Wtorek, 26 maja 2020. Imieniny Eweliny, Jana, Pawła

Pomagam ludziom jak moja mama…

2019-11-24 09:11:00 (ost. akt: 2019-11-22 12:05:54)

Autor zdjęcia: archiwum prywatne/Facebook

Profesora Wojciecha Maksymowicza znam i jego medyczne sukcesy podziwiam od ponad 10 lat. Ale dziś nie będzie ani o kolejnej udanej operacji, ani o nowatorskiej metodzie leczenia chorób mózgu, którą profesor tylko w Olsztynie z powodzeniem stosuje. Dziś będzie o prof. Maksymowiczu przez pryzmat kobiet. Dwóch niezwykłych postaci, które go wychowały, wprowadziły w świat i dzięki którym — jak sam twierdzi — jest tym, kim jest…

— Za pana karierę odpowiada babcia, Regina Ryszewska, mama pana mamy. Bo wymarzyła sobie wnuczka-lekarza…
— Tak, takie były jej wyobrażenia. Przede wszystkim babcia zauroczona była zarówno aktywnością, jak i posłannictwem takiego prawdziwego lekarza-omnibusa, który praktykował w małym miasteczku Lubraniec niedaleko Włocławka i który był jej ciotecznym bratem. Nazywał się Marian Szulc. Studia skończył przed wojną i już sam ten fakt był wielkim wydarzeniem, bo to były czasy, kiedy ludzie z małych miasteczek nie kończyli studiów. Człowiek niezwykle oddany tej małej społeczności, jedyny lekarz w okolicy — mocno promował ówczesną medycynę. A musiał też praktycznie robić wszystko — takie były czasy. Był też znanym społecznikiem: jeszcze przed wojną fundował nagrody za osiągnięcia w konkursach lekkoatletycznych, bo uważał, że to dobry pomysł na promocję zdrowego trybu życia. A potem przyszła wojna, te tereny wcielone zostały do Warthegau — Kraju Warty i można było najwyżej marzyć o praktykowaniu zawodu lekarza. Sukces to było przeżyć kolejny dzień. Część rodziny zresztą naziści zamordowali: wuja Oźminkowskiego, prezesa chrześcijańskiego związku kupców polskich, wraz z ośmioma innymi Polakami, którzy coś dla społeczności Włocławka znaczyli, pokazowo rozstrzelano już 11 listopada 1939 r. Ot, taka miejscowa elita, która zasłużyła na wymordowanie… Wuj Marian zdołał jednak przeżyć i zaraz po wojnie stworzył w Lubrańcu pierwszą przychodnię. Babci postać, zawód i działania wuja Mariana bardzo imponowały, no to wcześnie zaczęła wywierać presję na mnie. A ja z babcią byłem bardzo związany — mama nigdy nie miała czasu, wciąż była bardzo zapracowana… Albo była w szkole, którą prowadziła niezwykle odpowiedzialnie, do domu wracała z migrenami, albo potem, ledwie żywa, dalej pracowała społecznie… No i taki wzorzec aktywności już bardzo wcześnie od tych dwóch kobiet otrzymałem. Bo to kobiety głównie mnie wychowały. Ojciec pracował w budownictwie i też robił ciekawe rzeczy, był bardzo uzdolniony plastycznie, pięknie malował, rzeźbił i tworzył projekty budowlane. To malowanie, czyli moje hobby, pewnie po nim odziedziczyłem. Jako były żołnierz AK był też legendą… Ale zasadniczy wpływ na kształtowanie mojej osobowości miały babcia i mama. Choć nie doszukałem się żydowskich korzeni w swojej rodzinie, to bardzo to przypomina właśnie żydowski model babci — kobiety, która pilnuje tej skrupulatności i dzięki niej nie ma mowy o położeniu się spać, nie wykonawszy określonych czynności. Uzdolnienia uzdolnieniami, ale pracowitość na pierwszym miejscu…!

— Ale babcia w końcu dopięła swego…!
— Tak… Ale w którymś momencie, jako młody człowiek brutalnie powiedziałem: "Babciu, bardzo chciałaś, bym poszedł na studia medyczne, zatem idę, ale lekarzem nie będę." Takie oświadczenie jej złożyłem. To były czasy mojego liceum i ja wtedy też takim omnibusem byłem. Malowałem, miałem zacięcie do pisania, tzw. lekkie pióro, a recytowałem tak ekspresyjnie, że namawiano mnie na aktorstwo… Byłem też prymusem — taka była wręcz formalna pozycja dla każdego rocznika i było o co walczyć, bo prymus mógł iść na każde wybrane studia bez egzaminu. A ja miałem za sobą wygraną w wojewódzkiej olimpiadzie biologicznej, w chemicznej byłem finalistą, ale na tym etapie najbardziej fascynowała mnie biologia eksperymentalna i tu siebie widziałem. Bardzo interesował mnie mózg, układ nerwowy — no to sobie wymyśliłem, że będę się zajmować fizjologią mózgu, bo to jest narząd najważniejszy. Chciałem oddać się temu w pełni i zostać naukowcem przełamującym kolejne bariery i odkrywającym kolejne możliwości umysłu ludzkiego. I tą medycyną eksperymentalną fascynowałem się do III roku studiów. Do dziś pamiętam zajęcia na II roku, na Krakowskim Przedmieściu, w najstarszych salach Uniwersytetu Warszawskiego i tę atmosferę XIX-wiecznej szkoły, zajęć z fizjologii, tę tajemniczość… A do tego fenomenalny prowadzący, prof. Andrzej Trzebski, z którym przeprowadzaliśmy pierwsze eksperymenty na mózgu, zwierzęcym oczywiście, w pełnym znieczuleniu. Pamiętam, jak sprawdzaliśmy neurony w pniu mózgu — niebywałe…! A dodatkowo ta fizjologia była w tamtym czasie jakąś enklawą: raz, że ta atmosfera starego uniwersytetu, eksperymenty od rana do wieczora, a potem nocne spacery powrotne i naukowe dyskusje. Takie klasyczne studia, które dawały mi poczucie, że Pana Boga za nogi złapałem…! Cały czas w uszach miałem ten rytm pracy neuronów, bo dzięki współpracy międzynarodowej mogliśmy je podłączać do najnowszej wtedy aparatury. Przedwzmacniacz, potem wzmacniacz — dokładnie słyszałem dźwięk tego neuronu, określałem, czy modalność jest podobna do pracy serca, czy to pojedyncza komórka reaguje na mikro-elektrodę… Wrażenie po prostu nadzwyczajne…! A potem, właśnie na III roku, przyłączyłem się do koła naukowego na neurochirurgii i kompletnie połknąłem bakcyla tej bezpośredniej praktyki i takiej samej satysfakcji. Nauka też ją daje, ale nieco odroczoną — odkrycie może wpłynąć na czyjeś życie, zostać tematem znaczącej publikacji. To satysfakcja twórcza, autorska. Natomiast medycyna z pewnością daje satysfakcję bezpośrednią: pacjent jest chory, może umrzeć, ale jak się go wyleczy — to wyzdrowieje i będzie żył. I to dla mnie jest niebywałe…! Dlatego wciąż to powtarzam… Tak mnie to pochłonęło, że w tym kółku neurochirurgicznym spędzałem każdą wolną chwilę. A na V roku studiów praktyczne na neurochirurgii zacząłem pracować. Miałem etat techniczny, prowadziłem chorych, miałem 23 lata, kiedy przeprowadziłem pierwszą operację: trepanację czaszki…

— Na swoim koncie na Facebooku, przy okazji Dnia Mamy napisał pan: "Moja Mama po wojnie tworzyła medycynę w Olsztynie. Była dyrektorem Szkoły Pielęgniarskiej i dziekanem WSP w Olsztynie. Jak Alicja Maksymowicz wspominała początki swojej pracy w Olsztynie? Dyrektorem Studium Pielęgniarskiego została w 1956 roku, w wieku 25 lat…"
— Mama wygrała konkurs na stanowisko dyrektora. Duże znaczenie miał zapewne fakt, że wcześniej ukończyła tzw. szkołę instruktorek — kurs kształcenia w Warszawie. Jeszcze we Włocławku prowadziła zajęcia w szkole felczerów — to był taki zawód pośredni pomiędzy pielęgniarką a lekarzem. Kiedy przyjechaliśmy do Olsztyna, miałem 9 miesięcy, i zamieszkaliśmy w dzisiejszej szkole podstawowej przy ulicy Niepodległości, bo to tam szkoła pielęgniarska w Olsztynie miała swoją siedzibę. Jeden pokój, a w nim mama, tata, babcia i ja. Czasem, ale nieregularnie, przyjeżdżał też do nas dziadek… Ciasno było…! Potem przenieśliśmy się do większego mieszkania na Kościuszki, ale jeszcze z Niepodległości pamiętam, że mama musiała udawać wobec swoich studentek niezwykle srogą nauczycielkę. Sęk bowiem w tym, że od wielu z nich była po prostu młodsza. To wciąż było ledwie 10-15 lat po wojnie… Całe życie mama miała piękne włosy — taką koronę z nich upiętą nosiła na głowie i kiedy poszła do szkoły pielęgniarskiej, gdzie panowała niezwykle surowa dyscyplina, m.in. zakaz długich włosów, musiała je ściąć. Poszła więc do fryzjera, a ten spojrzał i powiedział, że przeżył wojnę i że wszystko ma swoje granice. Innymi słowy — kategorycznie odmówił obcięcia…! Zaproponował, że nauczy mamę tak te włosy upinać, żeby wszystko było w zgodzie z dyscypliną, ale nie zmuszało do ich ścinania. Zaplatała więc dwa warkocze i robiła sobie taką koronę właśnie, którą nosiła gdzieś tak do 40. roku życia. Całe życie była piękną kobietą i ja byłem bardzo dumny, że mam tak piękną mamę. Była zdecydowana i konkretna i nadal spotykam jej uczennice i współpracownice, które to jej zdecydowanie do dziś miło wspominają i bardzo cenią za to, że była wspaniałym człowiekiem. Wymagającym, ale bardzo dobrym. Pamiętają też, że uczennice traktowała zawsze jak swoje podopieczne, wręcz bliskie osoby. Była też niezwykle sprawiedliwa i z tego powodu bardzo cierpiała, bo to wciąż były czasy, kiedy trudno było cokolwiek przeforsować bez tzw. układów, kiedy na porządku dziennym były wszelkie naciski. Nagrodzić nie mogła kogoś, kto zasługiwał na nagrodę, ale i ukarać nie mogła kogoś, kto na te karę jak najbardziej zasługiwał, bo za chwilę sama zostałaby ukarana. A ona bardzo takie sytuacje przeżywała, bo była po prostu biało-czarna. Bo uważała, że musi być sprawiedliwie, odpowiedzialnie i uczciwie. Do dziś pamiętam jedną scenę, a miałem wtedy jakieś 8-9 lat. W niedzielę rano przyszedł do naszego domu ojciec jednej z uczennic, człowiek bardzo prosty i przejęty tą wizytą. Zwierzał się z jakiejś trudnej sytuacji, która chyba rzutowała na zachowanie i naukę tej córki, i prosił mamę o pomoc. Mama już się wzruszyła tą historią, a on tymczasem wyjął zwitek banknotów. Mama zaprotestowała i uciekła do drugiego pokoju, tata pomyślał, że została zaatakowana, wypadł do tego człowieka i zaczął go szarpać, a on ledwo wyjąkał — no, ni mom więcej…! A mama po prostu bardzo chciała mu pomóc i te banknoty ją zwyczajnie uraziły…! I tak było całe życie: chciała pomagać ludziom i to też mam po niej. Też chcę pomagać ludziom. Potem skrzywdzono ją, kiedy została dziekanem, bo bardzo utrudniano jej awans i habilitację… Ale została wierna swoim ideałom, do końca była sprawiedliwa i wszelkie przejawy niesprawiedliwości gdzie mogła, to zwalczała. Nieprzemakalna w tych sprawach była. Takim ludziom o wiele trudniej żyć…

— Ale ileż łatwiej patrzeć w lustro…!
— No na pewno tak. Ona była z tego powodu dumna, a ja dziś uważam, że to wielka wartość.

— I dyrektorem szkoły pielęgniarskiej była chyba 19 lat…
— To była jej ukochana funkcja. A już na pewno być pielęgniarką…!

— Dalej we wspomnianym wpisie było: "To Mama wpoiła mi misję rozwoju medycyny w Olsztynie. Dzięki Niej jestem kim jestem". Jaka jest dokładnie pana misja?
— Podstawą jest realizowanie siebie poprzez dobrze rozumiane słowo „służba”. Nie raz i nie dwa spierałem się o to określenie jeszcze w czasach mojej pracy społecznej w „Solidarności”. Wielu lekarzy buntowało się, że nazywają nas służbą zdrowia, a my nie mamy ochoty być służącymi. I mówili „opieka zdrowotna”. A ja właśnie byłem za „służbą”, bo uważam, że to trafne słowo i moja mama też tego bardzo pilnowała. Być dumnym z możliwości służenia innym. Często opowiadała mi o czasach wojny, która wybuchła, gdy miała nieskończone 9 lat. Potem też o czasach szkoły, gdy zajmowała się chorymi dziećmi. Te przeżycia częstych dramatów, śmierci… Była nadzwyczaj opiekuńcza, może dlatego tak tę wojnę strasznie przeżyła… Była małą dziewczynką, a potrafiła dbać o całą rodzinę, zaopatrywać w jakieś wiktuały, niezbędne środki, dbać o wszystko, pracować… Do dziś doskonale tę mamy opiekuńczość pamięta i wspomina mój wuj. A mama te nieszczęścia ludzkie przeżywała naprawdę silnie całe swoje życie. Za to ja pamiętam, że — gdy już na tę medycynę poszedłem — wspólnie z babcią wymyślały sobie, że w końcu wybiorę jakąś taką trochę łagodniejszą specjalność. Żeby za bardzo nie cierpieć. Mama przecież doskonale wiedziała, jakie to przykre, gdy pacjent mimo wysiłków lekarza — jednak umiera… No to ja sobie wybrałem neurochirurgię, gdzie, w pierwszych latach po moich studiach, umierała połowa pacjentów…! Bywały dyżury, w czasie których miałem osiem zgonów. Bardzo dużo silnej woli potrzeba, by z tego dyżuru zejść i przyjść na następny… Ale wszystko to przełożyło się na moje poczucie, by dobrze pracować, dobrze szkolić innych lekarzy, doprowadzić do wybudowania i prawidłowego funkcjonowania instytutu, przychodni, wydziału lekarskiego. Mama stawała na głowie, by zbudować w Olsztynie szkołę pielęgniarską.

— Dlaczego dziś jest pan w Olsztynie? Pierwsze doświadczenia zdobywał pan w Centralnym Szpitalu Klinicznym na Banacha w Warszawie…
— Złożyło się na to kilka czynników. Byłem mocno zaangażowanym działaczem „Solidarności”, przewodniczącym komisji zakładowej największego szpitala w Polsce, a w którymś momencie atmosfera w klinice zrobiła się jakby nieprzychylna, nie wszyscy tę moją aktywność pochwalali. Widziałem więc, że do wielu miejsc i spraw nie mam co liczyć na zielone światło. Tyle, co sobie sam jakoś dam radę załatwić… A przecież żeby się rozwijać — trzeba mieć otwarte drzwi. Tymczasem moje wciąż jakby mi przymykano. W którymś momencie nawet zwątpiłem, czy uda mi się uzyskać habilitację. I wtedy zwróciłem uwagę, że w Olsztynie wielu rzeczy wciąż nie było: choćby mikrochirurgii. Nie operowano też tętniaków. A tu mieszkała mama, więc sentyment do miasta mi pozostał. Niewielki wpływ miały też sprawy materialne… Na 3 lata przeniosłem się zatem do Olsztyna, zrobiłem habilitację i… Znów wyjechałem do Warszawy, gdzie zostałem etatowym redaktorem naczelnym „Gazety Lekarskiej”. Bardzo ciekawe zajęcie… Ale wciąż bliżej było mi do medycyny, szukałem zatem takich miejsc, gdzie mógłbym się dalej realizować na tym polu. No to w końcu znalazłem — po nocach i za darmo, a za to z wielką przyjemnością pracowałem po 18 godzin przy stole operacyjnym, wykonując chirurgię podstawy czaszki. I robiłem unikalne rzeczy, których prócz nas nikt w Polsce wtedy nie robił, a i na świecie takich miejsc było tylko kilka. Potrafiliśmy tak wejść, łącząc nos z głową, by usunąć te nowotwory, które po prostu przerastały granice anatomiczne. Potem kolejne ciekawe doświadczanie to była medycyna kolejowa: na Brzeskiej: starymi narzędziami potrafiłem operować guzy mózgu i kręgosłupy. I ten klimat starej Pragi — wszyscy miejscowi uważali nas za swoich i nie musieliśmy się o nic obawiać…! Życie wszędzie potrafi być ciekawe… Potem trafiła mi się misja budowy lepszej służby zdrowia, a konkretnie systemu ubezpieczeń. I po półtora roku znów wróciłem do pełnej medycyny, najpierw jako szef kliniki MSWiA w Warszawie. No i mniej więcej wtedy otrzymałem zaproszenie stworzenia w Olsztynie wydziału lekarskiego. Nie było to zadanie łatwe, nikt wcześniej tego nie robił, ale w moich oczach tym bardziej jawiło się jako bardzo atrakcyjne. Bo ja wciąż mam w sobie taki niepokój poszukiwania nowych wyzwań. Nie umiałbym całego życia spędzić i przepracować w jednym miejscu. Jak widzę, funkcjonuję w takich 10-letnich cyklach: zbudować coś od zera, potem przekazać w dobre ręce, a ja już wyszukuję nowy szczyt do zdobycia. Parę rzeczy mi jeszcze do zrobienia zostało… Teraz jestem już na takim etapie, że mogę pomagać innym i to mnie bardzo cieszy.

— W jakim miejscu jest dziś medycyna olsztyńska? Jak prezentuje się na mapie Polski, Europy…?
— Jeśli chodzi o pozycję, to można powiedzieć, że jest dobrym kandydatem na wiodący ośrodek kształcenia lekarzy w Polsce. I to bez żadnych kompleksów. To miejsce ma naprawdę duży potencjał — znacznie większy, niż realizuje. Choć organizacyjnie, tak jak w całej Polsce, Olsztyn też cierpi na problem rozproszenia. Za dużo mamy takich organizmów szpitalnych, które często współpracują, ale o wiele częściej konkurują ze sobą. A to się przekłada na pacjenta, który czuje się zagubiony — a powinien go prowadzić jego opiekun, lekarz rodzinny. Wiadomo, że nie wszędzie można realizować te same zadania. Obowiązuje hierarchia, na początku której powinien stać taki wymarzony przez moją babcię lekarz od wszystkiego. I on powinien robić znacznie więcej, niż dziś faktycznie robi. Ale trzeba mu to jakoś umożliwić. Kolejny cel to szybsza diagnostyka, a w tym wszystkim wciąż brak logiki. No i problem podstawowy: pieniądze. One jednak wiele drzwi otwierają. Ich brak lub niedostatek — wręcz przeciwnie…

Magdalena Maria Bukowiecka


Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (6) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. Zofia 87 lat #2823888 | 37.248.*.* 25 lis 2019 05:12

    Ostatnio najbardziej pomógł pan profesor niejakiemu prok.Stanisławowi Piotrowiczowi wskoczyć do TK

    Ocena komentarza: warty uwagi (9) ! - + odpowiedz na ten komentarz

  2. były pracownik #2823631 | 88.156.*.* 24 lis 2019 15:36

    Cieszę się, że mogłam przeczytać wspomnienia o Pana Mamie. Miałam okazję pracować z Nią na Wydziale Pedagogicznym, który mieścił się przy ul. Bałtyckiej. Była miła i życzliwą osobą. Ponadto wcześniej pracując na Wydziale Pielęgniarskim AM w Poznaniu korzystałam z Jej książki "Metodyka pracy pielęgniarskiej", która na owe czasy była prekursorska. Cieszę się, że mogłam przeczytać te wspomnienia.

    Ocena komentarza: warty uwagi (7) ! - + odpowiedz na ten komentarz pokaż odpowiedzi (1)

    1. GieTek #2823627 | 5.173.*.* 24 lis 2019 15:26

      Jak Pan miał sumienie głosować na Piotrowicza i Pawłowicz?

      Ocena komentarza: warty uwagi (12) ! - + odpowiedz na ten komentarz

    2. Mam małą prośbę #2823617 | 95.90.*.* 24 lis 2019 15:12

      Pięknie mi się wszystko czytało. Na prawdę ciekawe życie. Przy okazji prośba: niech Pan zrobi wreszcie porządek z wszechwładnymi klikami w Olsztynie i na UWM. Pozdrawiam.

      Ocena komentarza: warty uwagi (11) ! - + odpowiedz na ten komentarz

    3. Klakier #2823506 | 188.147.*.* 24 lis 2019 11:06

      Mamy szczęście ,że Pan profesor wrócił do Olsztyna.

      Ocena komentarza: warty uwagi (7) ! - + odpowiedz na ten komentarz

    Pokaż wszystkie komentarze (6)