Władysław Katarzyński "Mój Olsztyn": O występkach, karach i strachach z dzieciństwa

2020-02-22 16:14:00(ost. akt: 2020-02-21 17:14:49)
Szczytem odwagi było przebiegnięcie o północy główną alejką przez cmentarz św. Józefa

Szczytem odwagi było przebiegnięcie o północy główną alejką przez cmentarz św. Józefa

Autor zdjęcia: Władysław Katarzyński

Jak karano nas w dzieciństwie? Pas czy mokra ścierka były na porządku dziennym. Były też metody „na stracha”. Babcia straszyła mnie i brata Cyganami, że niby, jak się będziemy źle zachowywali, porwą nas i przekabacą na swoją modłę.
Cyganów obserwowaliśmy, jak rozbijali obozy za naszą kamienicą na łąkach, skąd wyprawiali się do okolicznych domów, oferując patelnie i proponując wróżenie z kart. Co niektórym lokatorom przy tej okazji ginęły prześcieradła. Cyganie nie mieli więc dobrej opinii i jako „straszaki” na niegrzeczne dzieci byli idealni. Nie wiedzieliśmy, co znaczą słowa babci, że za karę nas porwą i przerobią na swoją modłę.

— Czy to znaczy, że będziemy się modlili po ichniemu?— pytaliśmy jeden drugiego, nie mając pojęcia, że jak my wyznają wiarę rzymskokatolicką. Tych obaw zresztą pozbyliśmy się, obserwując z bliska ich życie taborowe. Odkrywszy, że podkradamy się pod obóz, zapraszali nas do siebie i częstowali plackami z pieprzem. A potem przeczytałem „Chatę za wsią” Józefa Ignacego Kraszewskiego i tych obaw pozbyłem się całkowicie.

Oczywiście straszono nas także piekłem. Nie bardzo się tym przejmowaliśmy, wierząc, że spowiedź i pokuta to wykluczą. Babcia mawiała: „Jest występek, musi być i kara!”.

Nie miałem w sobie żyłki chuligana, ale też aniołkiem nie byłem. Jako dzieciak towarzyszyłem na przykład starszym chłopakom w ich drobnych czy większych występkach. Kiedy z piwnej knajpy „Zgoda”, leżącej na zapleczu Jagiellońskiej, wracali ululani konsumenci, zarzucaliśmy na nich sieci. My, małolaty, zachodziliśmy drogę idącym chwiejnym krokiem pijaczkom, po czym pytaliśmy: „Która godzina?”. Najczęściej odpowiedź była daleka od satysfakcjonującej: „Zjeżdżaj, gówniarzu” plus tak zwany plaskacz. Na to wypadali z bramy starsi chłopcy i obezwładniali delikwenta, pozbawiając go portfela, zaś kieszonkowiec o ksywie Stopa zegarka. Kiedy te występki doszły kiedyś do mojego ojca, sprawił mi lanie pasem tak, że przez kilka dni nie mogłem usiedzieć na tyłku.

Pasek był również w robocie po każdej wywiadówce. Uczyłem się dobrze do piątej klasy, po czym nastąpił regres. Nie leżała mi szczególnie matematyka (aż do dzisiaj). Kiedyś, zobaczywszy pokreślony czerwonym ołówkiem nauczyciela matematyki mój zeszyt, tata wrzucił go do akwarium. Przez następne kilka dni pracowicie go przepisywałem. Nieco później, kiedy już zaczynałem trenować piłkę nożną w OKS-ie, rozeźlony złymi ocenami w nauce wypisał mnie z klubu. Do piłki wróciłem po latach, ale tamten okres był już stracony.

Duchy cmentarne były też jednymi ze straszaków, o czym zaraz wspomnę, podobnie jak wojenne, które zamieszkiwały ruiny zburzonych po wejściu Rosjan kamienic, a także te, które zamieszkiwały stare strychy i piwnice, po których uwielbialiśmy się wałęsać. Te wojenne miały, zgodnie z intencjami rodziców odstraszyć nas od grzebania w ruinach, gdzie jeszcze tkwiły niewybuchy. I to były prawdziwe duchy wojny.

Inne, mniej szkodliwe, zamieszkiwały, jak wspomniałem, strychy oraz piwnice. Straszenie nas duchami strychowymi (etatowym duchem na naszym strychu był jeden z przedwojennych lokatorów, który rzekomo tam się powiesił) było w intencji rodziców jak najbardziej uzasadnione, ponieważ penetrowaliśmy strychy w poszukiwaniu skarbów, przy okazji brudząc paluchami suszące się na sznurach prześcieradła. Ponadto groziło to pożarem, ponieważ zabieraliśmy ze sobą świece. Duch strychowy ujawniał się już przy wejściu. W postaci głuchego skrzypienia zamka, kiedy włożyło się do niego stary, ogromny klucz. Kiedyś udałem się na strych z koleżanką z podwórka. Świecy nie zabrałem. Błądząc w ciemnościach, dotknęliśmy się nawzajem, ale nie było to bynajmniej straszne, ale odwrotnie — dość przyjemne.

Duchy, którymi nas straszyli rodzice, mieszkały również, jak wspomniałem, na cmentarzach. I nie pomagały tu ostrzeżenia rodziców, że łażenie po cmentarzu nocą grozi konsekwencjami wciągnięcia przez nie do grobowca. Nas to nie ruszało, przeciwnie, stawialiśmy im dzielnie czoła. Przejawem odwagi u chłopaków z Zatorza było przebiegniecie po zmroku główną alejką przez cmentarz świętego Józefa przy świadkach, którzy stali w obu bramach. A już o północy to był szczyt odwagi. Niestety, nie zawsze to było możliwe, ponieważ rodzice czuwali, żebyśmy z domu się nie wymknęli i nie rozbili o nagrobki.

Kiedyś wybraliśmy się w kilku chłopaków o czwartej nad ranem na rosówki, od których roiły się cmentarne ścieżki. Przyświecaliśmy sobie latarkami. Ich blask ściągnął uwagę załogi radiowozu milicyjnego, który przejeżdżał ówczesną ulicą Gagarina. Rozpoczęła się gonitwa po całym cmentarzu. Na szczęście znaliśmy jego zakamarki lepiej od stróżów prawa. Wybiegliśmy przez dziurę w ogrodzeniu i zniknęliśmy pomiędzy blokami. Jednak dzielnicowy, wiedziony intuicją, trafił bez pudła do mnie. Kara musi być! Tata zabrał mi wędkę i siatkę, po czym musiałem czytać lektury. Nie była to kara, tylko moje ulubione zajęcie.

Po latach, kiedy zostałem dziennikarzem, mogłem się z duchami „spotkać” po raz kolejny. Raz doszło dom tego w Dorotowie, gdzie stary warmiński rybak Urra opowiedział mi o dziewczynie o imieniu Herta, która pokazuje się rybakom na falach przed burzą, ostrzegając ich przed jej nadejściem. Imię Herta nosi leżąca naprzeciwko wsi wyspa. Pogoda w tym dniu była idealna, podpłynęliśmy więc łodzią pod wyspę. Nagle niebo się zachmurzyło, a ja spostrzegłem ciemną chmurę. Nie poprzedziło jej żadne ostrzeżenie z zaświatów. Herta nie musiała interweniować, bo były to kormorany.

Innym razem zetknąłem się w duchami w Rapie, gdzie stoi grobowiec w kształcie piramidy. Ostrzeżony przez miejscowych, aby tam nie wchodzić (były niezabezpieczone okienka), bo spotka nas nieszczęście, oczywiście wszedłem. Widok stojących w półmroku trumien, w których spoczywały szkielety zmarłych, przyprawiał o dreszcze. Kiedy wydostałem się na zewnątrz, upadłem i złamałem rękę w łokciu, zaś kolega prześwietlił, jak się okazało w ciemni w Olsztynie, kliszę.
Jest występek, musi być i kara! — jak mawiała moja świętej pamięci babcia.

Władysław Katarzyński

Władysław Katarzyński

Zdjęcie z czasów, kiedy straszono nas Cyganami. Ja pierwszy z prawej, w czapeczce



Czytaj e-wydanie
Gazeta Olsztyńska zawsze pod ręką w Twoim smartfonie, tablecie i komputerze. Roczna prenumerata e-wydania Gazety Olsztyńskiej i tygodnika lokalnego tylko 199 zł.

Kliknij w załączony PDF lub wejdź na stronę >>>kupgazete.pl


Komentarze (8) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Komentarze dostępne tylko dla zalogowanych użytkowników. Zaloguj się.

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. papcio #2874296 | 188.147.*.* 23 lut 2020 17:27

    Władek, nie wciskaj gadek, zwłaszcza tych grzeczniutkich

    Ocena komentarza: warty uwagi (2) odpowiedz na ten komentarz

  2. Magnet #2874281 | 148.75.*.* 23 lut 2020 16:34

    Niech pan napisze o dawnych gitowcach.Tam to dopiero sie dzialo w latach 70-tych.A nie o babciach

    Ocena komentarza: warty uwagi (5) odpowiedz na ten komentarz pokaż odpowiedzi (1)

    1. Sowa #2874131 | 92.2.*.* 23 lut 2020 11:01

      To były fajne czasy bez telefonu tabletów komputerów,mama nie dzwoniła co chwilę gdzie jesteś a o której będziesz? Czasami się przedłużyło no i wtedy była kara ale pomimo wszystko mile wspominam ten czas nie było takiej gonitwy za pieniądzem rodzice mieli czas dla dzieci.

      odpowiedz na ten komentarz pokaż odpowiedzi (1)

      1. allensteiner #2874129 | 37.8.*.* 23 lut 2020 10:58

        Jaka gazeta tacy czytelnicy?

        Ocena komentarza: warty uwagi (2) odpowiedz na ten komentarz

      2. NIK #2874066 | 5.173.*.* 23 lut 2020 08:10

        A tymczasem żal dupe ściska...

        Ocena komentarza: warty uwagi (1) odpowiedz na ten komentarz

      Pokaż wszystkie komentarze (8)