Anna Szymańczyk zagrała w "Znachorze" Netflixa. Cały czas wraca jednak do rodzinnego Olsztyna

2023-10-21 13:59:30(ost. akt: 2023-10-21 11:39:11)
Zośka w "Znachorze"

Zośka w "Znachorze"

Autor zdjęcia: Bartosz Mrozowski

Jest objawieniem „Znachora”. Rolą Zośki rzuciła widzów na kolana. Anna Szymańczyk to aktorka, która pochodzi z Olsztyna i zawsze z sentymentem tu wraca. I to tu stawiała swoje pierwsze artystyczne kroki.
— Wszyscy oszaleli na punkcie „Znachora”…
— O filmie cały czas jest głośno, a mnie zaskoczyła skala, z jaką odbierana jest postać Zośki. I jest to bardzo pozytywny odzew! Ale przyznam, że miałam poczucie, że biorę udział w bardzo dobrym projekcie ze świetnymi partnerami i z super reżyserem Michałem Gazdą. Gdy weszłam na plan, zobaczyłam scenografię i założyłam kostium, czułam, że to jest coś absolutnie wyjątkowego. Że mam szczęście być częścią czegoś, co rzadko się zdarza. Bo w tym filmie wszystko było robione z ogromnym pietyzmem i z skupieniem na detalach. To dawało mi poczucie bezpieczeństwa i świadomość, że wszyscy pracowali bardzo uczciwie. Dodatkowo scenariusz będący adaptacją książki Tadeusza Dołęgi-Mostowicza, napisany przez Marcina Baczyńskiego i Mariusza Kuczewskiego, twórców odpowiedzialnych m.in. za cykl Listy do M., to absolutnie fantastyczna historia. Dlatego Zośkę pokochałam od samego początku. I bardzo się cieszę, że widzowie podzielają moją miłość do niej.

— Jak zostałaś Zośką?
— Wzięłam udział w castingu, który robiła pani Ewa Brodzka. Znała mnie już wcześniej i zaprosiła mnie na zdjęcia próbne. Dostałam scenariusz, przeczytałam go i… oszalałam! Wiedziałam, że muszę zagrać Zośkę, bo ta postać była mi bardzo bliska.

— Zośka to kobieta z przytupem.
— Z przytupem, ale równocześnie z ogromną wrażliwością, ogromnym sercem i kierująca się swoją intuicją. Zośka ma wewnętrzną inteligencją, której większość nie rozumie. To mądrość życiowa, której Zośka nie nie wyczytała z książek. Przygarnia Antoniego, który jest przybłędą, ale widzi w nim wspaniałego człowieka. I wierzy w niego. Jej miłość uwidocznia się właśnie w tej wierze, że on wie, jak pomóc ludziom. Jest więc w niej niesamowita odwaga do podejmowania wyzwań życiowych.

Zośka w
Fot. Bartosz Mrozowski
Zośka w "Znachorze"

— Od Zośki mogłaby uczyć się niejedna współczesna kobieta.
— To kobieta, która w tej adaptacji jest właścicielką młyna. To businesswoman tamtych czasów. Jako wdowa musiała zakasać rękawy i wziąć życie w swoje ręce. Młyn w latach trzydziestych to ogromne przedsiębiorstwo. Zośka zatrudnia ludzi i trzyma wszystko twardą ręką. To kobieta bardzo mocno sprawcza, szybko działająca i podejmująca działania. Ona niczego się nie boi. Jeśli miałabym czegoś jej pozazdrościć, to właśnie tej życiowej odwagi. Jeśli podejmuje decyzję, to idzie z nią konsekwentnie. Nie cofa się.

— Ale aktorka też musi być odważna…
— To prawda, w tym zawodzie trzeba mieć w sobie trochę odwagi. Ja jestem inaczej odważna niż Zośka, ale łączy nas na pewno konsekwencja. Jestem bardzo konsekwentna w dążeniu do celów. Myślę, że mamy wiele wspólnych cech. Na pewno starałam się obdarzyć Zośkę moimi najlepszymi cechami.

— „Znachora” Hofmanna oglądałaś zapewne w Olsztynie...
— Oglądałam go w rodzinnym domu. On był tłem rodzinnych spotkań. To film, który funkcjonuje w naszej świadomości jako towarzysz świąt. Tak jak „Kevin sam w domu” wiąże się z Bożym Narodzeniem, tak „Znachor” z Wielkanocą. Znałam więc wiele scen z filmu, ale dopiero przed premierą nowego „Znachora” obejrzałam go dokładnie w całości. I zupełnie inaczej go przeanalizowałam.

— I który lepszy? Wszyscy ostatnio je porównują.
— A ja mam szalenie ogromny stosunek emocjonalny do „Znachora”, w którym zagrałam, więc trudno mi oceniać. To moja pierwsza tak duża rola. Mam już dorobek filmowy, ale Zośka jest pierwszą tak wyrazista rolą. Produkcja i Netflix postawili na mnie, więc bardzo się z tego cieszę. Rola, którą się tworzy, a zarazem film, jest trochę jak dziecko. Myślę, że każdy z artystów ma do swoich poczynań matczyne uczucia, więc co więcej mogę powiedzieć? Na pewno bardzo szanuję film Hoffmana, który jest zupełnie inną historią i adaptacją książki.

Zośka w
Fot. Bartosz Mrozowski
Zośka w "Znachorze"

— W Olsztynie dojrzewałaś do myśli, żeby zostać aktorką…
— Pierwszy moment, kiedy poczułam, że mogłabym być aktorką, pojawił się w gimnazjum nr 4. Pani od polskiego zachęciła nas do tego, żebyśmy zrobili inscenizację „Dziadów” Mickiewicza. Wcieliłam się wówczas w Guślarza. Jakoś się złożyło, że ten nasz spektakl widziała pani Krystyna Jędrys, która prowadzi Grupę Teatralną KOKON. Zaprosiła mnie do siebie, a tam, pod jej skrzydłami, uświadomiłam sobie, że aktorstwo mnie pociąga, sprawia mi radość i daje mi oddech. I wybrałam je jako swoją ścieżkę życiową, po której cały czas idę.

— Gdyby nie „Dziady”, to kto wie, kim byś została.
— Kto wie, pewnie wiązałabym zawód z tematami biologicznymi — z racji tego, w jakim domu się wychowałam. Byłam jednak bardzo zdeterminowana na to, żeby grać. A że jestem bardzo konsekwentna, tak jak Zośka, więc jak już wymyśliłam, co chcę robić, to konsekwentnie do tego dążyłam. Zresztą artystyczne rzeczy pojawiały się we mnie już wcześniej, bo ukończyłam również olsztyńską szkołę muzyczną i uczęszczałam na kółko literackie w Miejskim Ośrodku Kultury. Cały czas w artystycznych kręgach się obracałam, a później zrozumiałam, że aktorstwo to jest to.

— Zośka jest tego dowodem. Rodzina pewnie dumna.
— Bardzo dużo zawdzięczam Leszkowi Lichocie, który zagrał główną rolę i który stworzył mi warunki do tego, żebym jako jego młodsza filmowa koleżanka, mogła rozwinąć skrzydła. Nie robimy filmu przecież sami. Jeśli jakaś rola się uda, to jest to zawsze wypadkowa wielu rzeczy. A tu spotkały się energie. Reżyser Michał Gazda to absolutnie czuły i wrażliwy człowiek. Leszek Lichota to doskonały partner, który daje szansę na to, żeby zaistnieć obok niego i aby dobrze funkcjonować w tym układzie. Tu nie ma walki z partnerem, ale patrzy się w oczy i prowadzi się wszystko do przodu. Leszek nie ma w zwyczaju rywalizować. Zresztą wszyscy moi partnerzy, z którymi spotkałam się na planie, są fantastyczni. Mówię tu również o Marysi Kowalskiej, która grała Marysię. Nie miałam nią wielu scen, ale miałyśmy do siebie ogromne zaufanie. Miałyśmy zresztą jednego wspólnego kampera na planie i między innymi w nim walczyłyśmy o dobrą relację Zośki i Maryśki. Ale wszyscy bardzo chcieliśmy zrobić ten film i bardzo wierzyliśmy w ten projekt, więc czerpaliśmy z niego przyjemność. Zresztą w każdej pracy atmosfera jest podstawą sukcesu. I to dostrzegają widzowie, ale również bliscy i przyjaciele.

— „Znachora” można było obejrzeć m.in. w Lidzbarku Warmińskim.
— Ruszyliśmy z filmem w przedpremierową trasę promocyjną i byliśmy właśnie w Lidzbarku, gdzie przyjechała moja mama. Na premierze w Warszawie towarzyszyli mi natomiast przyjaciele. To były najbliższe mi osoby, które mnie wspierały, bo to ogromne przeżycie i, nie ukrywam, dosyć skrajne. Może z wiekiem nabiera się ogłady, ale myślę, że premierze zawsze towarzyszą ogromne emocje. Mama była nie tylko dumna ze mnie, ale i zadowolona z filmu. Rodzina bardzo trzymała za mnie kciuki, bo w ogóle jesteśmy rodziną bardzo mocno się wspierającą. Tworząc tę rolę, często wracałam też myślami do moich dziadków, bo mieli duże gospodarstwo. To dzięki nim potrafiłam odnaleźć się na wsi, którą bardzo lubię.

Na premierze
Fot. akpa.pl
Na premierze "Znachora" w Lidzbarku Warmińskim

— A co przed tobą? Pewnie telefony będą się urywać.
— Na to liczę! Oczywiście wszystkim dziękuję, bo dostaję ogromne ilości wiadomości na portalach społecznościowych, co jest bardzo miłe. Staram się wszystkim odpowiadać, bo wiem, że napisanie do aktora wymaga odwagi. Bardzo szanuję swoich widzów i jeśli komuś sprawiłam przyjemność i dałam mu dwie godziny oddechu, to tylko się cieszyć. Często mnie to wzrusza. Jedna osoba napisała mi: „przypomina mi pani moją babcię, którą pamiętam jak przez mgłę…” To są historie łapiące za serce, bardzo ważne dla mnie. Ale dostaję też dużo wiadomości z zagranicy, bo film można przecież oglądać na Netflixie w 194 krajach. Ludzie piszą, że „Znachor” to piękny i chwytający za serce film, więc to również wzruszające. Mam nadzieję, że ta dobra passa będzie się utrzymywała i że dostanę propozycje kolejnych ciekawych ról. Bo apetyt rośnie w miarę jedzenia. (śmiech)

— Czego więc byś spróbowała?
— Mam ogromną przyjemność z tego, gdy role są różnorodne i się mienią. Teraz dla odmiany zagrałabym jakąś złą kobietę. Myślę, że jestem na to gotowa.

— Ale w „Znachorze” mówisz niskim zachrypniętym głosem: „Idę ubić koguta”. Pierwsze koty za płoty.
— (śmiech) Mój niski, lekko zachrypnięty głos był problemem, gdy byłam młodsza. Teraz wszystko powoli „mi się zjeżdża”. Mam wrażenie, że jestem w dobrym puncie swojego życia. I mam nadzieję, że przede mną mnóstwo przygód filmowych. Na takie czekam, bo po to uprawiam ten zawód. Chciałabym, żeby ludzie mogli cieszyć się razem ze mną tym, co robię.

— Ale czasami trzeba odpocząć. Często wracasz do Olsztyna?
— Moja mama cały czas mieszka w Olsztynie, więc wracam tu w miarę możliwości, ale z racji mojej zajętości zawodowej, jest to zaledwie kilka razy w roku, na przykład na święta. Ale jestem absolutną lokalną patriotką i zawsze podkreślam, skąd jestem. Pałam ogromną miłością do Olsztyna, które uważam, że jest fantastycznym miastem do życia. Zawsze, gdy tu jestem, łapię oddech. Na co dzień mieszkam w Warszawie, więc tęsknię za olsztyńską zielenią i ciszą. Wiem, że życie w Olsztynie czasami nie jest łatwe, że to dosyć małe miasto, ale to ma swoje plusy. Tu wszyscy się znają i tu jest mnóstwo możliwości, żeby odpoczywać. Dlatego chętnie tu wracam.

Anna Szymańczyk — urodziła się w Olsztynie w 1987 roku. Jest absolwentką Akademii Teatralnej w Warszawie, którą ukończyła w 2010 roku. Zadebiutowała jako Pani Zero w spektaklu "Maszyna do liczenia" Teatru 6. piętro i można ją też było zobaczyć na deskach Teatru Stu i Teatru Dramatycznego. Na swoim koncie ma role m.in. w serialach "Świata według Kiepskich”, "Na dobre i na złe", "Na wspólnej", "Komisarz Alexa" i "Pierwsza miłość". Wystąpiła też w "Listach do M.", "Szadzi" i dwóch filmach Wojciecha Smarzowskiego — "Klerze" i "Weselu". Jej głos mogliśmy usłyszeć w polskich wersjach "Gwiezdnych wojen", "Harry'ego Pottera", "Spider-mana", produkcjach Marvela czy grach np. "Cyberpunk 2077" i "Diablo IV".

"Znachor" w reżyserii Michała Gazdy z Leszkiem Lichotą w roli głównej to już trzecia ekranizacja, a właściwie adaptacja, powieści Tadeusza Dołęgi-Mostowicza z 1937 roku (tego samego roku wyszedł też pierwszy film, a w 1982 r. premierę miała produkcja Jerzego Hoffmana z ikonicznym Jerzym Bińczyckim).