Wtorek, 23 października 2018. Imieniny Edwarda, Marleny, Seweryna

Katarzyna Dowbor: Nie ma co się zastanawiać, trzeba wciąż iść do przodu

2018-06-05 21:20:00 (ost. akt: 2018-06-06 09:29:07)

Każdy z nas powinien patrzeć co jeszcze przed nim, a nie oglądać się wstecz. Z Katarzyną Dowbor, dziennikarką, prezenterką i współautorką książki dla dzieci „Czary na komary" rozmawia Katarzyna Janków-Mazurkiewicz.

— Pierwsze odcinki kolejnej edycji programu „Nasz nowy dom" powstają na Mazurach. Chętnie pani tutaj wraca?
— W Mazurach jestem zakochana od wielu, wielu lat i uważam, że są jednym z piękniejszych miejsc w Polsce. Trochę zadeptane, i niestety, jak dla mnie trochę zbyt ucywilizowane. Będąc młodą dziewczyną spędzałam tu na żaglach dużo czasu i bardzo to lubiłam. Dziś moje ukochane małe miasteczka, jak Ruciane-Nida nie są już takie, jak dawniej. Wciąż jednak mają swój urok, zwłaszcza te wsie z czerwonymi dachami. Piękne są, po prostu.

— I na Mazurach są też piękne tereny do jazdy konnej, której pani jest pasjonatką.
— Konno jeżdżę raczej na Opolszczyźnie, gdzie przyjaciele mają stajnię. Poza tym mam swoje konie tuż przy domu, więc nie szukam okazji do jazdy konno gdy jestem w pracy, bo jeżdżę w czasie wolnym.

— Jest pani właścicielką koni o niezwykłych przydomkach — Rodezja i Surma.
— Rodezja jest wyjątkowa. To koń, który ma 28 lat, a jego właścicielką była moja koleżanka — Ania, która wychowała ją od źrebaka. Niestety 14 lat temu zginęła w wypadku samochodowym. Po jej śmierci nie było wiadomo, co stanie się z Rodezją i starszą klaczą — Migreną. Jako, że Rodezja była moim koniem-profesorem, dużo mnie nauczyła. Postanowiłam, że wezmę konie do siebie. I w ten sposób Rodezja jest ze mną tyle lat. I myślę, że mimo jej trudnego charakteru, bardzo się lubimy (śmiech). Natomiast Surma, której imię pochodzi od bardzo oryginalnego instrumentu muzycznego, została kupiona do towarzystwa Rodezji. Konie są zwierzętami stadnymi, więc nie powinny być same, bo bardzo źle się z tym czują. Kiedy Rodezji trzeba było zapewnić towarzyszkę, trafiła do nas Surma. Była bardzo zalęknionym i płochliwym koniem. Podejrzewam, że mogła być wcześniej niezbyt dobrze traktowana. Dziś, po trzech latach przeszła metamorfozę. Fantastycznie się zachowuje, stała się bardzo fajnym koniem. I Surma nie jest tak obrażalska, jak Rodezja (śmiech). Nie ma humorów, nie robi fochów. Zresztą jej charakter jest opisany w książce „Czary na komary". Książka jest wprawdzie bajką, ale dzięki temu, że mam w domu tak dużo zwierząt, to z ich obserwacji wynikają opowieści. To zatem bajka, ale na podstawie faktów.

— Nie bez powodu bohaterami książki dla dzieci stały się zwierzęta.
— No tak. Mam dwa psy, dwa koty i dwa konie. Każdy ze zwierzaków ma swój charakter, sposób bycia. Każdy z nich został opisany i stał się inspiracją. W książce znalazły się moje psy, ja, moja wnuczka Janka, koty.

— I choć to opowieść o zwierzętach, książka mówi o czysto ludzkich problemach. Na przykład o tym, że wciąż mamy problem z tolerancją.
— Jestem przekonana, że dziś brakuje nam tolerancji. Mamy obecnie zły czas, w którym uwydatniły się podziały. Dzielimy się na lepszych, gorszych, mądrzejszych, głupszych, bogatszych, biedniejszych. Wiadomo, że zawsze tak jest, że nigdy nie jesteśmy tacy sami. Jednak dziś ta inność jest stygmatyzowana. Nie potrafimy na tych innych spojrzeć z dozą tolerancji. „Czary na komary" są pierwszą częścią cyklu. W czerwcu będzie miała swoją premierę druga książka, w sierpniu trzecia. I w każdej z nich mówimy o tolerancji. Trzeba o niej dużo rozmawiać, uświadamiać pewne rzeczy.

— Pani wie o czym mówi, bo pani zawsze była inna.
— Tak, a my nie lubimy inności. Zakładamy, że musimy mieć takie same poglądy, tak samo wyglądać, robić to samo. A to bez sensu, bo największą wartością jest ta inność właśnie. Ja spotykałam się z brakiem tolerancji w dzieciństwie, potem w młodości. Byłam ruda, piegowata. To powodowało, że niektórzy ludzie nie potrafili zrozumieć, że inny nie oznacza - gorszy. To, że jest inny oznacza, że jest ciekawy. I na takim przekazie nam zależało. I myślę, że w książce ten przekaz jest czytelny, co jest też zasługą Marcina.

— No właśnie, bo autorem książki jest również Marcin Kozioł. Jak doszło do tej współpracy?
— Byliśmy sąsiadami. Poznał nas kot (śmiech). Mój kot Jagger wybrał sobie Marcina i jego żonę Kasię jako rodzinę zastępczą. Kiedy nie było kota w domu, wiedziałam, że jest tuż za płotem. Kiedy otwierali lodówkę, kot był w ich domu. Dziś nie jesteśmy już sąsiadami, ale utrzymujemy stały kontakt, zaprzyjaźniliśmy się. Musiałam przecież poznać rodzinę, którą wybrał mój kot (śmiech). Stał się on bohaterem drugiej części książki Marcina „Skrzynia władcy piorunów". Pierwszą jej część recenzowała zresztą moja córka. W pewnym momencie pomyślałam, że Marcin musi poznać wszystkie moje zwierzęta. Zabrałam więc go do stajni. Natychmiast zakochał się w Rodezji. Wtedy też nagle okazało się, że chce jeździć konno. I pierwszym koniem, na którego wsiadł, była właśnie ciotka Rodezja. Wkrótce potem znalazł stajnię, w której szlifował swoje umiejętności. I oszalał na punkcie jazdy konnej. Uczestniczy w rajdach konnych, pojechał na konną wyprawę do Gruzji. Dziś, kiedy jest u mnie, razem jeździmy konno. I w czasie tych naszych wypraw wymieniamy się pomysłami, wymyślamy dialogi zwierząt. Muszę powiedzieć, że obserwacja zwierząt dostarcza wielu inspiracji.

— Mówi się, że zwierzęta mają działanie terapeutyczne, więc postanowiliście stworzyć bajki, które działają podobnie?
— Dokładnie! Jestem olbrzymią fanką dogoterapii, hipoterapii. Uważam, że kiedy jesteśmy zestresowani, nic tak nie koi, jak kontakt ze zwierzętami. Kiedy jestem zdenerwowana idę do stajni, przytulam się do mojej złośliwej kobyły Rodezji lub mojej uroczej Surmy, i od razu jest mi lepiej. Zajmuję się nimi i wtedy mam wrażenie, że moje problemy gdzieś znikają.

— Jest też pani bardzo uczuciową osobą. Widać to chociażby w programach "Nasz nowy dom", gdzie widać, jak pani szalenie się wzrusza.
— Taki mam już charakter, niestety. Nie lubię niczego robić na pół gwizdka. Jestem zadaniowcem. Mam zadanie do wykonania i całkowicie się temu oddaję. Jeżeli moim zadaniem jest wysłuchać ludzi, którzy naprawdę potrzebują naszej pomocy, robię to. Myślę, że moje cechy charakteru w przypadku tego programu są bardzo przydatne. Oczywiście można się tylko wzruszać i nie zrobić nic. Moja zadaniowość powoduje jednak, że przejmuję się i walczę.

— Pamięta pani wszystkich bohaterów swoich programów?
— Myślę, że większość. To było jednak 116 domów i 116 rodzin. Nie przytoczę wszystkich miejscowości, ale pamiętam rodziny. Na przykład familie z Bieszczad, Podlasia, które są bardzo wyraziste. Ludzie mieszkający na tych terenach mają osobowość i bardzo dobrze mi się z nimi rozmawiało. A ja uwielbiam gadać. Oczywiście pamiętam też rodziny z Mazur.

— Z Mazurami niestety wiąże się jedna z niezbyt przyjemnych historii w programie.
— Trochę nas to zabolało. W tym przypadku był problem z tolerancją, bo kobieta, której wyremontowaliśmy dom, była trochę inna. Wychowywała niepełnosprawne dziecko, miała za sobą trudne przejścia. Powinna być zatem smutna, zrezygnowana. A ona taka nie była. Szła do przodu, była energiczna, potrafiła walczyć o swoją rodzinę, w dodatku miała kolczyki w nosie. Ludzie nie brali pod uwagę tego, że te jej kolczyki, bunt, kolorowe ubieranie się wynikało z tego, że dodawało jej sił do walki. To był jej sposób na ucieczkę od nieszczęścia. Przykro mi się zrobiło, kiedy zaczęto też oceniać mieszkańców Szczytna i kierować pod ich adresem niepochlebne komentarze. To nie było w porządku. To, że znalazł się idiota, który oblał elewację budynku farbą oznacza, że jest on wyjątkiem. Nie można mówić, że wszyscy za to odpowiadają i są temu winni. To był odosobniony przypadek. Trzeba jednak powiedzieć, że są miejsca, na przykład Podlasie czy Bieszczady, gdzie ludzie sobie bardzo pomagają. W jednej z miejscowości w Bieszczadach tam przedsiębiorca sam pomógł nam położyć dach. My przekazaliśmy mu materiały, a on zrobił to, nie żądając za to pieniędzy. Całkowicie za darmo.

— Takie zdarzenia przywracają wiarę w ludzi?
— Przywracają, ale myślę, że do ludzi zaczyna docierać, że dawanie jest fajniejsze niż branie. Zapomnieliśmy, że dawanie sprawia, że człowiek czuje się wartościowy, spełniony, naładowany pozytywną energią. Warto spróbować, bo dawanie daje dużą satysfakcję.

— Nie wszyscy to potrafią.
— Trzeba to wynieść z domu. Tak, jak szacunek dla drugiego człowieka. Bez względu na to czy ma mniej, czy więcej. To rola rodziców, wcale nie szkoły. Tak, jak uczymy od małego, że nie można krzywdzić bezbronnych zwierząt, tak samo rodzice powinni uczyć: nie wyśmiewaj się z innych. Nie krzywdź słabszego kolegi. Nie wyśmiewaj się z dziecka z rudymi włosami, bo to nie jest jego wina, a takimi obdarzyła je natura. Nie dokuczaj otyłej koleżance, bo nie zawsze jej nadwaga wynika z objadania się, a choroby. To rodzice muszą wychować dzieci w poszanowaniu godności drugiego człowieka. To, że ktoś ma krzywe nogi nie oznacza, że jest głupszy czy gorszy. Brakuje nam tolerancji dla inności.

— Tak wychowywała pani swoje dzieci — Maćka i Marysię?
— Mam nadzieję. Moja córka Marysia jest szalenie dobrym człowiekiem. Trochę byłam przerażona, bo kiedy była dzieckiem wszystkie swoje zabawki rozdawała innym. Do dziś jest wrażliwym człowiekiem. Maciek też.

— Czy pani kiedykolwiek radziła synowi, by nie wybrał dziennikarstwa?
— Nie. Uważam, że nie mam prawa niczego dyktować. Dziecko samo poszukuje swojej drogi. Maciek na początku wybrał studia na Akademii Wychowania Fizycznego. Grał w koszykówkę, chciał być sportowcem. Po pierwszym roku studiów stwierdził, że to nie dla niego. Był przez chwilę dziennikarzem sportowym. Dostał się bez problemu na studia dziennikarskie. Absolutnie to dzieci decydują o tym, co wybiorą w życiu. Nie mam prawa niczego im narzucać.

— A Marysia?
— To z kolei typ naukowca. Zdawała maturę w tym roku. Wyniki w lipcu, więc zobaczymy, co będzie dalej. Lubi się uczyć, nigdy nie było z tym problemu.
— Ma pani ma za sobą ponad 30 lat pracy w mediach. Czy jest coś, co dziś zrobiłaby pani inaczej?
Nie wolno niczego żałować. Żartuję czasem, że jestem jak Scarlett O'Hara. Idę spać i mówię, że jutro też będzie dzień. Nie patrzę wstecz, nie wracam do przeszłości. a zastanawiam się, jak rozwiązać te problemy, które mam teraz i jak iść do przodu. To chyba dobra cecha, bo nie pozwala tracić czasu na zastanawianie się, co by było gdyby. Myślę, że niczego nie żałuję. Wszystko, co się wydarzyło, miało swój cel. Jeśli zrobiłam coś źle, było to nauczką na przyszłość, by tego błędu nie popełnić. Szkoda czasu na to, by wracać do tego, co było. To już się stało. Poniosło się konsekwencje tej decyzji. Nie ma co się zastanawiać, a iść do przodu. I tak idę do przodu już od 35 lat.


Marcin Kozioł o współpracy z Katarzyną Dowbor
— Nasza książka jest efektem łączącej nas od lat przyjaźni. Znamy się już niemal dziesięć lat. W przypadku książki nie pracowaliśmy w klasyczny sposób, a zazwyczaj spotykaliśmy się w stajni. I potem prowadziliśmy rozmowy w siodle. I tak powstawały pomysły do książki. Nie wiedzieliśmy do końca, co z tego wszystkiego wyniknie. Zastanawiałem się, czy nie będzie z tego kreatywnych kolizji, ale na szczęście tak się nie stało. Podobne rzeczy nas bawiły, inspirowały. I praca poszła bardzo gładko.


Marcin Kozioł jest autorem wielu książek dla dzieci i młodzieży, w tym lektury szkolnej (dla klas 4-6) – "Skrzynia Władcy Piorunów" i jej kontynuacji "Tajemnica przeklętej harfy". Prowadzi rezerwat starych komputerów, a swoje zainteresowanie nimi opisał w książce "Szalona historia komputerów". Zapalony podróżnik, wielbiciel koni, ostatnio przejechał konno Kaukaz Mały. Kiedy miał 16 lat zdobył magiczne stypendium i wyjechał do Szkocji, by uczyć się w Gordonstoun – szkole, która była pierwowzorem Hogwartu, szkoły Harrego Pottera. Pewnie dlatego często pozwala sobie na odrobinę fantazji, którą zapisuje w sposób niepowtarzalny.

Katarzyna Dowbor – z wykształcenia pedagog, z zawodu dziennikarka, prezenterka radiowa i telewizyjna. Od 2013 roku jest związana z telewizją Polsat. Od lat jest aktywną amazonką i przyczynia się do popularyzacji sportów konnych. Jest pomysłodawczynią organizacji Jeździeckich Mistrzostw Gwiazd, które odbywają się w Zakrzowie k. Kędzierzyna-Koźla od 1998 roku.
Ma liczną domową gromadkę – koty: Fionę i Yeagera, psy Pepe (odgrywający jedną z głównych ról w książkach z serii „Stajnia pod tęczą") i Benia. W zbudowanej obok własnego domu stajni mieszkają klacz Rodezja i hucułka Surma. Pani Kasia uwielbia jeździć konno.



Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (1) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. warmia #2515420 | 37.47.*.* 8 cze 2018 10:55

    Pani Katarzyno! Zycze duzo zdrowia i dobrego samopoczucia oraz wytrwalosci we wszystkich dazeniach do celu. Pozdrawiam. Przepraszam, ale nie mam w programie Polskich liter.

    ! - + odpowiedz na ten komentarz