Wtorek, 21 sierpnia 2018. Imieniny Franciszka, Kazimiery, Ruty

Marcin Kostrzyński: Zwierzęta to nie biegające kawałki mięsa [ROZMOWA]

2018-03-18 08:00:00 (ost. akt: 2018-03-19 11:52:08)

Autor zdjęcia: Marcin Kostrzyński/Facebook

Przez wiele lat był myśliwym. Nagle postanowił na zawsze odłożyć broń. Teraz zamiast niej do lasu zabiera aparat. Obserwuje i filmuje dzikie zwierzęta. Dzięki niemu wilk Mikołaj zdrowy wrócił do lasu. Z Marcinem Kostrzyńskim rozmawia Ewelina Zdancewicz-Pękala.

— Co takiego się stało, że zrezygnował pan z myślistwa i został wegetarianinem?
— Przestałem jeść mięso, kiedy zacząłem polować. I myślę, że wiele osób także przestałoby jeść mięso, gdyby zobaczyło, skąd się ono bierze.
A jeżeli chodzi o to, dlaczego przestałem polować, to... nie jestem w tym odosobniony. Wielu myśliwych po pewnym czasie przestaje polować! Najzwyczajniej w świecie robi im się żal zwierząt. Zaczynają w nich dostrzegać coś więcej niż biegający kawałek mięsa.
Oczywiście są ludzie, którzy nigdy nie nabiorą takiej wrażliwości. Jednak wielu myśliwych najpierw ogranicza gatunki, na które polują, a potem w ogóle przestaje to robić.

— Ale czy był jakiś moment przełomowy, który zdecydował, że już nie będzie pan polował?
— Zacznijmy od tego, że bardzo nie lubię polowań zbiorowych, czyli polowań z psami i naganiaczami. To bardzo okrutne i zupełnie niepotrzebne. A ja od dziecka w takim uczestniczyłem. Narastał niesmak. Wśród myśliwych narastał też brak szacunku dla upolowanych zwierząt. Nie mogłem się z tym pogodzić.
Później uznałem, że lepiej w ogóle nie strzelać do zwierząt. Ale to nie tak, że polowanie nie sprawiało mi przyjemności. Oczywiście, że sprawiało, dlatego zacząłem polować. Miałem w sobie atawistyczną chęć do polowania, ale to nie znaczy, że mamy ulegać swoim atawizmom!


— Jak dużo myśliwych poluje tylko dla przyjemności, a nie dla równowagi środowiska?
— Trudno to określić procentowo, ale jest bardzo duża grupa myśliwych, którzy są rozsądni i którzy polują z poszanowaniem zwierząt. Chodzi o to, żeby polować tak, żeby zwierzęta jak najmniej przy tym cierpiały. Każdy chybiony czy niecelny strzał (czyli taki, po którym zwierzę umiera od razu) to dodatkowe cierpienia.
Kiedyś były pewne zasady przestrzegane przez myśliwych. Wśród tych zasad była taka, że należało odczekać 5-10 minut po strzale, żeby zwierzę mogło umrzeć w spokoju. Niestety polowania zbiorowe z ciągłą presją czasu na to nie pozwalają.
Sam widziałem taki obrazek: zwierzę nie miało możliwości spokojnie skonać, bo było patroszone, kiedy jeszcze się ruszało. To skandal!
Polski Związek Łowiecki, jeśli chce przetrwać, powinien eliminować tego typu zachowania.

— Pan podobno cały czas należy do PZŁ? Po co?
— Płacę składki, bo cały czas mam nadzieję, że PZŁ przetrwa i że wreszcie dojdą do głosu rozsądni myśliwi. A ten dziwny beton, który obecnie decyduje, i który w ogóle nie czuje, w którą stronę zmierza świat i któremu się wydaje, że może wszystko. Mam nadzieję, że ci ludzie po prostu odejdą. Wierzę, że dla dobra zwierząt uda się PZŁ zreformować. Po to, żeby obowiązywały zasady takie jak przed wojną.

— To znaczy?
— Przykładowo obecnie jednym ze sposobów polowania są polowania przy paśnikach. Wystarczy paśnik nazwać nęciskiem (a zwierzę przecież różnicy nie widzi) i już można tam polować (przy paśniku nie wolno polować, ale przy nęcisku tak). Śmiało można powiedzieć, że to jest patologia. Głęboka nieprawidłowość, która stała się normą. Żadne społeczeństwo nie pozwoli na to, żeby związek z takimi praktykami mógł funkcjonować przez dłuższy czas.

— Jakie jeszcze praktyki są na porządku dziennym, a których kiedyś nie było?
— Nie uczestniczę w polowaniach od lat, ale jest przecież serwis YouTube. Zdarza się, że oglądam tam filmy wrzucane przez myśliwych. Takie, że ja się dziwię, że w ogóle są wrzucane. Bo widać na nich rzeczy, które nigdy nie powinny się zdarzyć. I ludzie to wyłapują. Widać na nich smarowanie twarzy krwią przez myśliwego.
Poza tym są filmy, które pokazują łamanie prawa. Na przykład nie wolno polować przy lizawkach, miejscach z solą dla zwierząt. Każdy myśliwy, który strzela przy lizawce do jeleni jest kłusownikiem.
Według definicji kłusownikiem nie jest człowiek, który zastawia wnyki, ale człowiek, który poluje z naruszeniem obowiązującego prawa. Jeżeli ktoś ma nęcisko dla jeleni i tam na nie poluje, to łamie prawo! Jednak to prawo nie może być egzekwowane, bo strażników łowieckich w Polsce jest mniej niż strażników miejskich w Radomiu. Ci ludzie nie mają czasu iść w teren i zająć się tego typu sprawami.
Wiele rzeczy można zmienić w PZŁ. Po co? Żeby związek z powrotem zyskał szacunek społeczeństwa. I żeby zwierzęta nie cierpiały.

— Obecnie PZŁ cieszy się złą opinią. Pierwsze skojarzenie: to okrutni ludzie.
— To, co teraz powiem, mogę powiedzieć z pełną odpowiedzialnością, bo był czas, kiedy zabijałem dla przyjemności. Dlatego jestem — a to ostatnio głośny temat — absolutnym przeciwnikiem zabierania dzieci na polowania. W tej chwili dzieci mogą w nich uczestniczyć, nowa ustawa to zmieni. I słusznie.
Niestety myśliwi protestują, próbując obniżyć ten wiek do 15 roku życia. Ja sam jestem przykładem osoby, która od czasów podstawówki chodziła na polowania. Wiem, jak to może zmienić spojrzenie człowieka na świat. To okrutny rodzaj... interakcji? Dla małych dzieci może to być wielki szok.

— A na Facebooku karierę robi filmik zmontowany przez myśliwych, na którym podkreślają, że polowania z dziećmi pozwalają rodzinnie obcować z przyrodą...
— Uczestnicząc w polowaniach, nie poznaje się piękna przyrody. Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby myśliwy zabrał swoje dziecko do lasu bez broni. Ja chodzę do lasu bez karabinu od 20 lat, za to z aparatem. Jestem szczęśliwy. Na te wycieczki zabieram ze sobą różnych ludzi. Naprawdę nie trzeba uczestniczyć w polowaniu, żeby budować więzi rodzinne.

— Do lasu — jak pan powiedział — chodzi pan z aparatem „strzelać” zdjęcia zwierzętom. Poza tym kręci pan filmy. Jak podchodzi pan do zwierząt, żeby ich nie spłoszyć?
— Wychowałem się wśród ludzi, którzy byli jeszcze starymi myśliwymi, czyli polowali przed II wojną światową. Wtedy myślistwo polegało na podchodzeniu zwierząt. Można to określić mianem współzawodnictwa. Odstrzeliwano więcej zwierząt słabszych i chorych, bo te zdrowe i bystre potrafiły uniknąć spotkania z myśliwymi.
A tak naprawdę ponad 50 proc. moich starań w podchodzeniu zwierząt to... ukrywanie się przed ludźmi. Filmowanie zwierząt jest dla mnie proste, bo dużo o nich wiem. Natomiast ludzie bardzo utrudniają mi pracę. Wbrew pozorom bardziej to robię leśnicy niż myśliwi.
Moja sytuacja jest o tyle trudniejsza niż myśliwych, że im wystarczy krótki moment na strzał. Ja muszę mieć dobre światło i całą nagraną scenę, żeby pokazać relacje pomiędzy zwierzętami czy gatunkami. Wystarczy więc, że ktoś zostawi swój ślad zapachowy na miejscu, w którym filmuję, albo zniszczy moją czatownię, albo specjalnie będzie płoszył zwierzęta, co też mi się przytrafiło. Przede wszystkim muszę więc unikać ludzi.
Do tego służy większość moich wynalazków. Mam specjalne ślady, które zakładam na własne buty. Te nakładki imitują ślady zwierząt. To wystarczy, żeby zmylić ciekawskich. Nawet wczoraj (rozmawialiśmy we wtorek — red.), kiedy zakładałem kamery w miejscach, gdzie można spotkać wilki, dla ich bezpieczeństwa z samochodu wyszedłem już w tych nakładkach. Po to, żeby ludzie nie wiedzieli, gdzie dokładnie filmuję. Poza tym cały czas jest silna presja lobby myśliwskiego, żeby polować na te zwierzęta...

— Dlaczego? Przecież populacja wilka w Polsce jest niewielka.
— Dzisiaj kolega z Olsztyna przesłał mi wpis jednej pani z Facebooka, która napisała, że podobno w jej miejscowości w nocy chodzą wilki. I że te wilki zagryzły nawet jednego psa. Po poszukiwaniach okazało się, że ta pani jest leśnikiem i że w jej rodzinie polują. Tak powstaje negatywny PR wilków.
Jest tak dużo kłamstw na temat wilków, że człowiekowi, który się na tym nie zna, trudno jest ocenić sytuację. A wilki nie mogą napisać same o sobie na Facebooku, czy pójść do redakcji i poprosić o sprostowanie.

— Skoro już mowa o wilkach. Proszę opowiedzieć historię wilka Mikołaja, który dzięki panu przeżył i wrócił do zdrowia w ośrodku w Napromku?
— Byłem w Aleksandrowie Kujawskim. Bo jednym z moich zajęć jest jeżdżenie po Polsce z prelekcjami i pokazywanie filmów o zwierzętach (w kwietniu będę w Olsztynie). Akurat wtedy opowiadałem o wilkach, które żyją tuż obok Aleksandrowa, a o których większość nic nie wie, bo te zwierzęta nauczyły się unikać ludzi.
Następnego dnia dwie osoby, które były na tym spotkaniu, jechały drogą w okolicach Torunia i zobaczyły leżącego na poboczu wilka. Pojechałem na miejsce i byłem zszokowany tym, jak źle wyglądało to zwierzę. Kiedy oddychał, z pyska leciała mu krwawa piana, krew miał także w kącikach oczu. Byłem przekonany, że każdy jego oddech jest tym ostatnim.
Ale przypomniałem sobie to, co mówili mi kiedyś naukowcy: że wilki są twarde i trzeba o nie walczyć do końca. Powiadomiliśmy policję, a policja powiadomiła myśliwych. Oni chcieli go od razu zabić. Uznali, że zwierzę się tylko męczy. A tak naprawdę okazało się, że Mikołaj nie miał nic złamanego. Miał mocny wstrząs mózgu i po prostu był ogłoszony.
Wilk potrzebował dwóch dni, żeby się otrząsnąć, trzeciego dnia w Napromku miał już ogromny apetyt. Niedawno został wypuszczony na wolność. Jest monitorowany. Świetnie sobie radzi.

— Jak przeciwstawił się pan myśliwym, którzy chcieli zabić Mikołaja?
— To było trudne. Wtedy byłem tam tylko ja i te dwie osoby, które znalazły wilka. Policjant kazał nam przejść za ogrodzenie i pozwolić myśliwym działać. A ci zaczęli już zakładać rękawiczki. W pewnym momencie zostałem sam, a naprzeciwko mnie dwóch policjantów, dwóch myśliwych i bardzo mało argumentów.
Myślę, że pomogło to, że sam byłem kiedyś myśliwym. Ale przez chwilę byłem bezradny, wiedziałem, że nie ich nie powstrzymam Na szczęście się udało. Wilk żyje i ma się dobrze.

ez

Marcin Kostrzyński: Leśnik, były myśliwy, filmowiec, obserwator dzikiego życia, obrońca praw zwierząt. Prowadzi swój kanał na YouTube pt. „Marcin z lasu”, na którym zamieszcza filmy i dla dzieci, i dla dorosłych. Laureat nagrody Popularyzator Nauki za cykl programów ,,Dzika Polska”. Mieszka w Toruniu.




Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (18) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. xmen #2467328 | 212.244.*.* 21 mar 2018 10:04

    Następny co polował, a teraz pluje jadem. Kolejny lanser i sezonowiec, może ktoś to kupi.

    Ocena komentarza: poniżej poziomu (-2) ! - + odpowiedz na ten komentarz

  2. Jacek #2466317 | 83.23.*.* 19 mar 2018 18:55

    Nie jadłem mięsa, nie polowałem ale stałem się lepszą istotą i teraz poluję i jem mięso ;-). Ludzie, świet jest miejscem dla WSZYSKICH. Więcej tolerancji. A Pan Marcin ma co do jednego rację, kiedyś było więcej myśliwych z zasadam. Poluję 25 lat. Wiem co mówię. A smarowanie krwią jest taka starą tradycją. Lepsze chyba to niż zjadanie jeszcze ciepłej wątroby? Prawda? (np Eskimosi, indianie...) Jest miejce zarówno dla myśliwych jak i dla tych co nie potrafia tego zrozumieć. To, że czegoś nie rozumiesz nie może być wykładnią postępowania dla innych bo możesz nie mieć racji.

    ! - + odpowiedz na ten komentarz

  3. Koska #2465415 | 83.9.*.* 18 mar 2018 14:29

    Panie Marcinie niech Pan nie czyta tych głupawych wypowiedzi myśliwych aktywnych, dobrze Pan zrobił zycie zwierzaka jest ważne i nalezy go szanować. I dużo wiecej przyjemności jest z obserwacji zwierzat a najeść się można warzywami. Jest mnóstwo żywności bez mięsa cennych dla zdrowia i smacznych.

    Ocena komentarza: warty uwagi (4) ! - + odpowiedz na ten komentarz pokaż odpowiedzi (1)

    1. Dawniej w usa zapanowala moda na #2465336 | 5.172.*.* 18 mar 2018 12:21

      bobry.Cena skór była wysoka.Wielu mysliwych polowało właśnie dla tego.Jednak jak wszystko ma swoje granice tak i populacja bobra zanikła w wielu stanach całkowicie.Tak więc trzeba było przywozic pary bobrowe aż z Angli.Obecnie populacja odrodziła się dzięki właśnie ludziom o takich poglądach jak Pan Marcin.Tak naprawde myśliwi są wogóle nie potrzebni.Przyroda sama posiada mechanizmy regulujace populacje do zasobności środowiska.Do tego budowa stróktury gatunkowej w ekosystemie jest od wielu tysiącleci wyznaczona.A strókturę tę wytrącił człowiek przez myślistwo pozbawiając i eliminując drapieżniki ze środowiska.np : wilk . ryś .Ciekawostką jest jednak to , że w srodowiskach gdzie czlowiek nie poluje na zwierzęta te bez lęku same podchodzą do ludzi.I to powinno się uznać za harmonie natury .takie podejście ma Pan właśnie panie Marcinie ale to tylko mały zefirek przyszłości która czeka ludzkość .

      Ocena komentarza: warty uwagi (1) ! - + odpowiedz na ten komentarz

    2. z Olsztyna #2465326 | 109.241.*.* 18 mar 2018 12:11

      Czy wiadomo kiedy i gdzie Marcin Kostrzyński będzie w Olsztynie. Rozumiem, że to będą jakieś wykłady dotyczące przyrody i wilków. Jestem zainteresowany a bardzo często GO pisze o imprezach już po tym jak się odbędą.

      ! - + odpowiedz na ten komentarz

    Pokaż wszystkie komentarze (18)