Konie są fajne, bardzo wciągają

2020-07-21 18:12:00 (ost. akt: 2020-07-24 08:54:37)

Autor zdjęcia: pixabay.com

Nie od razu Kraków zbudowano. Nie od razu też jest się świetnym jeźdźcem. Ale trening czyni mistrza. A im człowiek młodszy, tym szybciej się uczy — mówi Stanisław Helak, trener jeździectwa, który uczy dzieci jazdy konnej m.in. w Tomaszkowie.
— Koń może być przyjacielem dziecka?
— Jak najbardziej. Bo z koniem jest tak samo jak z psem czy kotem. Koń jest oczywiście dużo większy, ale to nic nie znaczy. Można bez problemu nawiązać z nim nić porozumienia. Jednak mamy inną formę tej przyjaźni. Na koniu trzeba jeździć, na psie niekoniecznie. Koń jest właśnie po to, żeby móc na nim jeździć. A gdy jeszcze się go rozumie, to już trudno coś więcej dodać. Ale jeżdżąc konno dziecko dużo zyskuje. Nie tylko ma przyjaciela, ale uczy się między innymi fizyki, matematyki… Siła odśrodkowa działa i to znacząco, zwłaszcza na zakręcie wyrzuca na zewnątrz. Wtedy łatwo spaść, jeśli nie umie się jej przeciwstawić. Trzeba też liczyć kroki, które robi koń w stępie, kłusie czy galopie. Nawet czasami trzeba je mnożyć. Jeżdżąc konno głowa pracuje cały czas.

— Dlatego dzieci coraz częściej wsiadają na konia.
— Im człowiek młodszy, tym łatwiej się uczy. Ma też mniej strachu w oczach. Oczywiście im dziecko mniejsze, tym zaczyna na niższym koniu. Tak samo jest z jazdą na rowerze. Dlatego tak cieszy mnie, że w Tomaszkowi, konie są dopasowane wzrostem do dzieci. Bo jest to ośrodek nastawiony na pracę z dziećmi. Nawet nie z młodzieżą, ale właśnie z najmłodszymi. To najtrudniejsza praca. Wymaga najwięcej cierpliwości.

— Po pierwszym upadku dzieciakom się odechciewa?
— Wtedy wiadomo, jakie dziecko ma nastawienie. Jeśli wstanie, otrzepie się i ponownie wsiądzie na konia, jest dobrze. Ale jeśli zaczyna się krzywić, trzeba mu wytłumaczyć, że to normalne. Dziecko nawet na rowerze się przewraca i jedzie dalej. Nawet jeśli boli, a najczęściej boli… Z koniem jest podobnie. Ale jeśli dziecko nie spadnie, nie nauczy się. Nawet Kraków nie od razu zbudowano.

— Dzieci od razu chcą być najlepsze.
— Od razu chcą być mistrzami, a to długa praca. To trening czyni mistrza. Coś o tym wiem. Ja pierwszy raz na konia wsiadłem, gdy miałem sześć lat. Zresztą mieszkałem tuż przy stajni, więc z końmi byłem za pan brat. Do dziś mieszkam blisko koni. I wiem, że jazda konna to sport na lata. Zaczyna się wcześnie. Startować już można w wieku ośmiu lat. Natomiast najstarsi jeźdźcy mają po osiemdziesiąt lat. Pięćdziesięciolatek na koniu to dziś oczywistość. To po prostu sport dla wszystkich. W dodatku jako jedyny jest koedukacyjny. Startują jednocześnie mężczyźni i kobiety, chłopcy i dziewczynki.

— Nie ma słabszych…
— I nie ma słabości. Bo konie przede wszystkim odciągają człowieka od świata, który jest ostatnio zwariowany. Za dużo w nim telefonów, komputerów, a za mało przyrody. Dlatego, gdy dzieciak jedzie „na konie”, spędza z nimi co najmniej trzy godziny. Nie tylko jeździ, ale karmi je, czyści… Odkłada telefon na bok i jest blisko natury. To też jest istotne. W stajniach nie ma narkotyków ani dopalaczy. Tu dziecko ma zajęcie. Jeździec nie potrzebuje dopingu. Jedynie melisę… Bo konie bardzo wciągają. Dają naprawdę dużo emocji. Wyzwalają mnóstwo pozytywnej energii. Gdyby tak nie było, robiłbym coś zapewne innego. Konie są fajne.

— A czy drogie?
— Sport jeździecki nie jest tanim sportem, ale rekreacja nie wymaga już fortuny. Kosztuje mniej więcej tyle, ile inne przyjemności. Z tym, że obcowanie ze zwierzęciem jest tu bezcenne. Doceniają to nie tylko dzieciaki, które zaczynają swoją przygodę z końmi, ale i rodzice.

ADA ROMANOWSKA

Stanisław Helak — trener II klasy jeździectwa i doświadczony zawodnik. Wieloletni reprezentant Polski, członek kadry olimpijskiej. Od ponad 20 lat zajmuje się koordynacją szkolenia dzieci i młodzieży. Organizuje też dla nich zawody. Przyjeżdża również kilka razy w roku do Polish Pony Club w Tomaszkowie.