Tapicer z Olsztyna idzie pieszo do Santiago de Compostela

2021-08-29 14:03:00 (ost. akt: 2021-08-29 20:09:08)
Roman Witt z synem Michałem

Roman Witt z synem Michałem

Autor zdjęcia: archwium prywatne

Gdy rozmawiamy, Roman Witt, z zawodu tapicer, jest w okolicach Lionu we Francji. Z Olsztyna wyszedł 14 czerwca. Idzie cały czas piechotą do Santiago de Compostela. Idzie po szczęście, które i tak znalazł już w drodze.
— Idzie pan szlakiem świętego Jakuba piechotą. To kawał drogi!
— Od wielu lat podróżuję po świecie. Przejechałem motocyklem i autostopem Afrykę Północną. Byłem też w Jordanii, w Syrii, w Libanie, w Libii. A teraz przyszedł czas, żeby przemierzać ten świat piechotą. Po tylu latach pięknych podróży chcę podziękować Bogu za kawałek nieba nad głową, za równą drogę pod stopami, za deszcz, który chłodzi w upalny dzień. To najważniejszy powód. Ale jest też zwykła ludzka chęć sprawdzenia siebie.

— Ile przejdzie pan z Olsztyna do Santiago de Compostela?
— Myślałem, że przejdę ok. 4 tys. kilometrów, ale wyjdzie jakieś 3600. Nie liczyłem, ile godzin będę potrzebował na tę wędrówkę. Wiem, jednak, że zajmie mi ona około 130 dni. Myślę, że w połowie października dojdę do celu. Wrócę jednak już samolotem. Nie będę wracał piechotą.

— Człowiek, żeby być szczęśliwy, musi się wyspać, odpocząć, coś zjeść… Jak sobie pan z tym radzi?
— Syn mi w tym bardzo pomaga. Do tego stopnia, że gdy ktoś ze mną rozmawia, mówię, że idę z synem. Ludzie dziwią się wtedy: "ale przecież sam idziesz!" Michał cały czas jest ze mną, choć mieszka w Gdańsku. Na dwa, trzy dni do przodu rezerwuje mi noclegi. Ustalamy nawet wspólnie trasę, którędy iść. Sprawdzamy też pogodę. Bo jeżeli będzie upał, to nie zrobimy przecież 40, ale około 20 kilometrów…

— I tak codziennie…
— Zaczynam od śniadania i ruszam. Czy pogoda jest dobra, czy kiepska — idę. Najbardziej lubię iść lasem i patrzeć na góry. Zachwycił mnie Schwarzwald. To piękne niemieckie góry, ale dały mi w kość. Niesamowita jest też Francja. Te wioseczki z murem pruskim, te domy niezniszczone w czasie wojny… Naprawdę piękne okolice. Najtrudniej jest, gdy mocno grzeje słońce, a ja mogę znaleźć ani krzty cienia. Tak jest na polach, które ciągną się kilometrami. Nie ma nawet gdzie usiąść. Jeśli są chmury, jest znośnie. One troszeczkę chłodzą i jest fajnie.

— Ludzie często pytają, gdzie pan idzie?
— Wszędzie się pytają: czy w hotelu, czy na kempingu. Zawsze pytają, gdzie mam samochód. Odpowiadam im, że autem nie jadę. Wtedy słyszę: „to gdzie masz rower?” Tłumaczę im wtedy, że idę pieszo. Dziwią się i dopytują, skąd idę. Z Polski. Mówią: „w porządku, jesteś z Polski, ale skąd idziesz?” Z Polski idę! Nie znam na tyle angielskiego, żeby płynnie im tłumaczyć. Ale jakoś się dogadujemy. Wtedy się orientują, gdzie jest Polska i jaki kawał za mną, a jaki przede mną. Mówię też, że jestem z Olsztyna. Nie znają naszego miasta. Odpowiadam wtedy, że to moje miasto, mój dom.

— Musiał pan wziąć długi urlop. Jest pan przecież tapicerem.
— Przez ponad 30 lat miałem zakład w Olsztynie na Lanca przy ZUS, koło piekarni i mięsnego. Potem przeniosłem się do Naterek, gdzie teraz mieszkam. Wrócę w październiku i wrócę do pracy. Syn prowadzi Instargama, mój profil nazwał „Tapicer w podróży”. Tam można podejrzeć, gdzie dokładnie jestem, co widzę i zorientować się, kiedy wrócę.

— Mają panowie świetną relację.
— To prawda. W takich sytuacjach to wychodzi. Gdyby nie było ze mną syna w podróży, musiałbym zadbać o wszystko sam. Nie zginąłbym, ale tak jest na pewno łatwiej. Do tej pory, gdy podróżowałem po świecie, byłem sam za siebie odpowiedzialny. Szukałem noclegu, nieraz spałem pod przysłowiową chmurką. Tak samo pewnie byłoby i teraz. A teraz noce są chłodne. Nieraz na kempingu nocowałem w namiocie i marzłem, choć w ciągu dnia był upał.

Roman Witt w momencie rozpoczęcia podróży
Fot. archwium prywatne
Roman Witt w momencie rozpoczęcia podróży

— To pana przygoda życia?
— Ta podróż zmienia wszystko, choć tak naprawdę niczego nie zmienia. Na pewno nie wrócę do Olsztyna już taki sam. Będę przede wszystkim szczęśliwy. Bo co zobaczę w drodze, jest moje. Żadna wycieczka samochodem tego nie zapewni. Patrzy się wtedy na drogę, a nie na okolice. Mija się świat. A tak mogę rozmawiać z ludźmi i patrzeć, jak się uśmiechają. Gdy jadę samochodem, to zawsze zmierzam do jakiegoś turystycznego punktu — chcę zobaczyć zabytek, muzeum albo po prostu znane miejsce. Gdy idę, chłonę wszystko. Każdą wioskę, każde drzewo. To prawdziwe życie. We Francji to też maleńkie kafejki na staróweczkach. To coś pięknego. Pewnie nigdy samochodem bym się do nich nie wybrał.

— Długo się pan przygotowywał do tej podróży?
— Prawie trzy lata. Chciałem iść w zeszłym roku, ale przyszła pandemia. Były zamknięte granice, więc przesunąłem to o rok. Teraz wcale nie jest pewniej. Nie wiem, co mnie jeszcze czeka. Też mogą pozamykać granice… Jestem jednak szczepiony, mam paszport covidowy. Mam nadzieję, że uda mi się przekroczyć granicę Hiszpanii. Potem już będzie z górki. We Francji w każdej restauracji muszę pokazywać paszport covidowy. W Polsce tego nie ma. Zdziwiłem się, bo nawet gdy jadłem w przydrożnym kebabie, też mnie poproszono o kod QR. Ale to mądre. Wtedy można bezpiecznie bez maseczki siedzieć przy stoliku.

Fot. archwium prywatne

— Gdy pan wróci, za czym pan będzie tęsknił. Tylko za widokami?
— Jeszcze przede mną kawał drogi, ale już mam żal, że moja droga kiedyś się skończy. Chciałbym tak iść bezustannie. Jest cudownie. Wcisnąłem pauzę w życiu i cieszę się każdą chwilą. Zanim wyszedłem, mówiłem klientom, że przez jakiś czas mnie nie będzie. Że do późnej jesieni nie przyjmuję żadnego zlecenia.

Fot. archwium prywatne

— Mówił pan, że idzie na urlop? Dosłownie.
— Nawet nie tłumaczyłem, co będę robił. Nie mówiłem, że wychodzę i nie wiem, kiedy wrócę.

— Ból nóg doskwiera?
— Pierwsze dwa tygodnie były trudne. Bolał mnie staw skokowy i nogi puchły jak szalone. Niby trenowałem, ale nie chodziłem codziennie. Wychodziłem z domu w weekendy. Przez dwa lata przechodziłem praktycznie każdy mój wolny dzień. Zawsze robiłem ponad 20 kilometrów. Okolice wokół jeziora Wulpińskiego, Stare Jabłonki, Gietrzwałd znam na pamięć. Ale później miałem jednak tydzień przerwy. A tu nagle taki dystans robiłem dzień w dzień. Nie miałem nawet jednego dnia przerwy. Idę przez 7 dni w tygodniu. Żyję teraz w stu procentach i w końcu mogę oddychać. Bo przez te trzydzieści lat miałem codziennie faktury, zusy, umowy, przelewy. A nagle się okazuje, że obok nas jest zupełnie inne życie. I ono przechodzi. Mam w końcu czas spokojnie myśleć.

— Myśli pan o następnej podróży?
— Nasza wiara ma trzy miejsca pielgrzymkowe. Pierwsze to Rzym, drugie to Jerozolima. Pójść tam byłoby najtrudniej, ale myślałem o tym. Jeśli teraz zrobię prawie 4 tys. kilometrów piechotą, to dlaczego nie porwać się na 6 tys.?

— Spotyka pan innych pielgrzymów?
— W Polsce, w Gniewkowie za Toruniem. To był pan z Suwałk. Nocowaliśmy w tym samym hotelu. On jednak jechał rowerem. Mówił, że jeśli da radę, to chce dotrzeć do Composteli, a jeśli nie, to chociażby do Francji, żeby za rok ruszyć dalej. Świat jest mały. Chociaż jak idzie się piechotą, wydaje się większy. Kilometry w nogach robią swoje. Ale świat naprawdę jest mały. Nie trzeba samolotu, żeby przebyć całą Europę. Potrzebny jest tylko czas i chęci.

ADA ROMANOWSKA
a.romanowska@gazetaolsztynska.pl



Komentarze (2) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Komentarze dostępne tylko dla zalogowanych użytkowników. Zaloguj się.

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. basilo #3073972 30 sie 2021 09:30

    Pomódl się Panie Romanie Witt za rozdział kościoła od państwa.

    odpowiedz na ten komentarz

  2. mieszkanka #3073948 30 sie 2021 07:19

    Szacunek. Buen camino!

    Ocena komentarza: warty uwagi (5) odpowiedz na ten komentarz