Czwartek, 16 sierpnia 2018. Imieniny Joachima, Nory, Stefana

Wyrosła u stóp Alp. Lepiej raz ją zobaczyć niż 10 razy o niej usłyszeć

2018-08-10 14:40:57 (ost. akt: 2018-08-10 14:50:58)

Autor zdjęcia: Barbara Lewandowska

Grupa mieszkańców Biskupca miała okazję obejrzeć fabrykę Grupy EGGER w St. Johann w Austrii. Taką samą, jaka powstaje w ich mieście, gdy chodzi o technologię czy wielkość i asortyment produkcji. Do Tyrolu zaprosił ich Michael Egger, współwłaściciel firmy.

Stare przysłowie mówi, że lepiej raz zobaczyć niż dziesięć razy usłyszeć. Kilkuosobowa grupa mieszkańców Biskupca skorzystała z zaproszenia i pojechała do St. Johann w Austrii, żeby obejrzeć fabrykę Grupy EGGER. Pierwsza i najstarszą w Grupie.

Nie mamy żadnych tajemnic, odpowiemy na każde pytanie, otworzymy każde drzwi — zapewnił Michael Egger, współwłaściciel Grupy EGGER mieszkańców Biskupca, oprowadzając ze swoimi pracownikami gości przez wiele godzin po zakładzie. A ci mieli mnóstwo pytań i oczekiwali konkretnych odpowiedzi, bo przecież pod koniec tego roku fabryka w Biskupcu ma już rozpocząć produkcję. A wciąż w mieście słychać głosy, że fabryka będzie truć, dymić. Te opinie, choć niepoparte żadnymi argumentami, budzą niepokój.

Stąd wyjazd do Austrii, do fabryki, która pracuje pełną parą, siedem dni w tygodniu, dwadzieścia cztery godziny na dobę. Zatrudnia prawie 1100 osób.




— Zaprosiliśmy mieszkańców do naszej fabryki, żeby rozwiać te wszystkie wątpliwości, które się pojawiają. Żeby zobaczyli, że taka fabryka działa u stóp Alp już od kilkudziesięciu lat, że produkcja odbywa się w sposób bezpieczny, z pełnym poszanowaniem środowiska — tłumaczył w drodze Waldemar Zawiślak, dyrektor sprzedaży EGGER Biskupiec. — Zaprosiliśmy również przeciwników naszej inwestycji w Biskupcu, ale nie skorzystali z zaproszenia, bo —jak napisali w internecie — nie są zainteresowani tego typu odwiedzinami. Szkoda.
Dlaczego wybór padł na fabrykę w Sankt Johann, a nie np. fabrykę Grupy EGGER w Rumunii?

— We wszystkich naszych fabrykach panują te same standardy i drzwi wszystkich są dla chętnych ich odwiedzenia otwarte. Natomiast wybraliśmy St. Johann z kilku istotnych względów — dodał dyrektor Zawiślak. — Po pierwsze chcieliśmy pokazać fabrykę o najbardziej zbliżonym asortymencie produkcji do tego, co będzie wytwarzane w Biskupcu, a więc zarówno płyty wiórowe surowe, płyty melaminowane i blaty robocze, a także impregnację papieru, która w przyszłości odbywać się będzie w Biskupcu. W St. Johann wykorzystujemy taką samą technologię, takie same urządzenia jakie instalujemy w Biskupcu. Oczywiście w Biskupcu będą nowocześniejsze, bo to będzie nasz najnowocześniejszy zakład w całej Grupie. Nie bez znaczenia jest też sam dojazd. St. Johann w Tyrolu to podobnie jak Biskupiec na Warmii samo centrum atrakcyjnego, tętniącego cały rok życiem regionu turystycznego. I kwestia ostatnia, ale równie istota. Tu była szansa na spotkanie mieszkańców z właścicielem i kierownictwem Grupy EGGER, żeby osobiście odpowiedzieli na ich pytania.


Z Biskupca do St. Johann w Tyrolu jest ok. 16 godzin jazdy samochodem. A jadąc tam autem warto zaznaczyć w nawigacji, że chodzi nam o miasteczko w Tyrolu, bo tylko w Austrii jest osiem gmin i miasteczek o tej nazwie. My do blisko 10-tysięcznego miasteczka dotarliśmy trochę szybciej. Polecieliśmy z Okęcia do Monachium, a stąd były już tylko nieco ponad dwie godziny jazdy autokarem do Tyrolu. Zresztą podróż mija szybko, bo jedzie się przez malownicze tereny, a im bardziej na południe, tym widoki piękniejsze. Góry rosną w oczach. Tyrol i St. Johann powitały nas upałem i oczywiście pelargoniami. Są tu wszędzie na każdym balkonie, na każdym domu, skwerze. To firmowy znak regionu, tak jak tyrolskie domy, które są jak z bajki. Na dole murowane, na górze drewniane. Wymuskane, dopieszczone w każdym detalu. Wszędzie wkoło idealny porządek. I człowiek ma wrażenie, że nagle znalazł się w tolkienowskim Shire, pięknej i spokojnej krainie Hobbitów.



Akurat w mieście trwał festyn. Z wielkiej sceny ustawionej na rynku rozbrzmiewały mocne rytmy rocka, a wkoło setki ludzi biesiadowały przy kufelku piwa. To głównie turyści, bo St. Johann, położony w dolinie, u stóp Alp to kurort, modny nie tylko zimą, ale też latem. Są tu przepiękne trasy do rowerowych wycieczek i pieszych wędrówek i jak się okazuje niektóre z nich biegną tuż koło fabryki EGGER.

W przewodnikach podają, że St. Johann to raj dla narciarzy, zresztą stąd wywodzi się choćby Andreas Widhölzl, słynny skoczek austriacki. Jest tu 60 km różnorodnych tras o różnych stopniach trudności oraz 17 wyciągów, jak też 270 km narciarskich tras biegowych.
 Niewątpliwie ozdobą miasteczka jest rynek, przy którym stoi piękny barokowy kościół. To centralny punkt miasteczka i główne miejsce spotkań jego mieszkańców i gości, do których dyspozycji jest w miasteczku aż 4500 miejsc noclegowych.

Hotel, potem uroczysta kolacja. Kilka słów powitania z każdej strony. Później rozmowy i pierwsze pytania mieszkańców. Mają prawo pytać, mieć obawy, wątpliwości, bo w ich mieście przecież powstaje wielka fabryka. I gospodarze są tego świadomi, tłumaczyli, wyjaśniali.

— To widzimy się jutro o ósmej rano przy fabryce, pokażemy zakład, sami ocenicie — stwierdził Michael Egger.



Kiedy rankiem zajechaliśmy przed fabrykę, z centrum miasteczka, gdzie mieszkaliśmy do zakładu jest tylko półtora kilometra, właściciel czekał już na nas. No, ale też nie miał daleko, bo jak nam wyjaśnił, mieszka może z 250 metrów od fabryki, a jego brat Fritz, drugi ze współwłaścicieli Grupy EGGER, około czterystu.

I coś śmierdzi, coś dymi? — zapytał od razu Michael Egger. Choć, jak się później dowiedzieliśmy, fabryka pracowała na sto procent swoich możliwości, to z komina nie wydobywał się żaden czarny dym. W powietrzu nie unosił się żaden przykry zapach. Nic, kompletnie nic.

— Czasem z pól dochodzą tu nas swojskie zapachy, to te nasze w fabryce w porównaniu z nimi są, jak Chanel No 5 — zażartował Michael Egger. Zaprasza do biurowca. Budynek jest nowy, cały z drewna, płyt, które powstają w fabryce. Robi wrażenie.

Tę fabrykę płyt wiórowych w St. Johann, pierwszą w Grupie, zbudował jego ojciec, Fritz Egger senior. Powstała w 1961 roku na bazie tartaku, który prowadził. Widząc, ile drewna się marnuje, już bezużytecznego w produkcji, trafia potem jako opał do pieców, postanowił je zagospodarować. Przerobić na płyty wiórowe, bo jak podkreślał drewno jest zbyt cenne, żeby je tak po prostu marnować. I tak to się zaczęło. Kiedy Fritz Egger senior zginął w 1982 roku w wypadku samochodowym, firmę przejęli synowie. Rozwinęli ją i dziś Grupa EGGER to 18 fabryk, w ośmiu krajach, w których pracuje ponad 9 tys. Wielka firma, która cały czas zachowuje rodzinny charakter.

W żadnym mieście nie ma protestów przeciwko naszym fabrykom, nie toczy się przeciwko nam żaden proces sądowy — zaznaczył Walter Schiegl z zarządu Grupy EGGER odpowiedzialny za produkcję i technologie.

Przyszedł czas na obejrzenie zakładu. Fabryka jest w pełni zautomatyzowana, tu nikt nie pracuje ręcznie, no chyba że przyjdzie naprawić jakąś maszynę, to wtedy trzeba zakasać rękawy. A nas zadziwił elektryk, który pojawił się, żeby coś tam naprawić. Przyjechał na służbowym rowerze. Ponoć tak jest szybciej i wygodniej, bo fabryka w Tyrolu rozciąga się na powierzchni około 40 hektarów. Wszędzie są komputery i praca ludzi ogranicza się praktyce do nadzoru i kontroli całego procesu produkcyjnego.

Wielkie płyt cały czas suną po taśmach, są ich tysiące metrów kwadratowych. W 1961 roku zakład w St. Johann wytwarzał dziennie 30 metrów sześciennych płyt. Dziś wszystkie fabryki EGGER tę ilość materiałów drewnopochodnych produkują w niecałe dwie minuty.

Przeszliśmy 9 kilometrów, od hali do hali, od składów z drewnem, hałd zrębków na placu po sterownię najeżoną komputerami, laboratorium, magazyn wysoki na 34 metry, gdzie składowane są płyty i blok energetyczny, w którym w temperaturze 850 stopni Celsjusza spalana jest biomasa. Tak będzie też w Biskupcu. Ciepło tu wytwarzane wykorzystywane jest w procesie produkcyjnym, m.in. do podgrzewania oleju termalnego, który porusza prasy, które prasują wióry, formując z nich płyty. Dzięki odzyskowi ciepła, specjalnym pompom, ciepło wykorzystywane jest też także do ogrzewania ok. 1500 gospodarstw domowych, budynków użyteczności publicznej w pobliskim miasteczku. Ciepło płynie do miasteczka specjalnym ciepłociągiem. To co nie spali się w piecu, w postaci popiołu trafia później do cementowni, albo wykorzystywane jest przez drogowców przy budowie dróg. Miesięcznie w fabryce wytwarza ok. 500 ton takiego popiołu.

Na tyłach zakładu znajdują się wielkie place z drewnem, hałdami zrębków tartacznych i zmielone niemal na wióry stare meble. Płyty, które powstają w fabrykach EGGER w 30 proc. robione są bowiem z materiałów pochodzących z recyklingu. To właśnie stare meble, palety, opakowania. Słyszymy, że ze względu na impregnację jednak nie każde drewno nadaje się do ponownie do produkcji, np. okna. Dlatego materiał pochodzący do recyklingu jest poddawany selekcji na składach, gdzie jest później rozdrabniany. W przypadku fabryki w St. Johann materiał do recyklingu zbierany jest m. in. w Monachium, a potem już rozdrobniony przywożony wielkimi ciężarówkami do zakładu. Akurat nadjechał wielki ciągnik siodłowy, naczepa po brzegi była wyładowana drewnem z recyklingu. Tu się je przesiewa, oczyszcza, a drobiny, już niemal pył, który nie zatrzymał się na sitach trafia do pieca na biomasę. Podobnie będzie też w Biskupcu. Tu materiał do recyklingu będzie trafiał z baz zbiorczych w Warszawie i Gdańsku.



Wiele pytań mieszkańców Biskupca dotyczyło naturalnie ochrony środowiska, emisji spalin i pyłów. Okazuje się, że w fabryce jest tylko jeden komin, ponad 50-metrowy, przez który wydostają się spaliny do atmosfery (inne, dużo mniejsze to kominy wentylacyjne). Specjalny mokry elektrofiltr w kominie ma zapobiegać emisji szkodliwych związków do atmosfery. I nigdy się nie zdarzyło, żeby filtr nie działał czy został wyłączony — usłyszeli mieszkańcy Biskupca.

— Ręczę w stu procentach za to, co mówią moi pracownicy, bo też gwarantujemy to naszym nazwiskiem — dodał Michael Egger.— A nasze nazwisko ma pewną wartość w tej branży nie tylko w Europie, ale też na świecie.

Czy rozwiał tym obawy mieszkańców Biskupca, na ile wizyta w austriackiej fabryce przekonała ich do inwestycji w Biskupcu?

Zdecydowanie jestem spokojniejszy, przed przyjazdem tutaj zastanawiałem się, rozważałem, czy jak będzie się źle działo, to nie wyprowadzić się z Biskupca — wyznał Jarosław Misiak, który prowadzi biuro nieruchomości w mieście, jest też żeglarzem, wędkarzem. — Fabryka znajduje się kilkaset metrów od miasta, niedaleko niej mieszkają sami właściciele, a jeśli miliarderzy mieszkają przy fabryce, to nie jest to drugi Czarnobyl. W fabryce było czysto, nie śmierdziało, pracowali uśmiechnięci ludzie i to wielu z nich już od wielu lat. Tak więc, gdyby było źle, gdyby ludzie chorowali, umierali, to by stąd uciekali. Na część pytań dostałem wyczerpujące odpowiedzi, na część, moim zdaniem, nie do końca, ale umówiliśmy się na kolejne spotkanie w Biskupcu.

— Pytałam o to, o co mnie pytają mieszkańcy, czy np. nie zabraknie wody, o emisję spalin do atmosfery. Obejrzeliśmy fabrykę, mogliśmy wszędzie wejść. Moje wątpliwości zostały rozwiane. Teraz czekamy na uruchomienie fabryki w Biskupcu, jak to będzie wyglądało w rzeczywistości — stwierdziła wiceburmistrz Biskupca Katarzyna Nowakowska.

Hanna Bohdziewicz, która reprezentowała działkowców sąsiadujących z biskupiecką fabryką była pod wrażeniem zakładu.

— Jestem dużo spokojniejsza, po tym, co zobaczyłam — odetchnęła z ulgą. — Co mnie jeszcze uderzyło, to relacje miedzy właścicielem a pracownikami. Podchodził do każdego z nich, rozmawiał. Poświęcił nam wiele godzin, potraktował tę wizytę bardzo poważnie.

W gronie mieszkańców był też Ferdynand Pietkiewicz, przedsiębiorca. — Przyjechałem z czystej ciekawości i moja ocena jest pozytywna — przyznał przedsiębiorca. — Można sobie zadać pytanie, co dzieje się dziś ze starymi meblami w Polsce? Lądują albo w piecu, albo w lesie. Specjalnie obserwowałem auta, czy osadza się na nich kurz. Nic, chyba w Biskupcu z pieców leci więcej sadzy niż tutaj. Tu wszystko jest ok.

Mieszkańcom towarzyszył też ks. Wiesław Badura, proboszcz z biskupieckiej parafii.

— Ta wizyta mnie przekonała. Nie ma się co obawiać. Porządek, ład, harmonia i ta szczerość, otwartość, bo równie dobrze mógł nas po zakładzie oprowadzić pracownik, a nie sam właściciel — stwierdził duchowny.

Opuszczamy Tyrol w dobrych nastrojach. To dobrze wróży biskupieckiej fabryce.

AM
Polub nas na Facebooku:

Zobacz także