Paweł Jaszczuk: Czasem mam ochotę się wylogować

2021-06-19 14:03:16 (ost. akt: 2021-06-19 13:19:51)
Paweł Jaszczuk, mistrz pióra z Olsztyna

Paweł Jaszczuk, mistrz pióra z Olsztyna

Autor zdjęcia: Emilia Jaszczuk

Za sprawą „Szczęśliwej Przystani” olsztyński pisarz zaprasza nas do świata (światów?) mieszkańców domu spokojnej starości. O niewidzialności ludzi starszych i potrzebie upominania się o to, by nie wszystko było na sprzedaż, opowiada Paweł Jaszczuk.
— Czytając „Szczęśliwą Przystań”, pomyślałam, że starość jest pojęciem względnym. W opisywanym przez pana domu spokojnej starości mieszkają ludzie schorowani, po osiemdziesiątce, ale i tacy jak Paweł Stępień, który ma ledwie 61 lat i właściwie sprawia wrażenie człowieka, który świetnie poradziłby sobie bez pielęgniarek czy salowych. Kiedy, pańskim zdaniem, zaczyna się starość?
— Starość to nie jest kwestia PESEL-u. Zdarza się, że o młodych ludziach mówimy „młody-stary”. Wydaje mi się, że chyba przyznanie się do starości, jest pierwszą oznaką przekroczenia tej wiekowej bariery. Znam ludzi w podeszłym wieku, którzy zarażają innych swoimi pomysłami oraz aktywnością i nie narzekają. Niekiedy jednak choroba zmienia nastawienie człowieka do świata i wtedy o starości nie daje się łatwo zapomnieć.

— Pytam o to, kiedy zaczyna się starość, bo mam wrażenie, że coraz dłużej się jej opieramy. Nie przepadam za hasłem „młodzi duchem”, które zaczyna być czymś w rodzaju zobowiązania, więc tym bardziej doceniam, że nie przedstawia nam pan grupy „wesołych staruszków”, ale ludzi z potrzebami, tęsknotami i obawami. Na co dzień starsi ludzie, którym życie nie upływa na wycieczkach autokarowych po Europie, lub którzy nie biegają w maratonach, są tak naprawdę niewidzialni...
— Chciałem oświetlić symbolicznym światłem ludzi starszych, o których często się zapomina. Pokazać tych, którzy mogliby nam o sobie wiele opowiedzieć i podzielić się swoimi doświadczeniami, pod warunkiem, rzecz jasna, że zgodzimy się ich wysłuchać. Słyszałem ostatnio określenie, dotyczące reakcji na ludzi w podeszłym wieku: przezroczystość. Widzimy kogoś wiekowego, ale tak naprawdę, nie chcemy go widzieć, bo nie pasuje do teraźniejszości i staje się automatycznie przeźroczysty, a jego winą jest tylko to, że się urodził wiele lat przed nami.

— Domy spokojnej starości zwykle nie mają przesadnie dobrej prasy, prawda? Skąd czerpał pan wiedzę na temat takich miejsc?
— Absolutnie nie chcę uogólniać i stawiać jednej oceny domom spokojnej starości, bo to byłoby wielce krzywdzące. W mojej powieści łączę wyobraźnię literacką z doświadczeniem, jakie zdobyłem, odwiedzając miejsca, gdzie niektórym przyszło spędzić ostatnie chwile życie. Pierwszy raz byłem w domu spokojnej starości jako harcerz. Ktoś wpadł wtedy na genialny pomysł, byśmy odkryli tam prawdę o życiu i nie rozpychali się w nim zanadto łokciami. Wrażenia z tamtej wizyty pozostały do dzisiaj. Spotkałem się wtedy ze światem, jakiego nie widziałem na podwórku ani w szkole. Dowiedziałem się, że taki świat istnieje naprawdę i właśnie o nim jest moja nowa powieść.

Paweł Jaszczuk

Olsztyn-Paweł Jaszczuk prozaik, dramatopisarz, krytyk literacki,autor kryminałów

— W „Szczęśliwej Przystani” przedstawia nam pan kilkadziesiąt osób. Właściwie każdej z nich dał pan własną historię, charakter, marzenia i obawy. Domyślam się, że doświadczenie w pisaniu kryminałów sprawia, że nie gubi się pan w wątkach, ale proszę dać nam zajrzeć do tego, co kryje się pod pojęciem warsztatu pisarskiego. Jaką ma pan technikę „panowania” nad tekstem, pomysłami i bohaterami? Wsparciem są notatki?
— Tworzę nieskończoną ilość notatek. Każda postać ma swoją umowną szufladkę, a w niej leży jej CV albo dokumenty przygotowane do kastingu. To mniej więcej tak, jakby się panowało nad dużym zespołem aktorskim. W jakimś momencie puszczam w ruch bohaterów na wymyślonej scenie, pozwalając im odegrać swoje role. Czytelnik jest spostrzegawczy i wrażliwy, więc nie można mu fundować bohaterów nijakich, pozbawionych przeszłości, szablonowych.

— Ma pan swoją ulubioną postać w „Szczęśliwej Przystani”? Pytam, bo znamy pańską miłość do fotografii, którą mógłby pan dzielić z Gretą, ale w powieści pojawia się też inny bohater, któremu dał pan swoje imię, który mógłby być pańskim kolegą ze szkoły, bo jesteście w podobnym wieku, i który do szczęścia zdaje się potrzebować przede wszystkim gitary.
— Lubię wszystkich swoich bohaterów, bądź co bądź są moimi „dziećmi” literackimi. Także te niepozorne, drugiego i trzeciego planu są mi bliskie. Nawet Adela unieruchomiona w łóżku ma coś ważnego do przekazania czytelnikom. To prawda, że wiodącą rolę w Przystani wyznaczyłem fotografce Grecie Gawor. Czytelnik ma prawo doszukiwać się we mnie pierwowzorów powołanych do życia bohaterów. Już Gustaw Flaubert powiedział, że „pani Bovary to ja”, dlatego grający na gitarze Paweł Stępień mógłby być moim kumplem i razem stworzylibyśmy jakiś gitarowy duet.

— Pozostańmy przy pasjach, które dzieli pan z bohaterami. Co pisarzowi daje fotografia? Umiejętność dostrzegania szczegółów? Jeśli trzymać się tego, że jedna fotografia wyraża więcej niż tysiąc słów, to mogłoby się okazać, że żeby opowiedzieć nam o świecie, nie musi pan przesiadywać godzinami przy komputerze. To kusząca perspektywa?
— To bardzo kusząca perspektywa, lecz może się okazać niebezpieczną pułapką. Większość zdjęć, jakie są obecnie wykonywane, i które ja wykonuję, ma zapis cyfrowy. One istnieją w pamięci komputerów, telefonów i są przechowywane na pendrivie, lecz nie ma ich w sensie fizycznym. Pasja fotografowania pozwala mi zamknąć wycinek świata i utrwalić nastrój w pojedynczym kadrze. Mimo że jedno zdjęcie pozwala powiedzieć więcej niż tysiąc słów, to zdaję sobie sprawę, że jest to jedynie uzupełnienie postrzegania świata innymi zmysłami.

— Jest pan tradycjonalistą w swoim podejściu do fotografii? Czy przerabia Pan swoje zdjęcia w jakichś programach graficznych?
— Staram się nie „majstrować” przy swoich zdjęciach i nie potrzebuję wyszukanych programów do obróbki fotografii. Ingerencja polega jedynie na kadrowaniu i ewentualnie na rozjaśnieniu detali. Programy do obróbki zdjęć zostawiam zawodowcom.

— A skoro jesteśmy przy technologii. Podkreśla pan czasem, że od niej nie ucieka. Ma pan konto w mediach społecznościowych, ale nie jest pan przesadnie wylewny, nie otwiera pan przed nami drzwi do swojego domu, nie dzieli przemyśleniami na każdy temat. Ma pan ochotę czasem powtórzyć gest profesora Kieraja i stać się człowiekiem „offline”?
— Tak. Czasem mam ochotę wyrżnąć telefonem o ścianę, jak emerytowany profesor Klaudiusz Bartłomiej Kieraj, i się wylogować. Cenię umiar w autokreacji i dlatego śmieszą mnie tzw. sweet focie i głupawe minki, jakie robią niektórzy do swoich kamerek. Jednak prężenie muskułów, wypinanie się i informowanie o byle głupstwie to oznaka naszych czasów. Dziś wielu zachłysnęło się tą modą i funduje nam swój infantylny obrazek. Nie jestem wylewny. Uważam, że mój dom to moja twierdza. Jakiś czas temu ogłosiłem koniec selfie. Nie każdy to chyba czytał, a jak czytał, to wcale nie musi się stosować do jaszczukowych mądrości. Pół wieku temu Andrzej Wajda wyreżyserował film „Wszystko na sprzedaż”, o tragicznej śmierci Zbigniewa Cybulskiego. Oglądaliśmy go zaskoczeni, bo aktorzy grali pod własnymi nazwiskami. Dotyczyło to aktorów, a dziś robi tak mnóstwo ludzi, nie zastanawiając się, czy to ma jakikolwiek sens i dokąd to prowadzi.

— A co z gitarą? To sposób na relaks, na wyrażenie siebie?
— To po prostu gra na gitarze. Bez ubierania w słowa. Czasem same dźwięki, czasem cisza, jak w utworze Johna Cage’a, „4’33”, a niekiedy ochrypły krzyk w stylu Włodzimierza Wysockiego.

— Na koniec muszę zapytać o kryminał, czyli gatunek, którego najwięcej w pańskim dorobku. Czy jakiś już się pisze? A może w planach jest coś jeszcze innego?
— Jestem przesądny, bo nie chcę zdradzać swoich planów. Mam zasadę mówienia o czymś, co jest bliskie spełnienia. Zdradzę tylko, że niemal każdego dnia siadam do komputera i pozwalam swoim bohaterom zapisać się w wirtualnej pamięci. Może coś z tego wyjdzie?

Daria Bruszewska-Przytuła
d.bruszewska@gazetaolsztynska.pl

Paweł Jaszczuk:
Nie zamykam furtki przed żadnym czytelnikiem. Pisząc, nie używałem lukru. Jeśli ktoś lubi lukrowane powieści, odradzam mu lekturę „Szczęśliwej Przystani”, bo to raczej śmiech przez łzy i nie znajdzie w niej usypiającego wytchnienia.
Pisanie to kreacja światów równoległych, do których dostęp ma autor. Po postawieniu ostatniej kropki czytelnik może skorzystać z moich pisarskich podpowiedzi i porównać je z własnym życiowym doświadczeniem.
Źródło: wydawnictwo Szara Godzina

Paweł Jaszczuk jest autorem kryminałów, thrillerów oraz powieści obyczajowych: „Testament”, „Ochronka Anioła Stróża”, „Na skraju nocy” oraz „Sekret antykwariusza”. Za powieść „Foresta Umbra”, której akcja toczy się w dawnym polskim Lwowie, otrzymał Nagrodę Wielkiego Kalibru. Książka ta ukazała się również w tłumaczeniu na język niemiecki. „Foresta Umbra”, „Plan Sary”, „Marionetki”, „Akuszer śmierci” oraz „Lekcja martwej mowy” tworzą cykl lwowski z dziennikarzami Jakubem Sternem i Wilgą de Brie w rolach głównych.
Źródło: wydawnictwo Szara Godzina

Wydawca o „Szczęśliwej Przystani”:
Greta Gawor – zawsze zadbana, elokwentna i samodzielna starsza pani – znika bez słowa podczas wycieczki pensjonariuszy Szczęśliwej Przystani. Dokąd zmierza i jaką skrywa tajemnicę? Czy uda się ją sprowadzić do ośrodka?
Nieobecność Grety wzbudza spore emocje i staje się pretekstem do rozmów o przeszłości w gronie pensjonariuszy. Wkrótce okazuje się, że każdy z nich chowa jakiś sekret i wyjątkową historię.
„Szczęśliwa Przystań” to opowieść o namiętności życia, która nie gaśnie mimo upływu lat. Wraca we wspomnieniach i snach. Pojawia się też w codziennym doświadczaniu miłości, pożądania, zazdrości i gniewu ludzi, których starość i samotność skazały na dom opieki.
Niezwykłe charaktery, zaskakujące zwroty akcji, szczypta humoru i grozy. „Szczęśliwa Przystań” skłania do refleksji, ale również wciąga niczym najlepsza powieść sensacyjna.