Kultura nie męczy!

2021-08-01 19:30:09 (ost. akt: 2021-07-30 16:04:30)

Autor zdjęcia: Pixabay

Jest upał i to akurat ten najgorszy: parny, duszny, z burzą codziennie pomrukującą złowrogo gdzieś na krańcach horyzontu. Okna otwarte na przestrzał, wiatrak chodzi na wszystkie strony, a ja dodatkowo próbuję opanować sztukę niepocenia się…!
Szybko odkryłam, że poceniu bardzo sprzyja ruch: chodzenie i śpiewanie szczególnie, ale dla przykładu wachlowanie się gazetą lub plikiem papierów też krople potu na czoło wyciska. Najgorsze ze wszystkiego są natomiast gwałtowne ruchy — biegania nie polecam absolutnie, ale i szybki spacer też natychmiast wymaga chłodnego prysznica. Problem mam z rozmowami, zwłaszcza tymi na żywo. Rozmowa bowiem jest dla mnie zawsze przygodą, spotkaniem z drugim człowiekiem i odkrywaniem kolejnej jej lub jego cząstki — zatem nie ma siły: to musi trochę energii wymagać. A jeśli wymaga energii, to bywa, że i zmęczy — a od tego spocenie gotowe…! Jeszcze gorzej z rozmowami telefonicznymi, które z niewiadomego powodu jak dla mnie oznaczają znacznie więcej gestykulacji, a — co za tym idzie — jeszcze więcej tego wstrętnego, lepkiego potu, który bez pytania, bezlitośnie i bez zahamowań pokrywa w jednej chwili całe moje ciało, czym sprawia mi niewysłowiony ból…! A ponieważ z niektórych rozmów zrezygnować nie wolno, a na inne czeka się czasem pół życia, więc rezygnować kompletnie nie warto — znów w ruch musi iść prysznic i tylko patrzeć, jak olsztyńskie wodociągi zaczną podejrzewać, że ja na tych swoich pięćdziesięciu dwóch metrach kwadratowych delfiny hoduję…!

Tak czy siak, skutek upałów jest taki, że robię wszystko w zwolnionym tempie. Że z boku wygląda to godnie, dostojnie — żeby nie powiedzieć: kretyńsko — to jedno. Grunt, żeby potu wywoływało jak najmniej. Dodatkowo przeszłam na tryb wczesnoranny: im wcześniej wstanę, tym większy chłód panuje w całym mieszkaniu, tym słodsza na zewnątrz panuje zimnica — a im zimniej, tym mniej potu. Poza tym w ruch (byle niespieszny!) poszły normalne nawyki z krajów, gdzie klimat tropikalny panuje od dawna i na dobre: ostro przyprawione potrawy, a na zapojkę lekko osolona lemoniada, bo z powodu tego ciągłego pocenia elektrolity mi przecież wypływają Niagarą…!

Ale… Odkryłam jeszcze jeden bardzo skuteczny sposób, by unikać zmęczenia i pocenia się. A ponieważ gołym okiem i na podstawie własnych przypadków z ostatnich tylko kilku dni widzę, że reszta społeczeństwa wciąż tkwi w głębokiej nieświadomości — czym prędzej spieszę donieść, pomagając być może innym takim, którzy też nie lubią się pocić w parne dni. Tajemnicę skrywa mianowicie… spokój. Tak jest! Nie bez kozery mądrzy ludzie mawiają: tylko spokój może nas uratować. Mnie przed spoceniem ratuje bardzo skutecznie i dlatego wszystkim polecam, tym bardziej że wiele osób tak się zachowuje, jakby jeszcze na to nie wpadło…

W kościele
Od zawsze powtarzam, że NIE chodząc do kościoła — mam znacznie mniej grzechów! Przed pandemią nawet się raz na jakiś czas odważyłam, zebrałam i poszłam. W święto Wniebowzięcia, czy inaczej Matki Bożej Zielnej lub rocznicę cudu nad Wisłą — zawsze. W Boże Ciało procesja obowiązkowa. Lubię też Trzech Króli i nabożeństwo wigilii paschalnej. A jednak od czasów, kiedy koronawirus i covid-19 zawładnęły światem — kościołów unikam stanowczo i konsekwentnie jak już nie powiem czego, bo rzeczywiście takie nagromadzenie osób wszelkiej proweniencji, wieku i schorzeń w jednym zamkniętym miejscu rozprzestrzenianiu się wszelkich przenoszonych drogą kropelkową chorób sprzyjało zawsze, a już zwłaszcza covidek takich okazji nie przepuszcza. I tak było do ubiegłej soboty, kiedy los chciał, że odeszła jedna z Osób bardzo mi drogich, a którą chciałam do ostatniej chwili godnie pożegnać.

Wybrałam się zatem do kościoła znacznie przed czasem ceremonii pogrzebowej w zbożnym mniemaniu, że uda mi się wyciszyć, w największym skupieniu pomodlić i po swojemu uczcić zmarłą.

O, jakże się pomyliłam!
Okazało się, że krótko po moim wejściu, zajęciu miejsca i przystąpieniu do wyciszania — w kościele rozpoczęło się jakieś nabożeństwo. Furt! — ławkę za mną usiadła młoda kobieta. Ale nie w wieku rzecz, tylko w fakcie, że kobieta nie posiadała maseczki. Ja sama zaszczepiona dawno już dwiema dawkami, w maseczce od dolnej powieki do prawie szyi — zbulwersowałam się na razie średnio, bo z jednej strony uznałam, że z pewnością w roztargnieniu weszła i zapomniała tę maseczkę nałożyć — z drugiej frajersko naiwnie pomyślałam, że jak ją poproszę, to natychmiast założy.

O, jakże się pomyliłam po raz drugi!
Na pytanie, czy mogłaby pani nałożyć maseczkę — usłyszałam krótkie, cięte i ostre jak brzytwa „Nie!”. Dobrze, trudno, nie każdy musi mieć przyjaciół wśród lekarzy i pielęgniarki wśród przyjaciółek. Poprosiłam zatem, bo po prostu usiadła nieco dalej, a nie bezpośrednio za mną. Słownej riposty nie było, ale obrzucona zostałam zaciętym spojrzeniem. Riposty natomiast doczekałam się za to dwie sekundy później od kobiety sądząc po wyglądzie w wieku babcinym, seniorskim — znaczy z grupy większego zagrożenia. Normalnie siedziała trzy ławki za mną, ale na widok moich próśb przybiegła natychmiast i oznajmiła mi, że mam się przestać czepiać, bo ta pani w kościele maseczki mieć nie musi.

Co jeszcze dziwniejsze, ta pani babcia maseczkę jak trzeba miała, taką jednorazową, nawet poprawnie nałożoną, drucikowym mostkiem na nosie i harmonijką w dół…! Gdzie sens, gdzie logika…?

Chyba nie muszę mówić, że obie do końca nabożeństwa modliły się gorliwie, składały ręce do kolejnych modlitw i — w przeciwieństwie do mnie — w odpowiedniej chwili przyjęły komunię.

A ja? Z wyciszenia początkowo były nici, bo myśl mi skoczyła w kompletnie inne kierunki i przywołała liczne obrazy z ostatniej jesieni, zimy i tegorocznej wiosny — obrazy sinych pręg na twarzach lekarzy i pielęgniarek schodzących z dyżuru lub wychodzących z czerwonej strefy; rozpaczliwe rozmowny telefoniczne z hurtowniami w poszukiwaniu leków, maseczek, rękawiczek, kombinezonów i przyłbic; worki pod oczami i cienie, które po szpitalnych salach i korytarzach snuły się niejednokrotnie nie gorzej niż niektórzy pacjenci. Pamiętam twarze z wielkim wysiłkiem starające się ukryć zmęczenie, przywdziewające coś na kształt zamglonego uśmiechu. I pamiętam procedurę obowiązująca w sytuacji, kiedy pacjent walkę z covidem przegrał…

Nie wiem, co konkretnie widziały obie panie w czasie ostatniego szczytu pandemii — swoich obrazów im nie życzę. Ale może dzięki tym moim wspomnieniom tym bardziej czuję się upoważniona do nakładania maseczki, zwłaszcza w pomieszczeniach, zwłaszcza wśród większej liczby osób, z których nigdy nie wiemy co i skąd kto może przynieść? Czy na wszystko musi być przepis i groźba kary śmierci za jego złamanie lub nieprzestrzeganie — by ludzie, przynajmniej niektórzy, poczuli się zobowiązani w minimalnym stopniu go przestrzegać? Czy logika, zdrowy rozsądek, a nawet szacunek dla zamaskowanych tak bardzo bolą…?

No, i nie ma co mówić: spociłam się z tej bezsilności nad ludzką głupotą, a obraz tego braku szacunku w zestawieniu z nabożnie złożonymi do modlitwy rękoma przyprawił mnie jeszcze dodatkowo o ból głowy!

Pomijam już fakt, że trzy dni temu ministerstwo zdrowia podało dane, z których wynika, że w ostatnim czasie liczba zakażonych koronawirusem rośnie i tylko w naszym województwie potwierdzono 7 nowych wypadków.

A zatem sami widzicie, drodzy Czytelnicy, że chcę czy nie — i tak zmuszona jestem wytrwać w postanowieniu omijania kościołów szerokim łukiem, a już zwłaszcza kościołów w czasie mszy i innych nabożeństw. Bo ja może i się spociłam, choć summa summarum bardziej spłakałam. Ale ta pani bez maseczki i jej obrończyni — spociły się bardzo, co oglądałam na własne oczy. A poza tym kiedyś Tadeusz Konwicki na pytanie, czy idzie na nieszpory, odpowiedział, że on nie musi, bo jest wierzący. I ja się tego Konwickiego trzymać będę, nie tylko w upał!

Pan z lotniska
Nie dalej jak we wtorek bez jakichkolwiek złych przeczuć zapragnęłam zarezerwować sobie miejsce parkingowe na długoterminowym parkingu przy jednym z lotnisk…

Ponieważ korzystam z tego lotniska, a zatem i z parkingu dość często, kontakt mam doskonale zapamiętany w komórce od lat, bez zbędnych poszukiwań i szperania po stronach internetowych wyszukałam i natychmiast puknęłam w zieloną słuchawkę.

Ja sobie zdaję sprawę z faktu, że telefon może zadzwonić w różnych chwilach: czasem siedzimy na balkonie i bezmyślnie gapimy się w niebo, czasem oglądamy film lub czytamy książkę — i wtedy odebranie go nie nastręcza jakichkolwiek problemów. Czasem telefon zadzwoni jednak troszkę nie w porę: a to przełykamy właśnie kolejny kęs ogóreczka przy śniadaniu, a to rozmawiamy już z kimś innym, kto był pierwszy, a czasem śpimy lub zwyczajnie korzystamy z toalety…! Telefon daje jednak taki komfort, że możemy go odebrać — lub nie. Nie mamy możliwości, nie mamy ochoty, nie mamy czasu, prowadzimy samochód — nie odbieramy zatem i oddzwaniamy w pierwszej dogodnej chwili, bo czasy horrendalnych rachunków też już szczęśliwie mamy za sobą.

Z jakiego powodu pan z lotniska, do którego w sprawie rezerwacji zawsze dzwoniłam — jednak odebrał mój telefon — już się pewnie nigdy nie dowiem. Szybko się przekonałam, że strasznie nie w porę zadzwoniłam, ale cóż — pan telefon, mimo jawnej niedogodności, jednak odebrał…
Czego ja się o sobie nie dowiedziałam…!

I o mojej osobowości tam było, i o postępowaniu co najmniej haniebnym. I o funkcjonowaniu w społeczeństwie, i o moim niezbyt przyzwoitym prowadzeniu się — na Boga! — skąd wiedział?! Sporo było także o moich różnych talentach, a raczej ich braku, do czytania na przykład — bo przecież na stronie jak byk stoi, że rezerwacji już od dawna nie prowadzi się. Nasłuchawszy się o tej gorzkiej i trudnej do przełknięcia prawdy o swojej wybrakowanej osobowości, z czystej ciekawości zajrzałam na stronę rzeczonego portu lotniczego i trochę się natychmiast skonfundowałam, bo ani jak byk, ani nawet jak mrówka czy pchła tam nic nie stało o wycofaniu z rezerwacji.

„Lotnisko dysponuje ponad 1500 miejscami postojowymi na parkingach. Oferta parkingowa doskonale wpisuje się w potrzeby naszych pasażerów. Parking długoterminowy to oferta skierowana dla pasażerów udających się w dłuższą podróż lub dla osób poszukujących ekonomicznych rozwiązań dla krótszego postoju. Parking znajduje się na terenie należącym do lotniska w odległości 3 kilometrów od terminala w kierunku” — tak tam stało, a o zmianie w procedurze nie było nic. Najpierw się ucieszyłam, że jednak czytać jeszcze umiem i że te swoje kategoryczne opinie o mnie pan od rezerwacji jednak trochę powinien złagodzić. Potem poczułam się nieco obrażona: no, bo jak to? Czuję się bez mała stałą klientką, o zmianach ani śladu — a mnie tu się na wszystkie strony zakrętami w paru językach operuje! I w ogóle wszystko obficie okraszone pięknym, czystym budowlanym żargonem, który doskonale pamiętam z czasów, kiedy o pisaniu takich felietonów tylko marzyłam…!

Znów. Trochę się spociłam. Ale za parę minut zadzwoniła do mnie miła pani z sekretariatu dyrektora portu i z tego, co mówiła, wiem na pewno, że na moją prośbę, by pan się jednak tak nie chandryczył — zwłaszcza, że informacji o zmianach w sposobach rezerwacji nigdzie nie ma — którą jeszcze przed rozmową ze mną miła pani temu panu od rezerwacji przekazała, ów pan spocił się jednak znacznie bardziej ode mnie.

A mówiłam, że ludzie spokojni i kulturalnie pocą się umiarkowanie — z nerwusów leje się strumieniami!

Jednak można!
Zbliżają się upragnione wakacje, a zatem także wyprawa w nieznane zakątki globu, do której zawsze przygotowuję sztambuch na informacje, listy do zapamiętania, mapy, ciekawostki, zdjęcia i co tylko…

Wypatrzyłam sobie na jednym z portali aukcyjnych jeden piękny, z okładką w kolorze włoskiego nieba, coś tam jeszcze dobrałam i kliknęłam „kupuję”. Przez zwyczajne gapiostwo odkryłam już jednak po transakcji, że uczynna mama kupiła mi tamte pozostałe przedmioty w naszym osiedlowym papierniczym, uznałam więc, że mi się zmarnują i że właściwie tylko ten notatnik jest mi niezbędnie potrzebny. Skorzystałam zatem pierwszy raz w życiu z opcji anulowania zakupu, w zbożnym mniemaniu, że rozliczenie jakoś tam przyjdzie, ale że upragniony notes natychmiast wróci niejako na wirtualną półkę i za chwilę będę go mogła ponownie kupić. Minął dzień, dwa, zakup jak był, tak wciąż widniał z komentarzem „anulowany” — i w ogóle nic się nie działo. Wykonałam telefon do sprzedającego, obiecał zrobić wszystkie manipulacje ręcznie, ale znów minęło kilka dni — i nic!
Znów się skontaktowałam — gnąc się w przeprosinach za zamieszanie, bo przecież anulowałam ten zakup sama i przez gapiostwo. A otóż pan sprzedający szybko jął się ze mną w tych przeprosinach ścigać, bo jego zdaniem wszystko za długo trwa. Zadziałał zatem natychmiast ręcznie, zwrot nastąpił, zeszyt kupiłam bez przeszkód i następnego dnia odebrałam paczkę za własnym domem. Podekscytowana kolejnym zeszytem, wszystkim, co już zaplanowałam w nim zapisać oraz podróżą w jego towarzystwie — ostatkiem sił opanowywałam emocje przy zrywaniu taśmy i kartonu. I co? I pan prócz zeszytu dorzucił mi jeszcze komplet pięknych pastelowych markerów gratis!

Może i spocił się, biedny, przy pakowaniu. Ze mnie w czasie rozpakowywania pot płynął ciurkiem, ale szczerze — taki pot ma u mnie zawsze najsłodszy smak i tylko takiego potu, takich chwil i takich zeszytów z markerami czy czego tam sobie chcecie — wam z całego serca życzę!!!
A tak w ogóle — to aby do wakacji nad morzem!


Magdalena Maria Bukowiecka
m.bukowiecka@gazetaolsztynska.pl


Felieton dedykuję panu Adamowi z Papierowego Domku, do którego wrócę jeszcze wiele razy z ogromną przyjemnością, choć nie obiecuję, że bez gapiostwa…!