Wtorek, 11 grudnia 2018. Imieniny Biny, Damazego, Waldemara

Dr Jolanta Piwowar: "Język dyskryminuje kobiety" [ROZMOWA]

2018-08-11 08:00:00 (ost. akt: 2018-08-13 19:39:27)
Jolanta Piwowar

Jolanta Piwowar

Autor zdjęcia: archiwum

Kobiety i mężczyźni są przedstawicielami różnych kultur. Tak nas przynajmniej widzą badacze. Dlaczego? Dr Jolantę Piwowar z Instytutu Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej UWM pyta o to Daria Bruszewska-Przytuła

— Komunikacja kobiet i mężczyzn to ponoć komunikacja międzykulturowa?
— Może się to wydawać zaskakujące, ale tak to się przyjęło w literaturze dotyczącej komunikowania.

— Aż tak się różnimy?
— Od najmłodszych lat jesteśmy wdrażani w zachowania, które przystoją kobietom i mężczyznom, czy wręcz: jakich się od nich oczekuje. Różnice tkwią więc w używanych formach językowych i strategiach komunikacyjnych. Uważa się, że kobiety częściej używają trybu przypuszczającego. Jeśli kobieta proponuje wyjście do kina, to powie raczej: „Może poszlibyśmy do kina”, a mężczyzna zapyta: „Może pójdziemy do kina?” albo powie wprost: „Chodźmy do kina”. Panie częściej też rozpoczynają swoje wypowiedzi od „wydaje mi się...”, „proponowałabym...”. Zdaniem badaczy same sobie w ten sposób odbieramy siłę przekonywania.

— Czy takie różnice nie są też warunkowane kulturowo? Może w krajach, w których status kobiet nie różni się aż tak wyraźnie od statusu mężczyzn, panie są bardziej pewne siebie i mówią w nieco inny sposób?
— Być może jest to uzależnione od czynników, o których pani mówi, ale nawet badania prowadzone w krajach zachodnich prezentowały podobne wnioski. Zresztą komunikowanie jest odzwierciedleniem stanu mentalności, tego, jak ludzie żyją, jak się czują w rolach społecznych, w które się wcielają. Warto byłoby zatem ustalenia sprzed kilkunastu lat zweryfikować i sprawdzić, czy coś się w tym zakresie zmieniło.

— A skoro jesteśmy przy weryfikowaniu poglądów, to uważa się, że kobiety częściej mówią o emocjach, a mężczyźni nastawieni są na przekazywanie informacji.
— Kobiety nie tylko mówią o uczuciach, ale i mówią w sposób emocjonalny. Używają też większej liczby przymiotników, dokładniej charakteryzują to, o czym mówią. W ich wypowiedziach częściej pojawiają się wyrazy zdrobniałe, spieszczenia. Sama kiedyś słyszałam, jak jedna pani opowiadała drugiej o „mięciusieńkich i delikatniusieńkich” rękawiczkach. Trudno sobie wyobrazić, by jakiś mężczyzna mówił w ten sposób do kolegi.

— Z czego to wynika?
— Kobietom od wieków przypisana jest kulturowo rola matki, opiekunki zajmującej się dziećmi. Teraz to się oczywiście trochę zmienia, bo mamy bardziej partnerskie związki, ale i tak kobiety się kojarzy z takimi rolami. A kontakt z dziećmi prowokuje do specyficznego sposobu mówienia. Często używamy wówczas zdań typu: „Chodź, zrobię ci kanapeczkę” albo „bułeczka z masełkiem”.

— Co jeszcze nas różni?
— Komunikując się, kobiety częściej tworzą relacje równoległe, dzięki czemu każdy uczestnik rozmowy ma szansę się wypowiedzieć, przedstawić swoją opinię. Mężczyźni są natomiast nastawieni na rywalizację, chcą podkreślić swoją pozycję. To się, oczywiście, zmienia. Dzisiaj często zauważamy, że także kobiety w ten sposób prowadzą rozmowy.

— A jak się zmienia nasz język, gdy rozmawiamy z płcią przeciwną w stosunku do sytuacji, gdy komunikujemy się z przedstawicielami naszej płci?
— Daje się usłyszeć, że te rozmowy inaczej wyglądają. Jak rozmawiają dwaj mężczyźni, to mamy do czynienia z konkretami. Mniej jest tam miejsca na określenia, opisy. Kobiety chętniej wdają się w rozważania dotyczące drobiazgów, które nie mają znaczenia z punktu widzenia tego, o czym mają mówić. Jeśli natomiast chodzi o rozmowy kobiet i mężczyzn, to wiele zależy od rodzaju relacji, która ich łączy. Inaczej wyglądają rozmowy oficjalne i inaczej wyglądają rozmowy prywatne.

— Są zachowania językowe, które nie przystoją określonej płci?
— Kilkanaście lat temu rozmawiałam z profesorem Huszczą z Uniwersytetu Warszawskiego właśnie o języku kobiet i mężczyzn. Profesor mówił wówczas, że żaden pan nie powie „pa”. Dzisiaj możemy już tę tezę zweryfikować. Bo pewnie facet z facetem nadal tak się nie pożegna, ale kiedy usłyszy takie słowo od kobiety, to pewnie — przystosowując się do sytuacji komunikacyjnej — i on je powtórzy. I nie ma w tym niczego nietypowego.

— Na nasz sposób komunikowania ma wpływ przede wszystkim proces socjalizacji?
— Tak, różnic doświadczamy już w dzieciństwie, bo zabawy dla dziewczynek i chłopców organizowane są w inny sposób. Chłopcy częściej bawią się w dużych grupach, a te zabawy bywają oparte na rywalizacji. Dziewczynki bawią się w bardziej kameralnych warunkach. A to się przekłada na style komunikowania.

— Wiemy też, że płeć to nie tylko biologia...
— Ruch gender miał wpływ także na język. Kiedyś formy typu „psycholożka”, „socjolożka” były nie tyle dziwne, ile po prostu niepoprawne. Dzisiaj występują one regularnie. Choć nadal mamy wiele nierozwiązanych kwestii. Pamiętam, jak kilka lat temu Donald Tusk zastanawiał się przed kamerami, czy Ewa Kopacz jest marszałkinią czy marszałczycą.

— Mężczyźni patrzą czasem z przymrużeniem oka na te żeńskie formy zawodów, a kobiety podchodzą do nich nieufnie. Tak jakby bycie dziennikarką było mniej poważne od bycia dziennikarzem. Kiedy więc mówimy o sobie „psycholożka”, to może coś w ten sposób manifestujemy?
— Zgadzam się. Kiedy słyszymy, że kobieta mówi, że jest prezeską, to podejrzewamy, że jest feministką. Może w ten sposób manifestować, że te funkcje, które niegdyś nie były kojarzone z paniami, są dziś przez nie pełnione w sposób pełnoprawny.

— „Profesorek” jest chyba jednak więcej niż „doktorek”. Może dlatego, że to określenie w języku potocznym stosuje się w odniesieniu do lekarek?
— Mechanizmy językowe warunkują pewne zachowania językowe. Chcemy zachować jakąś precyzyjność w używaniu określonych form, więc one się nie przyjmują. Nie oznacza to jednak, że to się za jakiś czas nie zmieni. Język żyje swoim życiem. Pobożne życzenia językoznawców, żeby używać jakiejś formy albo unikać innej, tak naprawdę na niewiele się zdają.

— Tytuły i zawody to sfera publiczna. A jak się komunikujemy, kiedy przekraczamy próg sypialni? Czy język polski jest bogaty w określenia, które mogą nam się przydać?
— To, jak mówimy o sferze seksualności, zależy od sytuacji komunikacyjnej. Inaczej wypowiadamy się, kiedy jesteśmy w gabinecie lekarskim, inaczej w prywatnych rozmowach. Na słownictwo będzie też wpływać nasz stan czy np. romantyczna atmosfera. Wiele zależy też od naszej kultury osobistej i od tego, z jakimi rejestrami języka się zetknęliśmy.

— Słownictwo przyswajamy od najmłodszych lat. A te określenia, których używamy, by nazwać intymne części ciała dzieci, mogą budzić zdziwienie, bo skąd na przykład ptaszek u chłopca? Wiele zależy chyba od regionu i środowiska?
— Tak, ja słyszałam taką anegdotę z okolic Lublina lub Rzeszowa, że kilkuletniemu chłopcu zachciało się siusiu, więc poszedł w tym celu w krzaki. W tym czasie jego mama krzyknęła: „Synku, chowaj sufragan, bo ksiądz idzie!”. A przecież sufragan to biskup pomocniczy.

— Eufemizmów chwytamy się także w odniesieniu do dorosłych...
— Oczywiście, tę intymną część ciała w przypadku dorosłych mężczyzn nazywało się przecież na przykład „Wackiem”, choć teraz jest to chyba mało popularne określenie.

— Mam wrażenie, że nasz codzienny język jest zawieszony pomiędzy wulgarnością a infantylnością. Brakuje nam chyba takich neutralnych słów określających „te” części naszego ciała.
— Powodem tego jest chyba to, że sfera seksualności była przez długi czas tematem tabu. Pamiętam, jakim zaskoczeniem było pojawienie się w polskiej telewizji pierwszej reklamy podpasek.

— I powitano ją „z pewną taką nieśmiałością”...
— Przez lata się o tym nie mówiło głośno, nie pokazywało się tego problemu w mediach. Czytałam w jakiejś gazecie, że w kinach był wyświetlany film z napisami, w którym pojawiła się jakaś niezwykle emocjonalna scena, pełna dramatyzmu. I padło tam zdanie: będę cię kochał... zawsze. Po angielsku oczywiście. Kiedy ludzie usłyszeli „always”, wybuchnęli śmiechem, bo natychmiast skojarzyło im się to z podpaskami. To dowodzi, że potrzebowaliśmy trochę czasu, by się z tym oswoić.

— Racja, kiedyś informacje o menstruacji były szyfrowane. Mówiono na przykład: ciotka przyjechała.
— Ale nie zawsze tak było. Dawniej nazywano sprawę wprost, co pokazuje się też czasem w filmach historycznych, w których pada pytanie o to, czy kobieta ma już krwawienie, czy krwawi. Te nasze eufemizmy są więc wynalazkiem późniejszym.

— Może to jest związane z tym, że mieszały się różne kultury. W judaizmie menstruacja jest tematem tabu.
— Warto jednak pamiętać o tym, że to, co kulturowe, ma często swoje źródło w naturze. Być może nie bez przyczyny w kulturze żydowskiej ten czas „nieczystości” kobiety trwa akurat tyle dni, ile trwa. Okazuje się przecież, że po menstruacji i odczekaniu tygodnia potrzebnego na oczyszczenie, kobieta wchodzi w dni płodne.

— Dzisiaj mówimy trochę wprost, trochę nie: mam okres, mam miesiączkę. I to już chyba nikogo nie dziwi, nie oburza.
— Podobnie jak to, że po podpaski do sklepów przychodzą mężczyźni, a kiedyś przecież kobiety przy panach wstydziły się o nie poprosić w aptece.

— Zmieniają się czasy, zmienia się też język?
— Oczywiście. Język żyje. Zmienia się frekwencja, zmienia się zakres znaczeniowy używanych słów. Kiedyś np. w słownikach praktycznie nie było wulgaryzmów. Pojawiało się ich ewentualnie kilka. A dziś powstają całe słowniki im poświęcone.

— Kilkanaście lat temu językoznawcy bali się też anglicyzmów.
— W latach 90. nasza rzeczywistość podlegała przemianom, a nowe pojęcia nazywaliśmy właśnie angielskimi zwrotami. W dobie globalizacji napływ tych zapożyczeń jest aktualny, ale strumień angielszczyzny nie jest już taki wartki.

— Nie wydaje się pani tym zaniepokojona.
— Nie przypominam sobie, by jakiekolwiek protesty językoznawców okazały się skuteczne. I chociaż nie twierdzę, że obniżenie standardów jest czymś pożądanym, to życie pokazuje, że normy poprawnościowe ewoluują. Kiedyś coś było poprawne albo błędne, a teraz mamy normę oficjalną i potoczną. Dewulgaryzują się też wulgaryzmy.

— Dawniej wyraz „pieprzyć” byłby w mediach wykropkowany albo „wypikany”, dzisiaj słyszymy go i czytamy bez cenzury...
— Podobnie jest ze słowem „zajebiście”. Teraz to dla wielu komplement. Na dodatek w wielu środowiskach o wiele bardziej wyrazisty niż na przykład „świetnie”.

— Mamy mnóstwo wulgaryzmów związanych z członkami rodziny...
— Tak, obrażanie bliskich bywa najbardziej dotkliwe.

— W naszym języku jest też sporo określeń stosowanych w odniesieniu do kobiet, które nie prowadzą się najlepiej...
— To prawda. To wynikało też prawdopodobnie z pewnej pruderii, która często dochodziła do głosu. Takie zachowania czy styl życia były piętnowane. Z drugiej strony — prostytucja to najstarszy zawód świata.

— To jednak już eufemizm. Wracając do wulgaryzmów, mam wrażenie, że więcej jest takich nieparlamentarnych określeń związanych z kobiecością, z kobiecą cielesnością.
— Chyba tak faktycznie jest. Pamiętam, że w czasie jednej z konferencji ktoś mówił o tym, że język w ogóle dyskryminuje kobiety. To widać choćby w przysłowiach: „baba z wozu, koniom lżej”, „gdzie diabeł nie może, tam babę pośle”. To jest chyba głęboko zakorzenione w kulturze. Zauważmy, że śmierć jest rodzaju żeńskiego.

— I już ze średniowiecza znamy przedstawienia śmierci jako przerażającej kobiety.
— Tak. Ciekawie o tym pisał w „Jesieni średniowiecza” Huinzinga. Przypomniał on też o tym, skąd się wzięło przedstawianie śmierci jako kostuchy. A ma ono swoje źródło w praktyce wygotowywania w oleju ciała człowieka, który zmarł na przykład z dala od domu. Dzięki takiemu procesowi tkanki oddzielały się od kości. Te pierwsze można było pogrzebać, a szkielet zabierano do rodzinnej ziemi. Stąd takie wyobrażenie.

— Kobieta od dawna kojarzyła się także z pewną tajemnicą, a nawet nadludzką mocą. Była więc też trochę przerażająca...
— Oczywiście. Wiąże się to z tym, o czym mówiłyśmy wcześniej, czyli menstruacją, ale także i kulturowymi przekonaniami. Choćby ortodoksyjni Żydzi są przekonani, że kobiety powinny zasłaniać włosy albo wręcz je golić, bo są one siedliskiem grzechu.

— Niełatwo być kobietą.
— Cóż, większość zasad było wymyślanych przez mężczyzn. Kobiety musiały się do nich stosować.
Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (12) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. Ed #2563847 | 87.205.*.* 26 sie 2018 10:19

    Jeśli psycholożka brzmi lepiej niż pani psycholog, prezeska lepiej niż pani prezes, to współczuję kobietom że mają takich obrońców

    ! - + odpowiedz na ten komentarz

  2. Ola #2559343 | 46.170.*.* 20 sie 2018 14:51

    Ładna

    ! - + odpowiedz na ten komentarz

  3. Marek #2554150 | 51.37.*.* 12 sie 2018 10:37

    Z tym sufraganem to chyba ok. Mój nazywa się infułat.

    ! - + odpowiedz na ten komentarz

  4. Ja #2554137 | 213.76.*.* 12 sie 2018 10:12

    Komentarz nisko oceniony. Kliknij aby przeczytać. fajny wywiad co nie

  5. wstg #2554015 | 46.230.*.* 11 sie 2018 21:29

    Piwowar to czy Piwowarka? Człowiek czy człowiekini? Całe szczęście, że jestem mężczyzną a nie mężczyznem - nie muszę się martwić, bo już jestem sfeminizowany

    Ocena komentarza: warty uwagi (14) ! - + odpowiedz na ten komentarz pokaż odpowiedzi (1)

    Pokaż wszystkie komentarze (12)