Podróżnicy "Zakochani w świecie" o podróży do Kambodży: Mieliśmy sto szans na godzinę, żeby stracić oko czy rękę

2018-02-17 17:00:57 (ost. akt: 2018-02-17 12:36:15)
Podróżnicy "Zakochani w świecie" podczas wyprawy do Kambodży

Podróżnicy "Zakochani w świecie" podczas wyprawy do Kambodży

Autor zdjęcia: Zakochani w świecie - archiwum prywatne

Kilka dni temu wrócili z dwumiesięcznej wyprawy do Kambodży. Mieszkali w pływającej wiosce, jeździli niebezpiecznymi ścieżkami zachodniej Kambodży i trafili do świątyni, w której była Angelina Jolie. Z podróżnikami Joanną Grzymkowską-Podolak i Jarosławem Podolakiem rozmawia Ewelina Zdancewicz-Pękala.
— Tym razem trafiliście do Kambodży, czyli do miejsca, do którego planowaliście jeszcze swoją poprzednią podróż. Dlaczego wybraliście ten nietypowy kierunek?
Jarosław Podolak: — Można powiedzieć, że Kambodża była naszym "zaległym" kierunkiem, ponieważ ostatnim razem odłożyliśmy ją na rzecz podróży do Malezji. Poza tym jest to kraj, który większości kojarzy się z Angkor Wat i Czerwonymi Khmerami, ale w zasadzie ludzie nie są w stanie powiedzieć o nim więcej. Spodobało nam się to, że możemy znaleźć tam coś dla siebie i poznać ten kraj, a jednocześnie nie będzie to powtarzanie utartych szlaków.
Joanna Grzymkowska- Podolak: — A ja, jak zawsze, zrobiłam szybki research i okazało się, że, podobnie jak w przypadku Malezji, nie ma jeszcze polskiej książki podróżniczej o Kambodży. Co prawda są opracowania naukowe i reportaże o Czerwonych Khmerach, a także praktyczne przewodniki, natomiast nie ma typowej opowieści o podróży. Więc postanowiliśmy być pierwsi!

— A czy książka o waszej podróży zaczęła już powstawać?
Jarosław: — Właściwie to powstawała już w Kambodży, bo Asia jak zawsze prowadziła notatki w trakcie podróży.
Joanna: — Tak jak przy poprzednich książkach każdy dzień jest opisany w notatkach i udokumentowany zdjęciami. Moim zadaniem będzie to wszystko trzeba poskładać i podzielić się z zainteresowanymi.

— Skoro mowa o zdjęciach... Dzięki tym fotografiom, które wrzucaliście na Facebooka można było śledzić waszą podróż na bieżąco. Zdjęciami, które najbardziej mi zapadły w pamięć były te ze świątyni Ta Prohm, czyli świątyni znanej z filmu "Tomb Raider"!
Joanna: — Każdy, kto odwiedza Kambodżę odwiedza kompleks Angkor, w którym najbardziej znaną świątynią jest Angkor Wat. Ten kompleks to tysiące świątyń, ogromny teren, gdzie do dziś można zwiedzać przeróżne, ciekawe świątynie — i jedną z nich jest Ta Prohm. Ta świątynia jest niesamowita! To jedno z tych miejsc, które trzeba zobaczyć.
Jarosław: — O wyjątkowości Ta Prohm świadczą drzewa, które rosną... na świątyni. W XIX wieku podczas czyszczenia świątyni zostawiono na niej rosnące drzewa jako element, który będzie romantycznie wyglądać. Dzięki temu, że wtedy Francuzi zostawili te drzewa, dzisiaj tabuny ludzi jeżdżą tam, żeby zobaczyć ten widok na własne oczy. Rzeczywiście wygląda to niesamowicie.
Joanna: — Jeśli ktoś ma ochotę zobaczyć Ta Prohm w obecnym stanie, to warto się pośpieszyć. Z jednej strony historia miejsca i wygląd są niesamowite, ale natura zaczyna niszczyć architekturę. Są różne pomysły, co z tym zrobić i nie wiadomo, jak to się skończy. A trzeba znaleźć mądry sposób na to, żeby uratować to miejsce, ale nie zniszczyć też dzieła natury.
Jarosław: — Podobno świątynia ma być oczyszczona z tych drzew, ale ciężko mi w to uwierzyć, bo przecież dzięki temu przyjeżdża tam masa ludzi — właśnie po to, żeby zobaczyć te drzewa.
Joanna: — Na pewno Ta Prohm jak i kompleks Angkor to miejsca, które zostają w pamięci. My podczas naszego wyjazdu wykupiliśmy trzydniowy bilet do całego kompleksu. Pierwszego dnia zobaczyliśmy to, co trzeba zobaczyć. Drugiego pojechaliśmy do najbardziej oddalonych świątyń, a trzeciego m. in. znów wróciliśmy do Ta Prohm.

Podróżnicy

— Jak się zwiedza tak ogromny kompleks?
Joanna: — My wynajmowaliśmy tuk tuka (pojazd, który pełni rolę taksówki - red.), bo czasami między świątyniami jest po kilkanaście kilometrów odległości. Obejście tego wszystkiego na własnych nogach byłoby stratą czasu — chyba, że ktoś ma go naprawdę dużo. Niektórzy jeżdżą tam rowerami.

— Czyli nie mieliście problemów z dostaniem się do Angkor. Ale wiem, że ciężko z kolei było się dostać do wodospadów w zachodniej Kambodży. Ta wyprawa na waszych zdjęciach wyglądała na bardzo niebezpieczną.
Jarosław: — To, że fizycznie było ciężko, to jedna sprawa. Druga to to, że nie wszyscy przewodnicy znają te wodospady.
Joanna: — Są jeszcze w Kambodży takie miejsca, które są nie wyeksplorowane. Niewiele ich zostało. To miejsca, które znajdują się głównie w zachodniej Kambodży. Góry Kardamonowe... Nie ma tam asfaltu, a w porze deszczowej są to kawałki odcięte od świata. Jeśli podróżuje się po Kambodży i ma się czas, żeby tam dotrzeć, to wtedy przygody są niesamowite. Podczas naszej wyprawy do wodospadów w zachodniej Kambodży mieliśmy sto szans na godzinę, żeby stracić oko czy rękę (śmiech).
Jarosław: — I po raz kolejny, tak jak w Malezji, mieliśmy przygodę z pijawkami. Tym razem Asia miała szczęście i to ja musiałem się pozbywać pijawek. Nogawki wyszły mi z butów, a ugryzienia pijawki nie czuć, więc dopiero po fakcie zobaczyłem krew na nodze.
Joanna: — Natomiast ciekawe jest to, że w takich sytuacjach ludzie dżungli podjeżdżają do konkretnego drzewa i zdejmują listek i podają go swoim podopiecznym, mówiąc, że "to jest na pijawkę, to jak się zadrapałaś, to jak coś swędzi...".
Jarosław: — "A jak zjesz to, to będziesz miał więcej siły".
Joanna: — Mieliśmy rewelacyjnych przewodników. Ludzi, którzy znali dżunglę jak własne podwórko. Wiemy, że dzięki nim dotarliśmy do miejsc, gdzie nie każdy może dotrzeć.

— Były momenty, w których baliście się o własne życie?
Jarosław: — Może nie baliśmy się o życie, ale na off-roadzie do wodospadów było niebezpiecznie. Jechaliśmy wąską dróżką po deszczu i trzeba było uważać, żeby się nie pokaleczyć.
Joanna: — W dżungli naturalnym elementem są kolce, przed którymi uratowała mnie chusta, którą miałam na głowie podczas jazdy. Gdyby nie ona, miałabym rozciętą głowę. Tak mocno trzymaliśmy się motorów, że poobdzieraliśmy sobie ręce. Był jeden moment, w którym się chciałam wycofać. Do wodospadów schodziliśmy błotnistą, stromą skarpą. Powiedziałam Jarkowi, żeby poszedł dalej zrobić zdjęcia, a ja zaczekam z jednym przewodników. Ale nasi przewodnicy bardzo się nami opiekowali. Jeden z nich pomógł mi zejść z tej skarpy. Ten wysiłek zawsze się opłaca, bo potem oglądasz miejsce, do którego udało ci się dotrzeć i czujesz, że trafiłeś do kawałka raju.
Jarosław: — Wodospady były potężne i mieliśmy je tylko dla siebie. To nie są miejsca, w których są tłumy turystów. Zresztą w Kambodży turyści docierają tylko do kilku najbardziej reprezentatywnych miejsc, w tym m. in do Angkor Wat. Oczywiście nie jest tak, że w tych wszystkich magicznych miejscach byliśmy sami, bo są osoby, które mają więcej czasu na podróż i także docierają do takich zakątków.
Joanna: — Kambodża jest świetna dla osób, które jeżdżą na motorach. My właśnie tak dojeżdżaliśmy do mniejszości etnicznych. Motory są tam podstawowym środkiem transportu.

— Dotarliście m.in. do osób, które mieszkają w pływającej wiosce. Jak się żyje w takim miejscu?
Joanna: — Pływające wioski to miejsca, do których całkiem łatwo jest dotrzeć. Z tym, że na podróżników czekają różne pułapki. Jeśli jest się blisko Angkoru, czyli tam, gdzie jest najwięcej turystów, jest to bardzo mocno skomercjalizowane miejsce, a koszty zatrzymania się w takiej wiosce są bardzo wysokie. Mieliśmy czas, więc pojechaliśmy dalej, od zachodniej strony Kambodży do wioski, która nie jest... zadeptana, choć trudno tak powiedzieć, bo nie ma tam po czym deptać. Mieszkaliśmy u rodziny, która dzieli się swoją łodzią z podróżnymi. Mieliśmy okazję zobaczyć, jak wygląda tam codzienne życie.
Jarosław: — Są tam sklepy na wodzie, do twojego domu podpływa łódź z owocami czy ubraniami, a nawet... telefonami komórkowymi. Są tam także pływające kawiarnie.
Joanna: — A poza tym mieszkańcy też mają swoje łódki, pływają alejkami np. do stacji paliw, do kościoła czy do meczetu. Była tam nawet fabryka lodu. Mieliśmy też okazję zobaczyć coś naprawdę unikatowego. Okazuje się, że do wioski wpływa wielki sklep na barce, dla którego alejki wodne są za wąskie. W takiej sytuacji wszystkie barki i domy musiały... poszerzyć tę alejkę. Wiedzieliśmy, jak w ciągu kilku minut wszyscy wskakują do wody, wyciągają kotwicę i rozsuwają swoje domy, a potem między nimi przepływa barka. A potem wszystko wraca na swoje miejsce. Każdy dba o swój kawałek przestrzeni, na tych barkach są kwiaty w doniczkach, chodzą po nich kury, psy...
Jarosław: — Warto jeszcze wspomnieć o toalecie. Wszystko w końcu trafia do wody. Potem patrzymy, jak nasza gospodyni w tej samej wodzie myje talerze... To niezły hardcore (śmiech). Ale nie zachorowaliśmy, nic złego się nie stało.
Joanna: — Niesamowite jest też to, jak człowiek, który żyje w jakiejś przestrzeni, potrafi się do niej przystosować. Mieszkańcy tych pływających wiosek są niczym ludzie ryby. Tam alternatywnym sposobem poruszania się, oprócz łodzi, jest pływanie. Niesamowicie się na to patrzy!

Podróżnicy

— A jakie są wasze wrażenia, jeśli chodzi o kambodżańską kuchnię?
Joanna: — Trudno jest z nami rozmawiać o podróżach kulinarnych, bo jesteśmy wegetarianami. Jedliśmy głównie ryż i makaron z warzywami.
Jarosław: — Mamy jednak świadomość, że w Kambodży jest dużo kulinarnych możliwości. Masa owoców morza, mięso przygotowywane na wszelakie sposoby. Chociaż są miejsca, w których można zjeść typowo wegetariańskie jedzenie, zwłaszcza w dużych miastach. Jednak jest tego mniej i czasem ciężko było nam wytłumaczyć, że nie jemy mięsa.
Joanna: — W takich sytuacjach z pomocą przychodził nasz zielony notes. Już w pierwszych dniach w Kambodży zorientowaliśmy się, że z angielskim będzie słabo, a byliśmy w stolicy — a co dopiero będzie, jak wyruszymy na prowincję? Poprosiliśmy osobę, która znała khmerski i angielski, żeby napisała nam w notesie po khmersku, że jesteśmy wegetarianami. Zrobiliśmy listę khmerskich potraw bez mięsa. Podczas zamówień na prowincji otwieraliśmy notes i pokazywaliśmy, co chcielibyśmy zjeść.
Jarosław: — Jednak czasem z tym też był problem, bo zdarzało się, że pani, która gotowała, nie umiała czytać. Często dzieci pomagały w tłumaczeniu tego, co było tam napisane.

— Standardowo zapytam was na koniec: dokąd planujecie kolejną podróż?
Joanna: — Myślimy o wznowieniu naszej pierwszej książki, w której opisaliśmy pierwszą samodzielną wyprawę do Maroka. Rozmowy na ten temat już trwają. Chyba więc pojedziemy zweryfikować "nasze" Maroko przed kilku lat. Chcielibyśmy zobaczyć, jak nam tam teraz będzie.
Jarosław: — Co nie wyklucza innej dłuższej podróży w tym lub w przyszłym roku.
Joanna: — Na razie muszą jeszcze okrzepnąć emocje po Kambodży, którą jeszcze cały czas się cieszymy! Baterie mamy naładowane, a jak się rozładują, to będziemy myśleć co dalej.

Joanna Grzymkowska-Podolak i Jarosław Podolak to operatorsko-dziennikarskie małżeństwo, które mieszkało w Olsztynie i było związane m.in. z olsztyńską telewizją. Joanna, autorka książek, jest reporterką, realizatorką i wydawczynią programów telewizyjnych. Jarek, autor zdjęć, to absolwent PWSFTViT, od ponad 20 lat operator obrazu. Zaczęli samodzielnie podróżować w momencie, kiedy po zawale Jarka zrozumieli, że nie ma na co czekać i że należy realizować swoje marzenia. Byli m. in. w Maroku, Indiach, Malezji, a swoją ostatnią dwumiesięczną podróż odbyli do Kambodży. Po każdej z ich wypraw powstaje książka autorstwa Asi, w której można przeczytać o ich podróży.

Komentarze (13) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Komentarze dostępne tylko dla zalogowanych użytkowników. Zaloguj się.

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. Wiesiek #2443947 | 83.24.*.* 19 lut 2018 09:27

    Tak i to jest kolejny przykład osób, które po wyjeździe z grajdoła mogą zapracować na dalekie podróże. Zapewne i płacą te składki zusowskie o które się tak upominacie, i mają gdzie mieszkać i pracować. Ucieczka stąd pomogła.

    Ocena komentarza: warty uwagi (2) odpowiedz na ten komentarz pokaż odpowiedzi (2)

    1. hjbh #2443945 | 155.136.*.* 19 lut 2018 09:20

      Zbierajcie na emeryture, bo na starosc bedzeie płącz.

      Ocena komentarza: warty uwagi (1) odpowiedz na ten komentarz

    2. ccc #2443944 | 155.136.*.* 19 lut 2018 09:19

      Jak stracicie reke czy noge, bedzei "wielak zbiorka".

      odpowiedz na ten komentarz

    3. bigos #2443538 | 83.9.*.* 18 lut 2018 12:26

      urzekła mnie ta historia. już bym leciał do księgarni po książkę w której napisali że byli w świątyni znanej z tego że była w niej Angelina Jolie, ale chyba jeszcze muszę trochę poczekać

      Ocena komentarza: warty uwagi (6) odpowiedz na ten komentarz

    4. Tokyo #2443253 | 83.9.*.* 18 lut 2018 00:15

      A zus pewnie nie opłacany. Jak skończą 60-lat Gazeta Olsztyńska płaczliwie napisze "znani podróżnicy" przymierają głodem :-)))))

      Ocena komentarza: warty uwagi (7) odpowiedz na ten komentarz pokaż odpowiedzi (1)

      Pokaż wszystkie komentarze (13)
      2001-2021 © Gazeta Olsztyńska, Wszelkie prawa zastrzeżone, GRUPA WM Sp. z o. o., 10-364 Olsztyn, ul. Tracka 5

      GRUPA WM Sp. z o.o. realizuje projekt dofinansowany z Funduszy Europejskich w ramach działania 1.5 Dotacje na kapitał obrotowy Programu Operacyjnego Polska Wschodnia 2014-2020.

      Unia Europejska

      VISA MASTER CARD