Chleb był najcenniejszą nagrodą

2020-12-19 12:00:00 (ost. akt: 2020-12-19 20:09:15)
Przed II wojną światową Tadeusz Pietrzykowski trenował boks w Legii Warszawa m.in. pod okiem Feliksa Stamma. Jednak w czerwcu 1940 roku 23-letni wicemistrz Polski z pierwszym transportem więźniów trafił do obozu Auschwitz-Birkenau.
Dziewięć miesięcy później wychudzony Tadeusz Pietrzykowski stoczył swoją pierwszą obozową walkę. Przed wojną „chodził” w kategorii koguciej, czyli do 53 kilogramów, a
„Przegląd Sportowy” tak o nim wtedy pisał: „Niebieskie łagodne oczy i niezmącony wyraz pogody mogą zmylić wielu niewtajemniczonych. Pomyśli sobie taki jeden z drugim: ot, chuchro. A tymczasem "chuchro" może wrzepić takie cięgi, o jakich się wielu nie śniło”.
Jednak w Auschwitz jego rywalem miał być silny Niemiec, który ważył ponad 70 kilogramów! Oczywiście pojedynek z marca 1941 roku nie miał typowej bokserskiej oprawy, ale za to była bezcenna nagroda. Nagroda więcej warta niż mistrzowski pas, bo był nią... bochenek chleba. Wyzwanie Pietrzykowskiemu rzucił kapo Walter Dunning (kapo to więzień, który był nadzorcą komanda. Często na to stanowisko wybierano pospolitych kryminalistów i sadystów). „Teddy” bez wahania przyjął wyzwanie, bo nieustający głód był dla niego najlepszą motywacją.

Nieważne, że po dziewięciu miesiącach w obozie Pietrzykowski był osłabiony i ważył zaledwie 40 kilogramów, nieważne, że Dunning był dużo cięższy - „Teddy” nie miał nic do stracenia, bo wiedział, że i tak prędzej lub później czeka go obozowe krematorium.

Walka miała być stoczona w kuchni, gdzie urządzono prowizoryczny ring. Była też widownia, którą głównie tworzyli obozowi kapo. Wielu z nich miało na sumieniu niejedną śmierć - zwłaszcza na początku działania obozu często zdarzało się, że w nocy kapo mordował jakiegoś więźnia, by rano zagarnąć jego porcję jedzenia.
Polski bokser dostał parę roboczych rękawic, w takich samych miał walczyć Dunning. Wydarzenie wzbudziło zainteresowanie wśród więźniów, a kapo-bokser na początku pojedynku ewidentnie zlekceważył wychudzonego rywala - świadczyła o tym jego opuszczona garda. Po jakimś więc czasie Pietrzykowski postanowił zaatakować. Najpierw spokojnie lewym prostym punktował Dunninga, jednak te ciosy nie robiły na Niemcu większego wrażenia. Po krótkim rozpoznaniu bojem „Teddy”, przedwojenny mistrz Warszawy, zaczął wyprowadzać coraz mocniejsze ciosy - przydało się doświadczenie zdobyte na wielu turniejach. Od tego momentu kapo zaczął rywala traktować poważnie - podniósł gardę i przystąpił do ataku. Jednak jego ciosy, mimo fizycznej przewagi Dunninga, przeważnie nie dochodziły celu. Tadeusz pokazał cały swój bokserski kunszt, z którym Niemiec nie mógł sobie poradzić. Gdy ciosy rywala jedynie przeszywały powietrze, Pietrzykowski wyprowadził precyzyjną prawą kontrę, bo której Dunningowi aż podskoczyła głowa.

Nic więc dziwnego, że z każdą kolejną chwilą walka wzbudzała coraz większe emocje wśród widzów. Więźniowie odważniej kibicowali Polakowi, a z twarzy kapo zniknęły gdzieś bezpowrotnie ironiczne uśmiechy. Wszyscy z podziwem obserwowali więźnia numer 27. Walka trwała dalej - Dunning atakował, ale „Teddy” nadal umiejętnie schodził z linii ciosu, puszczając rywala na liny.

W końcu Pietrzykowski wyprowadził kolejny prawy sierpowy, który dał mu dużą przewagę. I tak obaj dotrwali do końca pierwszej rundy.
Po przerwie walka wyglądała podobnie - Niemiec próbował atakować, Polak robił uniki, czekając na właściwy moment. No i się w końcu doczekał - dostrzegł lukę w gardzie rywala i wyprowadził lewy sierpowy. Cios był mocny i precyzyjny, a na twarzy kapo pojawiła się krew. Na ten widok polscy więźniowie zaczęli krzyczeć z radości, ale zaraz brutalnie zostali uciszeni przez obserwujących walkę kapo. Jednak w tym momencie Dunning postanowił przerwać pojedynek, uznając, że już wystarczy. Jednocześnie pochwalił Pietrzykowskiego za charakter i umiejętności, a po pewnym czasie dał mu bochenek chleba i kostkę margaryny.
Od tej chwili Pietrzykowski nie był już anonimowym więźniem numer 27, tylko bokserem. Dzięki temu dostał lepszą pracę - w oborze przy karmieniu cieląt, gdzie miał dostęp do mleka i... paszy. W tych komfortowych - jak na obóz - warunkach osiągnął wagę 60 kilogramów, dzięki czemu stał się groźnym przeciwnikiem nawet dla dużo cięższych bokserów.
A Niemcy coraz częściej organizowali w obozie walki, dobierając Tadeuszowi kolejnych rywali, wśród nich zdarzali się też prawdziwi bokserzy. No i Polak przeważnie zwyciężał, z tym że jeśli jego rywalem był inny więzień, wtedy go oszczędzał, wygrywając jedynie na punkty. Nie miał natomiast litości dla kapo - jego celem zawsze był wówczas nokaut.
Nic więc dziwnego, że Pietrzykowski stał się idolem polskich więźniów, pokazując im, że nawet w obozowych warunkach można zachować godność. Z czasem w Auschwitz stał się mistrzem wszechwag, a walki odbywały się już regularnie w każdą niedzielę. „Teddy” wygrywał, po czym nagrodami, którymi był najczęściej chleb, a czasem zupa, dzielił się z innymi więźniami.

Pewnego razu jeden z esesmanów obstawił zwycięstwo Pietrzykowskiego i wygrał aż 1000 marek. W nagrodę podarował polskiemu bokserowi... pięć kotłów prawdziwej zupy, czyli takiej, jaką jedli esesmani.

W pewny momencie do obozu trafił nowy kapo - sadysta o imieniu Erich. Chciał się wykazać przed innymi funkcyjnymi, więc szukał okazji, by za byle przewinienie ukarać jakiegoś więźnia. W warunkach obozowych takie pobicie często oznaczało śmierć, bo osłabiony więzień nie mógł pracować, więc trafiał do komory gazowej i krematorium.
Erich był potężnie zbudowany, miał nawet pewne pojęcie o boksie, a że nie znał polskiego obozowego mistrza, więc chętnie przystał na propozycję walki. Od początku pojedynku kapo rzucił się na Pietrzykowskiego, ale to ciosy Tadeusza docierały do celu. Najpierw precyzyjnym lewym prostym rozbił Niemcowi łuki brwiowe, po czym prawym prostym „poprawił” mu nos. W drugiej rundzie Polak nie zamierzał długo czekać - wystarczyło mu zaledwie kilkanaście sekund, by prawym prostym na szczękę znokautować rywala. A potem - chociaż Niemiec już leżał - wyprowadził jeszcze jedno uderzenie. Nigdy tego nie robił, ale to był prezent dla tych, którzy przez Ericha stracili zdrowie.
W Auschwitz Tadeusz Pietrzykowski utrzymywał kontakt z rotmistrzem Witoldem Pileckim i został członkiem założonego przez niego Związku Organizacji Wojskowej. Wiadomo też, że kilkakrotnie spotkał się z ojcem Maksymilianem Kolbe, który zwrócił mu uwagę na potrzebę hamowanie emocji i agresji mimo otaczającego zła.
W sumie w Auschwitz „Teddy” stoczył od 40 do 60 walk i przegrał tylko raz - z wielokrotnym holenderskim mistrzem wagi średniej Leenem Sandersem.
W 1943 Tadeusz Pietrzykowski został przeniesiony do obozu koncentracyjnego w Neuengamme, gdzie stoczył około 20 walk. Warto wspomnieć, że gdy opuszczał Auschwitz, to kapo Dunning, jego pierwszy obozowy rywal, w dowód szacunku wręczył mu dwie pary bokserskich rękawic.
Wyzwolenia Pietrzykowski doczekał 15 kwietnia 1945 r. w obozie Bergen-Belsen. Potem wstąpił do 1 Dywizji Pancernej gen. Stanisława Maczka, a w 1946 roku powrócił do kraju. 13 lat później ukończył AWF w Warszawie, po czym był nauczycielem wychowania fizycznego, trenerem i instruktorem w Bielsku-Białej, gdzie zmarł 17 kwietnia 1991 roku.
PIOTR PAŃCZUK

WARTO WIEDZIEĆ
* Tadeusz Pietrzykowski był pierwowzorem bohatera noweli „Bokser i śmierć” Józefa Hena, na podstawie której słowacki reżyser Peter Solan w 1962 roku zrealizował film fabularny o tym samym tytule. Od 14 czerwca na YouTubie można obejrzeć film dokumentalny o Pietrzykowskim „Auschwitz, boks i chleb”, natomiast 16 października na ekrany polskich kin miał wejść film „Mistrz”, w którym w rolę boksera wcielił się Piotr Głowacki. Niestety, z powodu epidemii premiera została przesunięta na przyszły rok.
* Witold Pilecki - do Auschwitz trafił w 1940 roku, główny organizator obozowej konspiracji. W nocy z 26 na 27 kwietnia 1943 roku zdołał uciec z obozu. Po powstaniu warszawskim trafił do stalagu 344 Lamsdorf (Łambinowice), a potem do oflagu VII A w Murnau. Po zakończeniu wojny wrócił do kraju, jednak w 1947 roku został aresztowany. Podczas przesłuchań był okrutnie torturowany - „zdarto mu paznokcie, z nóg, miażdżono mu jądra, nadziewano go na nogę od stołka”. W trakcie ostatniego widzenia z żoną Pilecki powiedział, że Oświęcim - w porównaniu z komunistycznym więzieniem - „to była igraszka”. W marcu 1948 roku po sfingowanym procesie został skazany na karę śmierci. Wyrok wykonano 25 maja.
1 października 1990 roku Wojskowy Sąd Najwyższy unieważnił wyrok, podkreślając patriotyczną postawę niesłusznie skazanych (oprócz Pileckiego wyroki śmierci wykonano jeszcze wtedy na trzech osobach).