Opinie: Restauracje nie dla bąbelków? [SONDA]

2019-09-09 20:01:14(ost. akt: 2019-09-09 18:15:40)
Zdjęcie jest tylko ilustracją do tekstu

Zdjęcie jest tylko ilustracją do tekstu

Autor zdjęcia: Pixabay

Jedna z poznańskich restauracji wywołała kontrowersje, bo nie chce u siebie dzieci poniżej 6 roku życia. Zakaz wstępu dla maluchów w knajpach mnie nie oburza. Oburza mnie to, czego staje się symbolem. I martwi to, do czego może doprowadzić.
Dziennikarskie teksty powinny z założenia zawierać wypowiedzi obu stron sporu i, na tyle, na ile to możliwe, obiektywnie przedstawiać ich stanowiska. Trudno jednak czasem upychać swoje opinie w kieszeniach i udawać, że nie ma się swojego zdania. Tym bardziej wtedy, kiedy argumenty każdej ze stron zna się na pamięć i kiedy korci człowieka, żeby i jednym, i drugim raz przybić piątkę, a raz wytknąć hipokryzję. Nie silę się więc na bezstronność i przyznaję wprost: dzielę się swoimi komentarzem. Komentarzem do absurdalnego, moim zdaniem, problemu, jakim jest obecność dzieci w restauracjach. A właściwie — ich nieobecność.

Ten temat wraca jak bumerang. Bo okazuje się, że z dziećmi (w przestrzeni publicznej, ale nie tylko) mamy taki sam kłopot, jak z pogodą. Zimno? Źle. Ciepło? Jeszcze gorzej. I tu jest tak samo. Niby narzekamy na to, że Polaków coraz mniej, że przyrost naturalny kuleje, że nie będzie komu zarabiać na nasze emerytury. Kiedy się jednak poczyta komentarze i posłucha rozmów, można odnieść wrażenie, że najgorszym złem, jaki spotkał ten kraj, są ludzie, którzy zdecydowali się mieć dziecko. A jeśli „najgorsze zło” można stopniować, to jeszcze wyżej w niechlubnej hierarchii są matki. Szczególnie te, które po urodzeniu dziecka wpadają na szalony pomysł, by nie spędzić ze swym potomkiem kolejnych kilkunastu lat w zamkniętym pomieszczeniu, żeby ten (proszę wybaczyć nieeleganckie słowa, ale są zaczerpnięte z prawdziwych wypowiedzi) „gówniak”, „kaszojad”, „bąbelek” (zwany też „bombelkiem”), tudzież inny „brajanek” („dżesika”) nikomu nie przeszkadzał. Można odnieść wrażenie, że wolimy, by te „madki” w zaciszu własnego domu zajęły się ostatecznie tym, co, zdaniem komentujących, robią najlepiej: dbaniem o paznokcie i sprawdzaniem stanu konta w oczekiwaniu na kolejne „500 plus”.

A skoro o 500 plus mowa...


Właścicielki poznańskiej restauracji, które ostatnio podjęły decyzję o zakazie wstępu dla dzieci poniżej 6 roku życia, uzasadniały ją, ilustrując wpis zdjęciem przedstawiającym zabrudzony stolik, jaki zostawili po sobie klienci, którzy do lokalu przyszli z dziećmi. W komentarzach nie brakuje głosów, że stan stolika nie jest aż tak przerażający, jak sugerują autorki wpisu, ale dominują jednak opinie, że to niedopuszczalne, by zostawić po sobie taki bałagan. To ciekawe, bo kiedy np. wychodzę z „dorosłego” seansu w kinie, często mam podobne przemyślenia.

Właścicielki restauracji tłumaczą w sieci także, że ich decyzja wynika także z gotowości do spełniania oczekiwań klientów. A od nich słyszały, jak piszą, że chętnie spędzaliby oni czas w miejscu kameralnym i spokojnym.

Właściwie nawet kupuję te argumenty i jeszcze kilka tygodni temu pozostałabym głucha i ślepa na to medialne zamieszanie. Rzecz w tym, że jakiś czas temu na jednej z facebookowych grup przeczytałam odpowiedzi na postulat jednej z internautek, by zakazać zwierzętom wstępu do restauracji. Co się okazało? Wiele osób, przejętych losem psów i ich właścicieli, jako kontrargument podawało właśnie brak analogicznego zakazu wobec dzieci. Nadal pozostawałam niewzruszona, mam przecież doświadczenie w czytaniu komentarzy w internecie, więc jestem w stanie przewidzieć, w jakim kierunku pójdzie taka dyskusja. Szła jednak coraz dalej, i dalej.

Kiedy w końcu przeczytałam, że psy śmierdzą mniej niż dzieci, poczułam, że mamy do czynienia z coraz większą pogardą wobec osób, które sobie nijak na to nie zasłużyły. Bo jednak jest coś niestosownego we wmawianiu nam, że dzieci są odrażające. Tym bardziej że, co może faktycznie nieco dziwić, wszyscy tymi dziećmi kiedyś byliśmy.


Prewencyjne ograniczenie możliwości wstępu dla osób, które mogą (ale nie muszą przecież) zachować się nieodpowiednio, wydaje mi się jednak przesadą. Tym bardziej że, będę szczera, mam wrażenie, że to dorośli o wiele częściej zachowują się nieodpowiednio. Czy możemy się spodziewać zatem zakazów wstępu dla osób siorbiących i mlaskających? Albo zbyt głośno rozmawiających? Albo przeklinających? Albo nieładnie pachnących? Takich ludzi nie spotykamy często, odpowiedzą ci, którzy przybijają piątkę z przeciwnikami dzieci w restauracjach. Ale, bądźmy szczerzy, czy często spotykamy dzieci, których zachowanie jest na tyle złe, by naprawdę odbierało nam przyjemność z jedzenia w restauracji?

No dobrze, to teraz czas na te argumenty przeciwników dzieci jedzących wspólnie z dorosłymi w miejscach publicznych. Przytaczam z pamięci:
1. Chcę zjeść w spokoju
A przecież, najwyraźniej, każde dziecko, które pojawi się w zasięgu wzroku, musi ten spokój natychmiast burzyć. I chociaż na co dzień deklarujemy niechęć do stereotypów i brzydzimy się uogólnieniami, nie boimy się na podstawie jednego czy dwóch negatywnych doświadczeń z rozrabiającymi małoletnimi, twierdzić, że każde dziecko będzie w restauracji wrzeszczeć i rzucać jedzeniem na oślep.

2. Restauracja to nie miejsce dla dzieci
Oczywiście. Miejscem dla dzieci jest plac zabaw. Pod warunkiem, że ten plac nie znajduje się pod naszym oknem, bo wówczas nawet tam wchodzić nie powinny. Dzieci nie powinny też jeść posiłku innego niż domowy. Zakładam, że co najmniej do pierwszej komunii, bo przyjęcie po niej, wiadomo, zrobić w restauracji po prostu trzeba i wypada.

3. Właściciel ma prawo decydować, kogo chce w swojej restauracji
O ile wcześniej pozwalałam sobie na dużą dawkę ironii, to do tego argumentu muszę podejść z nieco większą powagą. Z jednej strony mamy przecież ustawę, która wyklucza dyskryminację ze względu na płeć, rasę, pochodzenie etniczne, narodowość, religię, wyznanie, światopogląd, niepełnosprawność, wiek lub orientację seksualną. Znalazł się tam też zapis o równym dostępie do towarów i usług, co oznaczałoby, że właściciel, tworząc takie zakazy, po prostu łamie prawo.
Z drugiej jednak strony — właściciele mogą tworzyć regulaminy i precyzować zasady dotyczące korzystania z ich usług. Z tego właśnie powodu są lokale, do których wstęp mają wyłącznie osoby pełnoletnie. Rzecz jednak w tym, że jest to zwykle powodowane chęcią ochrony małoletnich, a nie dorosłych. Tu jest odwrotnie. I bardzo łatwo wyobrazić sobie sytuację, w której inny właściciel restauracji dojdzie do wniosku, że nie będzie karmił osób z nadwagą, bo będą mu one robić złą reklamę, a szef innej firmy nie będzie chciał, żeby bluzkę z logo jego marki nosiła brzydka albo starsza kobieta. Przesadzam? Ależ oczywiście. Takie "hiperbole" pozwalają jednak dostrzec to, do czego nas taki niepozorny zapis może prowadzić. Nie twórzmy kolejnych „stref wolnych od...”, tylko dbajmy o wzajemny szacunek.

4. Mogą iść gdzie indziej
Bez dwóch zdań. I zapewne pójdą. Niewiele jest osób, które z uporem maniaka wracają do miejsc, w których nie są mile widziane. Pytanie jednak jest takie: czy, jeśli właściciele dwóch restauracji w niewielkiej miejscowości wpadną na pomysł, by nie wpuszczać dzieci, to rodzicom będzie się chciało szukać innych miejsc oddalonych o kilkanaście kilometrów. I czy to będzie, zwyczajnie, fair wobec tych ludzi? Korzystanie z restauracji jest i tak dla wielu osób przywilejem, na który nieczęsto (choćby ze względu na finanse czy brak czasu) mogą sobie pozwolić. No i kiedy dzieci mają się nauczyć „odpowiednio” zachowywać? I jak? Najszybciej uczymy się ponoć przez naśladownictwo...

Daria Bruszewska-Przytuła

Czy zakazywanie dzieciom wstępu do restauracji to dobry pomysł?
Tak, właściciel podejmujący taką decyzję wie, co robi
76.43%
Nie, to dyskryminujące
23.57%

Komentarze (38) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Komentarze dostępne tylko dla zalogowanych użytkowników. Zaloguj się.

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. Katechetka #2800746 | 83.5.*.* 7 paź 2019 15:09

    Bachory trzymajcie najlepiej na smyczy, i to w domu.

    Ocena komentarza: warty uwagi (4) odpowiedz na ten komentarz

  2. Krzychu #2799731 | 88.156.*.* 4 paź 2019 23:31

    Jaki hejt, jaki hejt? Wyrażenie własnej opinii, napisanie komentarza krytykującego bachory i ich rodziców to hejt? Widziałem w galerii warmińskiej matkę która z dumą karmiła piersią bobaska będąc na pasażu. A ja mam mówić że to cudowne publiczne macierzyństwo bo inaczej to jestem hejterem?

    Ocena komentarza: warty uwagi (5) odpowiedz na ten komentarz

  3. =krzych #2799727 | 88.156.*.* 4 paź 2019 23:10

    W banku: mamuśka zapatrzona w smartfonik. Jej gów_arz wali nóżką w szklane drzwi i za każdym kopnięciem wydaje głośny okrzyk radości. Mamusia nie reaguje bo chce dziecko wychować bezstresowo. W restauracji też uwagi nie zwróci bo to przecież nie w jej domu, nie jej drzwi ani obrus. A ja mam tam siedzieć i dławić się jedzeniem z wściekłości?

    Ocena komentarza: warty uwagi (6) odpowiedz na ten komentarz

  4. olsztynska matka #2793764 | 185.103.*.* 20 wrz 2019 12:19

    Jestem matka i nie raz bylam z synem w restauracji. jednak wole isc do knajpy gdzie dzieci nie maja wstepu niz byc swiadkiem jak znerwicowani rodzice caly czas upominaja pawelku nie rob tego, nie biegaj nie krzycz itd. pomijam fakt ze dzieci sa niewychowane to rodzice swiete krowy nie mysla innych gosciach restauracji bo oni maja "rodiznny " wieczor. Wszystko ok, ale z umiarem. A jesli nasz maluch nie umie usiedziec i zachowac sie w restaurcji to zostawmy sobie tego typu eskapady jak juz bedzie wiedzial ze nie jest sam w knajpie i da zjesc w spokoju innym.

    Ocena komentarza: warty uwagi (12) odpowiedz na ten komentarz

  5. Nick #2789641 | 95.223.*.* 11 wrz 2019 22:57

    Ja wole babelki przy stole anizeli jakas idiotyczna pare z psem pod stolem.

    Ocena komentarza: poniżej poziomu (-10) odpowiedz na ten komentarz

Pokaż wszystkie komentarze (38)