Prof. Inga Iwasiów: Molestowanie seksualne to nie seks! [WYWIAD]

2017-12-17 18:00:00 (ost. akt: 2017-12-18 07:42:29)
Inga Iwasiów

Inga Iwasiów

Autor zdjęcia: Marianna Nowicka

Inga Iwasiów, literaturoznawczyni, krytyk literacki, poetka i prozaiczka opowiada o współczesnym rozumieniu małej ojczyzny oraz akcji #metoo. Ona także napisała na swoim profilu na Facebooku słowa "ja też". Z Ingą Iwasiów rozmawiała Ewelina Zdancewicz-Pękala.
— Kiedyś Kazimierz Brakoniecki powiedział, że żyjąc w małej ojczyźnie jesteśmy jak drzewo, które ma korzenie w konkretnym miejscu, ale rozrasta się na cały świat.
— To bardzo trafna metafora. Mała ojczyzna nie ma być własnym podwórkiem czy więzieniem dla wyobraźni, tylko miejscem, przez które można filtrować rozmaite doświadczenia. Ja sama dawno już nie używałam określenia „mała ojczyzna”.

— Dlaczego?
— „Mała ojczyzna” istnieje jako termin i jako praktyka życiowa, ale zaszło tyle zmian w sposobie komunikowania się z ludźmi, że żyjemy w różnych przestrzeniach jednocześnie.

Dla niektórych z nas „ojczyzną” stały się portale społecznościowe. Bardzo łatwo możemy zobaczyć mieszkanie, biurko, książki leżące przy łóżku koleżanki na drugim końcu świata - dosłownie zajrzeć do czyjejś małej ojczyzny.

— Co decyduje o tym, że nazywamy dane miejsce naszą małą ojczyzną: urodzenie się w nim czy przyswojenie go poprzez zasiedzenie?
— Małe ojczyzny konstruujemy na własną rękę, korzystając przy tym z tradycji. To nie jest kategoria geograficzna czy jakakolwiek inna, wpisana w dowód tożsamości. Po prostu w biegu życia musimy powiedzieć sobie, co jest dla nas ważne w danym miejscu i czy w ogóle jest ważne? Małą ojczyzną bywa miasto lub miasteczko, ale równie dobrze może to też być dzielnica lub ulica. Mała ojczyzna jest emocjonalnym wyborem. Rangę nadała jej utrata – powojenne przemieszczenia pokazały, że człowiek nie może być pewny swego prawa do domu. Pod spodem wierszy opiewających porzucone krajobrazy znajdziemy takie przesłanie – ceń lokalność, swojskość, gdyż bez nich grunt usunie ci się spod nóg. W sensie politycznym to także ważne: przed wielkimi kategoriami, takimi jak naród czy państwo, warto postawić codzienność i sąsiedztwo.

— Co jest dla nas ważne podczas emocjonalnego wyboru małej ojczyzny?
— Krajobraz, topografia, historia i ludzie, których sobie „przyswajam”, z których robię swoją rodzinę.

Ludzie wspominający krainy swojego dzieciństwa czasem mówią o tym szyfrem – zapachy, smaki, rytuały, kąpiele w rzekach, przynależność. Oznaczają: uważam, że dobrze mi się tam żyło czy żyje.

— Mówiła pani o przyswajaniu miejsca i ludzi. Czyli małą ojczyzną mogą być dla nas też inni ludzie?
— Myślę, że tak. Więzi międzyludzkie, emocje czy konflikty z innymi decydują o tym, jak się czujemy w danym miejscu. Samo kontemplowanie krajobrazu nie wystarczy człowiekowi do życia, przecież potrzebujemy ludzi. W opowieściach o wykorzenianiu i zakorzenianiu się zwykle sięgamy po historię ludzi – często całych rodzin.

— Wszyscy bohaterowie pani słynnej książki „Bambino” musieli przyswoić sobie Szczecin i siebie w nim nawzajem. W końcu żaden z bohaterów się tam nie urodził, wszyscy tam przyjechali.
— Jak wszyscy w Szczecinie. Na tym polega specyfika tego miasta: tam prawie nikt nie był stamtąd.

— Z kolei specyfika samej książki „Bambino” polega m. in. na tym, że nie jest to zbyt wesoła historia.
— Na koniec pojawia się światełko nadziei… dla mojego pokolenia. Najmłodsza bohaterka w tej powieści to moja delegatka. Urodziła się w latach 60-tych, nie zna innego miejsca. Mieszka w „poniemieckiej kamienicy” i zna historii swojej rodziny. Nie zna żadnej innej historii lokalnej, bo w szkole będzie się uczyć o prasłowiańskim Pomorzu, a nie o wysiedleniach ludzi podczas wojny i po wojnie.

Milczeli o znaczeniu wpisu w dowodzie „urodzony w SSSR”. O pochodzeniu. Więcej mieli okazji do milczenia niż do mówienia. Dlatego w „Bambinie” używam imitacji wewnętrznej mowy, „domyślam” za postacie najważniejsze wątki.

— Często mija pani to miejsce w Szczecinie, w którym był kiedyś tytułowy bar Bambino? Zwraca wtedy pani na nie uwagę?
— Oczywiście! Napisałam nawet kiedyś tekst wspomnieniowo-eseistyczny na ten temat, pokazujący paradoksy zmian. Najpierw długo był tam bar Bambino, w latach 90–tych wypożyczalnia kaset video o jakiejś pretensjonalnej nazwie. Nie ma pierogów, nie ma kaset, ale w pewnym sensie kaset nie ma bardziej – technologia starzeje się szybciej niż kuchnia. Filmy z tego (przypomniałam siebie) Beverly Hills umilały mi chorobę. Obejrzałam wówczas wszystkie dostępne komedie romantyczne. Chodziło o to, żeby przyswoić coś optymistycznego i chyba ten optymizm mnie wtedy przygniótł (śmiech), więc unikam kolejnych obrazów tego gatunku. Ale wróćmy do samego Bambino. Później był tam lumpeks, spory i elegancki, bo mówimy o parterze starej, okazałej kamienicy. Obecnie do „Bambino” wróciła gastronomia - kebab, najlepszy w mieście – podobno (śmiech). Gdybym chciała umieścić tam akcję, musiałabym znaleźć odpowiedni sposób opowiadania. Wypożyczalnia kaset video i lumpeks są idealnymi przestrzeniami dla pisarki – konkretne, a zarazem symboliczne. Nie wiem, czy na kebab przychodzi się jak do baru. W „Bambino” jadali studenci i nauczyciele z pobliskiej Politechniki, mieszkańcy śródmieścia. Kto wpada do punktów gastronomicznych dzisiaj? Czy pomieszczenia pachnące mięsem byłyby dobrym gniazdem dla moich historii? Sama nie wiem. Widać tu pewną kontynuację – przybysze w barze, kuchnia migrantów.

— Z tym kebabem to o tyle ciekawe, że teraz takie bary są w każdym mieście, a to przecież rzecz nabyta, która nigdy nie była elementem kultury naszej ojczyzny.
— Racja. To naprawdę ciekawe – w jednym miejscu były kiedyś prawdziwe ruskie pierogi, teraz jest tam turecki kebab…

— Prowadzony przez Polaków?
— Nie, przez Turków.

— I nie ma tam żadnych nieprzyjemnych zdarzeń? U nas w regionie, w Ełku, doszło aż do zabójstwa w kebabie prowadzonym przez obcokrajowców… Sprawa ciągnie się cały czas.


— Sporo nienawiści wywołały także ostatnie wyznania kobiet w ramach akcji „me too”. Wielu mężczyzn nie dowierza, że aż tyle kobiet może być skrzywdzonych przez molestowanie seksualne. W związku z tym mówią, że kobiety sobie… wszystko wyolbrzymiają. „Ja też” więc pomogło czy zaszkodziło?
— Sytuacja jest dynamiczna.

Jesteśmy mistrzami świata w hipokryzji; oficjalnie świętoszkowaci, monogamiczni hetero, a pod spodem, pod dywanami, wszystko się kotłuje jak u Dulskich. Cóż, seks nie ma niczego wspólnego z seksizmem, poza budową słowotwórczą wyrazu. Molestowanie seksualne to nie seks!

— Ale wracając do samego pytania…
— Wierzę, że więcej jest plusów akcji „me too” niż minusów, że to jest przekroczenie masy krytycznej.

Tak dużo zostało już powiedziane na ten temat, że nie możemy być dłużej hipokrytami. Ale z drugiej strony obawiam się, że gdy opadną dymy, nastąpi kolejne kontruderzenie w kobiety? Ci mężczyźni, którzy poczuli się zawstydzeni i zagrożeni, tym bardziej będą teraz chcieli okazać swoją przewagę. Chciałabym, żeby tak nie było.

— Na koniec zapytam tylko, czy „pani też”?
— Tak. Wiele razy, na różne sposoby. Jesteśmy w takiej sytuacji, że nie wypada się uchylać przed odpowiedzią, chociaż mam wątpliwości, czy osobiste świadectwo zawsze działa i jest konieczne, a przynajmniej nie chciałabym być do niego zmuszana.

Wiele razy myślałam o tym, jak to się stało, że nie rozpoznaję w sobie śladów tamtych dotyków. Może pomogło szczęśliwe życie seksualne, a także otwarte rozmowy w sprawach seksu w domu rodzinnym? Napisałam powieść „W powietrzu”, żeby pokazać nieraniący seks, podzielić się optymistyczną historią seksualną. Mamy do takich historii prawo.

Inga Iwasiów odwiedziła Olsztyn 2 grudnia, gdzie spotkała się z czytelnikami w Domu Mendelsohna.
Literaturoznawczyni, krytyk literacki, poetka i prozaiczka. Autorka takich powieści jak „Bambino”, „Ku słońcu”, „Na krótko”, „W powietrzu”, „Pięćdziesiątka”. W latach 1999–2012 była redaktorem naczelnym dwumiesięcznika literackiego „Pogranicza”. Była pomysłodawczynią Nagrody Literackiej dla Autorki „Gryfia”, której celem jest m.in. promowanie twórczości kobiet. W 2010 została uhonorowana tytułem ambasadora Szczecina.


Komentarze (3) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Komentarze dostępne tylko dla zalogowanych użytkowników. Zaloguj się.

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. Matylda #2400326 | 83.9.*.* 18 gru 2017 16:46

    Szanowna pani! W Ełku nie było "rasistowskiego ataku na restaurację" tylko mord (egzekucja) wykonana przez właściciela baru z kebabem. Kolejna uwiedziona poprawnością. I kto tu mówi o hipokryzji!

    Ocena komentarza: warty uwagi (2) odpowiedz na ten komentarz

  2. Ułan #2400199 18 gru 2017 12:15

    Czy o molestowaniu nie może wykładać młoda, fajna, seksi dziunia? Mało wiarygodny ten przekaz teraz.

    Ocena komentarza: poniżej poziomu (-2) odpowiedz na ten komentarz

  3. Polacy mistrzami hipokryzji? #2399778 | 95.90.*.* 17 gru 2017 18:23

    Myślę, że cała Europa Zach., a nawet cały świat to chodząca hipokryzja. Polska jest na dalekim miejscu. To znaczy, że u nas jest mało hipokryzji? Nie, jest bardzo dużo, ale tak jak na całym świecie. Mówienie, że Polacy są mistrzami świata w hipokryzji jest czystą manipulacją i właśnie hipokryzją - to nie jest prawdą. Każdy człowiek ma swój świat i swój real. Poszerzanie własnych doświadczeń, uogólnianie swojego prywatnego życia na wszystkich jest filtrem zrównującym wszystkich do podobnego mianownika. Dlatego ten rodzaj oceny mnie nie interesuje, gdyż jest bardzo ułomny. Oznaczałoby to, że ja również molestowałem, choć nigdy tego nie robiłem. Bardzo modne stało się ostatnio wywlekanie brudów z okresu dzieciństwa i robi to wielu. Jednak czy duża część tych wspomnień to nie fikcja?

    Ocena komentarza: warty uwagi (10) odpowiedz na ten komentarz