Quantcast

środa, 21 października 2020. Imieniny Celiny, Hilarego, Janusza

Skrzywdziło mnie państwo. Moja dobrze prosperująca firma przepadła z kretesem

2019-07-04 12:00:00 (ost. akt: 2019-09-25 12:05:26)
Ryszard Gasparski

Ryszard Gasparski

Autor zdjęcia: Łukasz Czarnecki-Pacyński

Ryszard Gasparski zamierza walczyć w sądzie o odszkodowanie. Mówi, że skrzywdziło go państwo. — Niech więc teraz okaże mi łaskawość. Gdyby nie ta historia, płaciłbym solidne podatki. A tak ani ja nic nie mam, ani państwo nic nie ma.

Na początku 2000 roku Ryszard Gasparski prowadził w Węgorzewie zakład produkujący konfekcję damsko-męską na eksport do Niemiec i Holandii. To bardzo wymagający rynek i wejście na niego, a potem utrzymanie się tam, świadczyło o znakomitej jakości węgorzewskiej produkcji.

— I oto nagle, wiosną zamaskowani funkcjonariusze UOP otoczyli budynek, a następnie postawili wszystkich pracowników w rozkroku pod ścianami — opowiada pan Ryszard. — Zaczęli pakować wszystko do pudeł, nie robiąc przy tym żadnego spisu zabieranych rzeczy, pracowników pogoniono i... niezabezpieczony zakład, wbrew przepisom kodeksu postępowania karnego, pozostawiono na pastwę losu.

W tym samym czasie właściciela zakładu aresztowano w domu.


Przez 2,5 miesiąca w areszcie śledczym nie mógł mieć Gasparski żadnych widzeń. Gdy dopuszczono do niego adwokata, wtedy — z aresztu — zaczął walczyć o siebie i firmę.

Wkrótce potem wyjaśniło się, że aresztowanie nie było zasadne i Gasparski mógł powrócić do siebie. Jak wspomina: — Z firmy pozostały tylko mury. Złodzieje powyrywali nawet kable ze ścian. Na szczęście — dodaje z ironią — bank zdążył odebrać kilka maszyn konfekcyjnych wziętych w leasing, nie miałem więc już na głowie spłaty ich zakupu. Resztę wyposażenia zakładu po prostu rozkradziono. Dzięki temu bank „zszedł” także z hipoteki domu pana Ryszarda, pod zastaw której udzielił owego kredytu.

I teraz rozpoczął się kolejny akt tego dramatu.


Rok przed aresztowaniem, dzięki nisko oprocentowanej pożyczce z Urzędu Pracy w wysokości 130 tys. zł, stworzył pan Ryszard w swoim zakładzie 12 dodatkowych miejsc pracy, które musiał potem utrzymać przez co najmniej 24 miesiące. — Tę liczbę jeszcze zwiększyłem — opowiada były przedsiębiorca. Mało tego, do dnia aresztowania zdążył już spłacić niemal połowę pożyczonej kwoty. Jeszcze w lutym, tuż przed akcją UOP wpłacono urzędowi dwie kolejne raty.
Pomimo to Rejonowy Urząd Pracy w Węgorzewie zaczął, po upływie 12 lat od owego nieszczęsnego aresztowania, domagać się od Ryszarda Gasparskiego zwrotu całej kwoty, tak, jak gdyby tych wpłat nie było.

— Wcześniej dyrektor Urzędy Pracy zapewnił mnie, że jeżeli utrzymam zatrudnienie przez 24 miesiące, to połowa pożyczki zostanie mi umorzona. Zdążyłem spłacić już 57 tys. zł. Bardzo mnie to boli. Nie mogą dochodzić tej kwoty ode mnie, ponieważ ich roszczenie się w stosunku do mnie przedawniło, to dochodzą jej teraz z hipoteki wpisanej do księgi wieczystej należącej do mnie niegdyś nieruchomości. Hipoteka się nie przedawnia, ścigają więc teraz osobę, która nabyła tę nieruchomość ode mnie. Jednak urząd powinien dochodzić z tytułu tej hipoteki jedynie pozostałą do spłaty kwotę, a nie jej całość.

Odmienne stanowisko prezentuje Urząd Pracy w Węgorzewie.


Jak pisze Andrzej Kaczmarczyk z urzędu: „Pan Ryszard Gasparski cały czas mówi tylko o należności głównej, pomijając odsetki. To Sąd Okręgowy w Suwałkach wydał nakaz zapłaty na tę kwotę, uwzględniając wcześniejsze wpłaty.” Urząd jest przy tym gotów do zawarcia ugody z przedsiębiorcą. Jak czytamy: „Ze względu na zabezpieczenie hipoteką, umorzenie mogłoby dotyczyć części długu“. Pan Ryszard także wyraża wolę zawarcia takiej ugody, jeżeli umorzona należność odpowiadałaby przynajmniej kwocie dokonanych przez niego spłat.

— Zauważyć należy, że dochodzona przez Urząd Pracy kwota pożyczki 130 tys. zł nie została pomniejszona o wpłaty dokonane przez pana Ryszarda Gasparskiego — komentuje poseł Iwona Arent, która interweniowała w tej sprawie. — Urząd Pracy nie wziął także pod uwagę szczególnych okoliczności sprawy — aresztowania właściciela, a w konsekwencji pozostawienia zakładu bez nadzoru. Pan Gasparski nie mógł przecież zlecać przelewów, będąc tymczasowo aresztowanym. Zresztą po dwóch miesiącach od dnia aresztowania Ryszarda Gasparskiego Urząd Pracy wypowiedział zawartą pomiędzy stronami umowę.

— Dobrze, że przynajmniej pracownikom mojej firmy udało się w większości wypłacić pieniądze należne z tytułu pensji — dodaje Ryszard Gasparski. Jego małżonka wykonała w tym celu prawdziwą „kwestę“ po rodzinie. — Nie zapłaciliśmy jednak na czas ZUS-u i wprawdzie umorzono mi kwotę główną 96 tys. zł, ale za to ZUS domaga się ode mnie 80 tys. zł odsetek, co ma, zdaniem jego urzędników, wypełnić jakąś funkcję „wychowawczą” wobec mojej osoby. Do tego jeszcze TP SA do dzisiaj ściga mnie za stuzłotowy rachunek, który urósł w tym czasie dziesięciokrotnie z powodu odsetek.

Pan Ryszard próbował też dochodzić sprawiedliwości w UOP.


— Protokół przeszukania dużej firmy produkcyjnej to siedem linijek odręcznego pisma — mówi z niedowierzaniem. — Czytamy tam m.in., że odmówiłem dobrowolnego wydania rzeczy! Nic nie dało też przesłuchanie dowódców oddziału. Nie pamiętają, że w ogóle byli w moim zakładzie.

Teraz pan Ryszard ma 800 zł renty chorobowej i leczy się w Centrum Onkologii w Bydgoszczy. Wieloletnie nerwy i stres spowodowały przerzuty rozwój choroby.
— Biorę teraz chemię, po której chwilami nie mam siły do życia — opowiada 68-letni przedsiębiorca. Po opuszczeniu zakładu karnego przeszedł dwa zawały serca, które zakończyły się operacjami.

— Spadłem teraz na dno — i finansowo, i zdrowotnie — mówi Ryszard Gasparski. Tej opinii nie potwierdzają jednak wypowiedzi biegłych sądowych. „Jaka to kumulacja stresu, przecież obwiniony przebywał w areszcie tylko cztery miesiące” — napisała pani psycholog w opinii wystawionej na prośbę sądu. — Ja bym tę panią zaprosił do pomieszkania choć z tydzień na sali ogólnej w twierdzy w Łęczycy, gdzie mnie trzymano — ironizuje były przedsiębiorca. — Karaluchy łaziły tam po nas w dzień i w nocy, a ja spałem z taboretem w ręku, bo współwięźniowie próbowali ukraść mi w nocy zegarek.

Jest jednak daleki od myśli o zemście. Chce już tylko spokoju.


— Organa państwowe mnie aresztowały, to niech mi teraz sąd umorzy długi powstałe nie z mojej winy. Nie oczekuję też żadnych przeprosin. Niech mnie tylko uwolnią od tego ciężaru, żebym mógł na stare lata odetchnąć świeżym powietrzem.

Co robi obywatel, kiedy musi dochodzić swoich praw? Idzie przecież do sądu. — Takie sprawy powinny rozstrzygać sądy cywilne, karniści nie rozumieją bowiem kwestii odszkodowania za utracone przedsiębiorstwo — mówi dr hab. Izabela Lewandowska-Malec prof. UJ z Katedry Prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego, prezes Stowarzyszenia „Obserwatorium Strasburskie“. — Poza tym opierają się na dokumentach księgowych, wykazujących niewielkie dochody firmy. Zdanie „pan ma od trzech lat stratę, to o jakie odszkodowanie panu chodzi” świadczy o nieznajomości realiów podatkowych. Sędzia nie dostrzega, że zakład służy wytwarzaniu produktów i czasem koszty inwestycji, niezbędnych zakupów materiałowych oraz płac przekraczają przychody.

— Na tym przecież polega inwestowanie w przyszłość — wyjaśnia Ryszard Gasparski. — To dzięki niemu przedsiębiorstwo nie wykazywało na razie dochodu.
Ale, zdaniem sądu, nie wyrządzono mu w takim razie szkody majątkowej. A poza tym działalność firmy mogła kontynuować małżonka pana Ryszarda. Sąd nie zwrócił przy tym uwagi, że pracuje ona jako dyżurna ruchu PKP w Łodzi. Poza tym, zdaniem Sądu Okręgowego w Łodzi, jeżeli firma dobrze prosperowała — jak twierdzi jej właściciel — to nie mogła przecież upaść w cztery miesiące.
Sąd nie dostrzega tutaj niemożności kontynuacji produkcji przez zakład pozbawiony kierownictwa — mówi pan Ryszard.
W rezultacie nie otrzymał żadnego odszkodowania, za wyjątkiem 25 000 zł od Skarbu Państwa tytułem zadośćuczynienia — jak to ujął sąd — „za niewątpliwie niesłuszne aresztowanie.”

Sąd Apelacyjny w Łodzi utrzymał w mocy tamte rozstrzygnięcia, ponieważ to „pan Gasparski nie zgłosił żądania zabezpieczenia swojego zakładu”. — A komu miałem je zgłosić, siedząc w pudle bez kontaktu ze światem zewnętrznym? Strażnikowi więziennemu?! — ironizuje pan Ryszard.

Odwołał się od niesprawiedliwego, jego zdaniem, wyroku do Sądu Najwyższego. Ten jednak stwierdził tylko, że „skarga kasacyjna jest oczywiście bezzasadna”, odmawiając uzasadnienia tego stanowiska. Od tego wyroku nie ma już odwołania i pan Ryszard pokłada teraz nadzieję w instytucji skargi nadzwyczajnej. — To pozwoli nam zmienić ten wyrok — mówi Łukasz Gojke, członek stowarzyszenia „Niepokonani 2012“ oraz Rady Działalności Pożytku Publicznego przy Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. — Wykażemy w niej niezgodność wyroku z materiałem dowodowym. W tym celu zwrócimy się do Prokuratora Generalnego oraz do Rzecznika Praw Obywatelskich.

— Wszystkie sądy rozpatrujące sprawę pana Ryszarda nie zechciały wziąć pod uwagę przepisów kodeksu postępowania karnego, które nakazują „przedsięwzięcie czynności niezbędnych do ochrony mienia i mieszkania aresztowanego“ – dodaje dr nauk prawnych, adwokat Marcin Berent, karnista z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu.

Pewną przeszkodą może być tutaj liczba skarg nadzwyczajnych, które zostały złożone po pojawieniu się tej instytucji w polskim systemie prawnym. – Pod koniec listopada 2018 r. było ich już 4500, a — jak dotąd — tempo ich rozpatrywania utrzymuje się na poziomie czterech rocznie. Kto zatem „dobije się” w tej sytuacji sprawiedliwości? — pyta Łukasz Gojke.

Pan Ryszard zamierza walczyć w sądzie o odszkodowanie na poziomie 5 mln zł.


— To pozwoliłoby rozwiązać moje problemy finansowe. Państwo mnie skrzywdziło, niech więc choć teraz okaże łaskawość. Gdyby nie ta historia, miałbym może z dwustu pracowników i płacił państwu solidne podatki. A tak ani ja nic nie mam, ani państwo nic nie ma — mówi węgorzewski przedsiębiorca.

Łukasz Czarnecki-Pacyński

Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB