Piątek, 21 września 2018. Imieniny Darii, Mateusza, Wawrzyńca

Mery Spolsky: Wolę być osobą, która wyjdzie na scenę i zrobi ludzi w konia

2018-06-15 11:53:02 (ost. akt: 2018-06-15 12:09:29)
Mery Spolsky

Mery Spolsky

Autor zdjęcia: Fot. Piotr Porębski

Chciała rozliczyć się z przeszłością i napisała listy. Z tego wyszła płyta i dwie nominacje do Fryderyków. W swoich tekstach drwi, kpi, zaskakuje i wyolbrzymia. Z Mery Spolsky, wokalistką, autorką tekstów i projektantką mody, rozmawia Aleksandra Tchórzewska.

— Kretyn, fagas, cham. „I jeszcze ładnie w oczy ściemnia”... Faceci cię chyba nienawidzą za te określenia.
— (śmiech) To moja mała ironia. Ale tak... mówię prosto z mostu.

— Ktoś ci mocno znalazł za skórę?
— Moja płyta („Miło Było Pana Poznać” — red.) jest zainspirowana różnymi sytuacjami życiowymi. Piszę do pewnej osoby. Ale jest też trochę podkręcona tekstowo, żeby było trochę ostrzej i żeby nie było mdło. Nie do końca jest tak, że to o jednej osobie mówię, że jest kretynem i fagasem. Te mocne słowa są grą słowną, zabawą. Żeby tekst był mocny (śmiech).

— Masz misję w swojej twórczości? Chcesz powiedzieć kobietom, żeby były silne i niezależne?
— Nie miałam żadnej misji jak pisałam te numery. I okazało się, że wyszło zupełnie na odwrót. I ponoć moje piosenki działają kojąco i psychologicznie. Mnóstwo dziewczyn pisało mi, że dziękują za powstanie poszczególnych piosenek. Piosenki pomogły im wykaraskać się z ciężkiej sytuacji, szczególnie w relacjach. Niektóre nawet rozpisywały treść piosenek i przyrównywały do swoich wydarzeń. Zrobiło im się lepiej, zrozumiały, że nie tylko one przeżyły jakiś zawód.

— Ja też chcę ci podziękować, bo twoje piosenki działają na mnie terapeutycznie!
— Ooo, bardzo mi miło. Właśnie o tym mówię. Takie podziękowania do mnie napływają i wtedy jestem w szoku.

— Lubisz prowokować i nie boisz się tego. Ktoś musiał wyposażyć cię w mocne poczucie własnej wartości. Ale z drugiej stronie pozwoliłaś się „kopać w twarz, kopać w brzuch, kopać w serce”. Bo tak jak mówisz, pisałaś o sobie. W jednym z wywiadów mówisz: „Wyraziłam tam swoje emocje i bardzo się wyprułam”.
— Płyta jest listem do jednej osoby, piosenki są ułożone chronologicznie. Na ich podstawie, można stworzyć scenariusz tego, co się działo w mojej głowie. Niewątpliwie się tam wyprułam, bo zawieram tam wątki z życia osobistego, jak na przykład wątek mojej mamy. Jak ktoś mnie zna, to wie, że jestem na tej płycie cała naga. Ale moim celem nie było pokazywanie swoich prywatnych rozterek. Po prostu chciałam stworzyć ironiczną płytę mówiącą żartobliwie o pewnych rzeczach.

— Śpiewasz: „Było miło, klasycznie się skończyło” Rzeczywiście się skończyło
— Skończyło się, ale powstała płyta. Doszliśmy do jakiegoś kompromisu. Chyba dobrze wyszło. Zawsze marzyłam, żeby wydać płytę. Ta cała sytuacja, która u mnie powstała, sprawiła, że to się w końcu udało. I to bardzo szybko, bo płytę napisałam w trzy miesiące. Także się skończyło, ale w pewnym sensie... miło (śmiech).

—„Miło Było Pana Poznać” wpada w ucho, ale ma drugie dno. Zresztą w każdym tekście drwisz sobie. Bawisz się słowami. I z nas, słuchaczy, robisz sobie żarty. Jak to się stało, że przyjęłaś taką formę?
— Zawsze taka byłam, lubiłam zaskakiwać. I czasami trzymać słuchacza w niepewności do końca, a potem jednym słowem zrobić twist, żeby rozluźnić atmosferę. Nie wiem, z czego to wynika? Może z tego, że jak jeździłam na konkursy i festiwale muzyczne, to nie do końca pasowało mi takie zadęcie w wykonawcach. Zawsze mnie to bawiło. Wolałam być tą osobą, która wyjdzie na scenę i zrobi ludzi w konia.
Chyba patrzę na swoje życie żartobliwym okiem. Wolę to, niż rozpaczać nad przykrymi rzeczami. Moja własna forma terapii przeplata się przez te piosenki. Lubię taki sposób poczucia humoru, kiedy nie do końca wiem, czy ktoś mówi do mnie na serio, czy mam się doszukiwać metafory.

— Nie przepadasz za Grechutą. A właśnie pierwszym festiwalem, na którym wystąpiłaś był „Grechuta Festival”, na którym zaprezentowałaś własną interpretację utworu „Śpij, bajki śnij” i dostałaś drugą nagrodę.
— Faktycznie, nie słuchałam Grechuty namiętnie. Bardzo go szanuję, ma świetne teksty, ale to nie była muzyka, która gościła u mnie w słuchawce. Bardzo chciałam gdzieś się pokazywać, występować. A że mamy konkursy piosenek aktorskich studenckich, poetyckich to chętnie brałam w nich udział...
Nie żałuję, bo były to zawsze festiwale z fajnym zapleczem tekstowym. Sceny profesjonalne, dobrze nagłośnione. Dla mnie to była niesamowita przygoda, mogłam poznać ludzi, pojechać gdzieś w Polskę. Ale wpadłam we własną pułapkę, bo zawsze wolałam piosenkę autorską. Teksty pisałam od trzynastego roku życia. Na szczęście udało mi się potem pojawić na festiwalach, gdzie prezentuje się tylko własne piosenki.

— Twoje teksty są błyskotliwe, pełne ciętych ripost i trafnych skojarzeń. Kiedy przychodzą ci do głowy? Siedzisz nad tekstem, dłubiesz, czy przychodzi nagłe olśnienie? Jakaś fajna fraza, supermetafora?
— (śmiech ) Bardzo dziękuję za taką opinię na temat moich tekstów. Od lat próbuję sobie wyrobić jakąś formę i sposób na pisanie. Najlepiej mi wychodzi, kiedy usiądę i wypluję je z siebie. A raczej na komputer, przed którym się kiedyś broniłam.
Moja mama zawsze się bała, że kiedyś pogubię te kartki, na których wszystko zapisuję. Wolę usiąść i wpaść w jakiś trans, który zaprowadzi mnie do finalnego efektu. Nie lubię kontemplować nad tekstem.

— Nie jesteś gwiazdą z tych masowych. Nie boisz się, że z tak ambitnym tekstem trudno będzie się przebić? To nisza. Nie każdy przecież rozumie groteskę.
— To jest problem, który zauważam. Tak jak zawarcie przekleństw, które mają wpływ na postrzeganie mojej osoby. Niektórzy biorą bardzo na serio moje teksty i nawet zawarte dla zabawy przekleństwo. Spotkałam się już z opiniami, że jestem wulgarna. Kto mnie zna na co dzień, to wie, że ostre słowa padły w kontekście żartu bądź podkręcenia tekstu.
Myślę, że wolę być sobą i nie iść na kompromisy. Wtedy byłabym nieszczęśliwa. Może moja droga będzie trochę dłuższa albo trafię tylko do wybranej grupy słuchaczy, ale przynajmniej nie będę żałowała. Zdarza mi się pisać też teksty dla innych. To są prostsze teksty i wbrew pozorom napisanie ich... nie jest takie łatwe.

— Od A do Z tworzysz. Piszesz, aranżujesz. Nawet zaprojektowałaś sobie płytę. I jeszcze zaprojektujesz sobie ubranie. Jesteś samodzielna czy po prostu trudna we współpracy...?
— (śmiech) Tak wyszło, że muszę trzymać rękę na pulsie i mieć nad wszystkim kontrolę oraz ostateczne zdanie. Nie robię jednak żadnych afer i awantur. To, że robię wszystko sama, wynika z tego, że mam na to pomysł i nie muszę potem żałować, że ktoś zaproponował coś, co mi się ostatecznie nie podoba. Przy projekcie okładki graficzka zaproponowała, żeby „płyta otwierała się w krzyż”. Podłapałam to. Więc praca z ludźmi fajnie napędza i inspiruje. Zatem nie chciałabym z niej rezygnować.

— Może po prostu wychodzi z ciebie zodiakalny skorpion...
— (śmiech) Nie wierzę w horoskopy, ale podstawowe cechy się sprawdzają. Skorpiony są faktycznie trudne i pamiętliwe.

— Pochodzisz z artystycznej rodziny. Tata grał na basie, mama była poetką i projektantką mody. Nie chciałaś dla odmiany zająć się na przykład siatkówką?
— O Boże! W sporcie byłam zawsze ostatnia. Robienie fikołka czy skoku na koźle to był mój koszmar z dzieciństwa (śmiech). Nie myślałam, żeby zająć się inną dziedziną. Od razu byłam ukierunkowana artystycznie.
Moi rodzice, otwarci, zapraszali do domu artystów. To dało mi dużego kopa. Wielu moim znajomym rodzice mówili: „Zajmij się czymś pożyteczniejszym”. W moim przypadku wręcz na odwrót. Mnie mówiono, że jak się o czymś marzy, to się sprawdza. Nigdy nie słyszałam, że powinnam iść w innym kierunku, bo to jest niebezpieczne, złe, próżne itd. Rodzice zapraszali mnie do tego świata, więc widocznie miało tak być.

— Bawisz się nie tylko słowami, ale też kolorami. Czerwień, czerń i biel. Jesteś wyrazista na scenie i w teledyskach. Dlaczego?
— Uważam, że im mniej, tym lepiej. Trzy kolory wystarczą. Ludzie, którzy przychodzą na moje koncerty, mają koszulki w paski albo namalowane czerwone krzyże. To pokazuje, jak ten minimalizm potrafi przemówić do innych. Ludzie przechodzą wtedy w mój świat, w świat Spolsky. To miły gest, ale szokujący.
To się przekłada też na muzykę. Bardzo lubię, kiedy piosenka jest dosyć prosta w formie, ale tekstem daje do myślenia. Staram się też tak pisać, żeby tylko na pierwszy rzut oka było banalnie. „Nie chcę więcej, łamiesz mi serce”. Przecież to rymowanka rodem z gimnazjum ( śmiech). Ale jak się poszuka głębiej, to już nie jest gimnazjum. O to mi chodziło właśnie w minimalizmie.

— Trzy kolory i „koniecznie na obcasie, bez obcasów nie da się”. Skąd miłość do obcasów? Mama cię tym zaraziła?
— Tak, moja mama chodziła w domu nawet w kapciach na obcasach. Miała na tym punkcie bzika. U niej to podpatrzyłam. Za buty można oddać życie (śmiech). To moja mała miłość materialna określona w żartobliwy sposób.
Lubię trochę poszaleć, a obcasy to szaleństwo wprowadzają. Lubię rzeczy przesadzone, zwariowane. Jak się założy duży obcas, to daje mi to nowy wymiar. Ostatnio w Tokio kupiłam sobie buty na tak gigantycznym obcasie, że ludzie się za mną oglądają, kiedy w nich chodzę (śmiech).

— Miłość do obcasów, ale przede wszystkim wielka miłość i tęsknota za mamą, którą przemycasz w swoich tekstach...
— Tak, ale ukryta bardzo. Nie chcę, żeby płyta była żałobna, wzbudzająca współczucie. Mama jest bardzo ważną osobą w projekcie, jest autorką logo Mery Spolsky i grafik, które są w środku płyty. Założyła markę ubraniową Mery Spolsky. Gdyby nie było jej w treści piosenek, mogłaby się na mnie obrazić (śmiech).

— Mery, a nie Marysia, Maria. Nienawidzisz swojego imienia?
— Od dziecka na mnie mówili Mery, a jeśli chodzi o Spolsky, to była wspólna burza mózgów z mamą. Miałam wcześniej inny pseudonim, ale z biegiem czasu wydał mi się beznadziejny i infantylny, bo nazywałam się Merka. Wspólnie z moją mamą stworzyłyśmy nowy pseudonim złożony z Mery i z Polski. Dla żartu wymyśliłam, żeby zamerykanizować go trochę i wyszło „spolsky”.

— Klniesz na co dzień?
— Właśnie nie. Muzyka mnie wyzwoliła. Chciałam wkraść przekleństwa do popowego stylu i się nimi pobawić. Coś w stylu „Kocham pana, kocham pana”. Już bardziej nie mogę wyrazić tej miłości, wiec przeklnę sama z siebie i się sama zdziwię.

— (śmiech)
— Ale na co dzień nie przeklinam, choć nie mam nic przeciwko. Dobrze wyintonowane przekleństwo czasem potrafi nie zabrzmieć jak przekleństwo. Więc póki nie jest przecinkiem, jest ok.

— Mery, jesteś 1993 rocznik i masz już dwie nominacje do Fryderyków... Co dalej?
— Marzyłam o nich, nie spodziewam się, ze wydarzą się po pierwszej płycie. Teraz przygotowuję drugą płytę, piosenki na nią już mam napisane. Chciałabym rozbudowywać swój zespół, bo na razie on się składa z mojej osoby. Na scenie jestem sama, ale przydałoby mi się jednak jakieś zaplecze.
Nie myślę o swojej przyszłości w kontekście nagród. Myślę, żeby rozbudować swoją bazę słuchaczy, trochę więcej pojeździć, pograć. To są moje plany.

— Jakie zaplecze, jaki zespół! Byłaś już w dwóch zespołach i się z nich wymiksowałaś!
—To prawda (śmiech). I bardzo się cieszę, że byłam w zespole, bo wiem, jak to jest grać z ludźmi. To dobra szkoła i duża pomoc na scenie, bo jest ktoś, kto cię napędza.
Ale z drugiej strony, to też jest logistyczna męka. Bo to walka o czas, o zgranie terminów. Mnie ten stres pokonał. Wolę sama na sobie polegać niż na ludziach. I na razie moja artystyczna wizja skłaniała się do tego, żeby na scenie być sama. Ale to nie będzie trwało wiecznie. Chcę powrócić do chłopaków na scenie (śmiech).

— „Liczydło” to trzeci klip z twojej płyty. „Na nikogo już nie liczysz. No chyba, że znicze, ja pierniczę”. A odsłony na YouTube liczysz?
— Przy pierwszym singlu starałam się tego nie robić, ale okazuje się, że w dzisiejszych czasach jest to już jakiś wyznacznik sukcesu, więc staram się zerkać na wyświetlenia. Ale niemaniakalnie.
„Liczydło” ma porządny odbiór. Ale nie chcę się wpędzić w taki stan, że codziennie się budzę i wchodzę na YT. „Liczydło” jest ostatnim singlem z płyty, który będzie miał teledysk. Wyszedł najbardziej zwariowany. Wszystko poszło zgodnie z planem!

— Wszystko poszło zgodnie z planem, druga płyta w drodze, a trasa koncertowa zaplanowana. 7 kwietnia zagrałaś u nas w Olsztynie!
— Nie mogłam się już doczekać tego Olsztyna! Jak grałam u was na Kortowiadzie, to była energia!

MERY SPOLSKY: Naprawdę Maria Żak. Urodziła się w 1993 roku. Artystka sama pisze teksty, komponuje muzykę, produkuje i aranżuje piosenki, projektuje ubrania, gra na gitarze. Debiutancka płyta Mery Spolsky „Miło było pana poznać” ukazała się we wrześniu 2017 roku nakładem wytwórni Kayax i zdobyła bardzo pozytywne opinie krytyków muzycznych.
Na swojej stronie internetowej pisze: „Przymruż oko na Mery Spolsky. Ona nie lubi być na serio”.




Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB