wspomnień.

Wtedy dworek „odkryłam”


Nie omieszkałam też zapytać o to, co interesuje mnie najbardziej — mianowicie o duchy!
— A nie straszyło w dworku przypadkiem?
— Nie, duchów nie było. — Pani Emilia Odpowiada bez wahania, ale po chwili zastanowienia dodaje:
— Tylko jeden raz wydawało mi się, że przez pokoje na dole przemknęła jakaś postać z łysą głową. Ale byłam wtedy bardzo mała, akurat zostałam sama w domu, więc równie dobrze mogło mi się tylko wydawać, a może nawet mogłam to zmyślić. Generalnie w duchy słabo wierzę, a poza tym niczego złego nie robiliśmy, więc czy Belian, czy Grzymała, który by nie przyszedł — to na pewno nie miałby nas za co straszyć. Choć nie powiem: na ten stary cmentarz po zmroku i sama bym nie poszła. Do piwnicy za to bałam się schodzić nie przez duchy, ale dlatego, że była bardzo stroma. Do tego było w niej ciemno, wilgotno i odrzucał mnie ostry zapach stęchlizny. Dlatego wolałam chodzić do piwnicy dziadków, która była poza dworkiem — wchodziło się do niej obok, z lewej strony, wprost z ziemi, w której były zainstalowane drzwi. Co do poddasza, to kiedyś z siostrą opukałyśmy na naszej części wszystkie belki, bo liczyłyśmy, że znajdziemy skarb, ale niczego w żadnej nie było… Natomiast w jednej części było potwornie zimno — do tego stopnia nie dawało się jej zagrzać, że pranie na dół przynosiliśmy zamarznięte i dopiero kiedy odmarzło przy piecu, to wysychało. A na jedną część, taką wyższą, strychu dorośli nie pozwalali nam wchodzić, bo bali się, że podłoga może się zarwać. No więc byłam tam zaledwie kilka razy…

— A jak w dworze Beliana wyglądały Boże Narodzenia?
— My przede wszystkim nie zwracaliśmy uwagi na fakt, że mieszkaliśmy w dworku Beliana — mówi pani Emilia. — Wszystko zatem było normalnie, bo dla mnie, dla mojej siostry i całej rodziny to był dom jak każdy inny. Jako dziecko nie interesowałam się historią tego miejsca czy tym, kto tu mieszkał przed nami. Dopiero, gdy byłam już trochę starsza, tata pokazał mi książkę o dworku i jego historii — i to dopiero wtedy dworek „odkryłam”. Z reguły święta i wszystkie inne rodzinne imprezy, choćby nasze komunie, obchodziliśmy na dole, u dziadków ze strony mamy, bo oni mieli o wiele większe mieszkanie, a poza tym od nich od razu można było wyjść na dwór.

— Raz dziadek chciał nam zrobić niespodziankę i postanowił przed naszym powrotem z miasta porządnie zagrzać całe mieszkanie. Nie wiedział jednak, że w jednym z pieców — prócz czy zamiast szamotu — były też dachówki, w związku z czym zaczadził nam całe mieszkanie! A ten piec kaflowy z czasem też musieliśmy rozebrać — dodaje pani Emilia. I w jej głosie pojawia się smutek.

Piwonia z Tracka kwitnie w Niemczech


Nie dziwię się wcale, bo w głosie i córki, i jej taty zgodnie pobrzmiewają dokładnie te same nuty: wciąż żywe wspomnienia, żal, że w 2007 roku dworek musieli bardzo nagle opuszczać, tęsknota i dobrze skrywany, a wciąż obecny brak zgody na tak szybko postępującą dewastację miejsca, w którym oboje się urodzili, wychowali i spędzili większość życia.

— Smutne jest to, że pomysłów na ten dworek było wiele, ale żaden jakoś nie wypalił — mówi pani Emilia. — Dawno temu byli tu choćby Szwedzi, podobało im się, zdjęcia nam porobili, ale nie zdecydowali się zainwestować. Potem z jednej strony dworku zaczął odpadać tynk — rodzice postanowili się zająć naprawą, kupili materiały budowlane — no to ktoś zawiadomił policję, która natychmiast przyjechała i jakichkolwiek prac budowlanych zabroniła. Bo zabytek i nic nie wolno.

— Ciągle staraliśmy się coś tam robić, ale wszystko spotykało się z natychmiastowym oporem, zakazem, a do tego szły za tym groźby odpowiedzialności karnej. Miłe było to, że przenieśli nas do tego Gutkowa praktycznie ze wszystkimi sąsiadami, ale te starsze osoby, z pokolenia mojej mamy, w tym także ona sama, nigdy się z tą przeprowadzką nie pogodziły — dodaje pan Mieczysław.

— Pamiętam, kiedy ktoś od konserwatora zabytków przyszedł i zaczął odsłaniać malowidła na suficie. Zszokowało nas to, bo dla nas to był dom. A tu raptem ktoś odkrywa na naszym suficie jakąś historię…! — kontynuuje pani Emilia. — Do tej pory, gdy myślę o domu, to widzę Track. Tam było dzieciństwo, tam nie było żadnych problemów życia dorosłego. Inaczej było. Było na wyciągnięcie ręki jezioro, drzewa. Cały czas było gdzie wyjść, co robić — i gdzie się w końcu nie trafiło, to było pięknie. W lesie były całe morza kwiatów, zwłaszcza wiosną. Było też drzewo, które kiedyś piorun przeciął na pół, a ono dalej rosło. Bałam się go jako dziewczynka: że takie na pół pęknięte, a dalej rośnie. A dziś chciałabym pokazać je mojemu synowi i w tej wyrwie zrobić mu zdjęcie — dodaje. I obie się wzruszamy.

— Czy gdybyście mieli państwo możliwość i pieniądze, kupilibyście i odremontowali dworek?
— Z największą chęcią! — pani Emilia ożywia się natychmiast. — Ten teren ma naprawdę ogromny potencjał. Można pomyśleć o agroturystyce, tym bardziej że tam niedaleko były jakieś budynki stajenne, do tego wiele połaci gotowych na pastwiska, a ja z wykształcenia jestem właśnie zootechnikiem. Dziś też mieszkam na wsi i niedaleko mam jezioro. Lubię miasto i Track, choć położony na obrzeżach, z jednej strony dawał poczucie mieszkania w mieście, ale dawał też swobodę, spokój i oddech. Nie umiałabym się znaleźć gdzieś w bloku, na osiedlu.

— Wie pani... — pani Emilia nieco się waha, ale daje radę i jakoś przełamuje ostatnie opory. — Kiedyś w dworku mieszkała pani, która bardzo przyjaźniła się z babcią. Potem wyjechała na stałe do Niemiec, ale wyjeżdżając wykopała sadzonkę piwonii i razem z ziemią z Tracka posadziła przy swoim nowym, niemieckim domu. I ta piwonia z naszego Tracka kwitnie u niej do dziś...

Magdalena Maria Bukowiecka


Czytaj e-wydanie
Gazeta Olsztyńska zawsze pod ręką w Twoim smartfonie, tablecie i komputerze. Codzienne e-wydanie Gazety Olsztyńskiej, a w piątek z tygodnikiem lokalnym tylko 2,46 zł.

Kliknij w załączony PDF lub wejdź na stronę >>>kupgazete.pl

m.bukowiecka@gazetaolsztynska.pl

Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (4) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. Jerzy #2953046 | 83.31.*.* 27 lip 2020 11:38

    Panie Prezydencie - przecież mieszkańcy dworku zostali wysiedleni w 2007 r., ponieważ ZGOK miał w imieniu miasta zająć się jego odbudową i przejęciem. Nawet rozpoczęto prace porządkowe, wywożono gruz i inne odpady, sprzątnięto wnętrze. I co - tylko para w gwizdek?

    Ocena komentarza: warty uwagi (4) ! - + odpowiedz na ten komentarz

  2. Tępe dzidy #2952973 | 188.147.*.* 27 lip 2020 06:42

    Ten dworek należał do rodziny Balianów tylko kilkadziesiąt lat, wybudowała go rodzina Grzymałów i została z niego wyrugowana przez prusaków, przestańcie czcić tego polakożercę jak boga bo na to nie zasługuje.

    Ocena komentarza: warty uwagi (6) ! - + odpowiedz na ten komentarz

  3. Dajtki #2952889 | 83.9.*.* 26 lip 2020 17:19

    Teren na Sielskiej,przy wjeździe na zatokę miłą(domki z czerwonej cegły) został kupiony przez dewelopera.Krzaki już wycięte.Czekamy tylko na rozbiórkę.

    Ocena komentarza: warty uwagi (7) ! - + odpowiedz na ten komentarz

  4. olsztyniak #2952871 | 5.172.*.* 26 lip 2020 14:58

    Brakuje w tym artykule jeszcze wypowiedzi kogoś z ratusza co i kiedy mają zamiar zrobić z dworkiem i konserwatora zabytków, który wytłumaczy co zrobił w zamian za remont, który chcieli przeprowadzić mieszkańcy , a którego zabronił. Może wtedy warto było wesprzeć robociznę lokatorów fachową radą i materiałami?

    Ocena komentarza: warty uwagi (12) ! - + odpowiedz na ten komentarz pokaż odpowiedzi (1)