Maraton z przeszkodami

2021-12-03 14:00:00 (ost. akt: 2021-12-02 23:35:32)
Aleksandra Lisowska (AZS UWM Olsztyn) z dumą prezentuje złoty medal wywalczony w Dębnie

Aleksandra Lisowska (AZS UWM Olsztyn) z dumą prezentuje złoty medal wywalczony w Dębnie

Autor zdjęcia: Emil Marecki

LEKKA ATLETYKA\\\ Podczas kwietniowych mistrzostw Polski w maratonie wygrała Aleksandra Lisowska. Zawodniczka AZS UWM wyrównała rekord kraju (2:26.08) i wywalczyła przepustkę na igrzyska do Tokio, po czym niedawno pojawiły się kłopoty...
Lekka atletyka jest sportem niesłychanie wymiernym. Tak w każdym razie jest w teorii, bo wygrywa ten, kto wyżej skoczy, dalej rzuci lub pierwszy przekroczy linię mety. Przejrzystość widowiska powoduje, że pomyłek sędziowskich mamy jak na lekarstwo, a u ich podstaw bynajmniej nie leżą motywacje sędziego Jaskóły, który w kultowym „Piłkarskim pokerze” przekonywał: „Ja jestem uczciwy. Zapłacili za 3:0 – będzie 3:0”. Nad sędziami stoją jednak najróżniejszej maści „działacze”, którzy niejednokrotnie - kierując się własną logiką i moralnością - potrafią wypaczyć sens sportowej rywalizacji.

Reprezentująca barwy AZS UWM Olsztyn Aleksandra Lisowska to obecnie najlepsza polska maratonka. W kwietniu w Dębnie podopieczna Jacka Wośka okazała się bezkonkurencyjna w Polsce na królewskim dystansie 42 195 m: wyrównała dwudziestoletni rekord kraju i zakwalifikowała się na igrzyska olimpijskie.

Tokijskie zmagania utalentowana biegaczka zakończyła na 35. miejscu, po czym udała się na zasłużony odpoczynek, by następnie w spokoju rozpocząć przygotowania do przyszłorocznych mistrzostw Europy w Monachium. Niespodziewanie nad olsztynianką w ostatnim czasie zawisły czarne chmury, bo - jak donosi portal bieganie.pl - rekordowy wynik z maratonu w Dębnie (2:26.08) nie będzie ratyfikowany. Mówiąc wprost, Lisowska może stracić i wynik, i rekord. Skądinąd przywołany powyżej portal sprawę opisuje w wyraźnie tendencyjny sposób, opatrując ją wymownym tytułem „Nielegalny rekord Polski w maratonie. Zmowa milczenia wokół kwalifikacji olimpijskich”.
Wyjaśnijmy zatem podstawowe kwestie. Specyfika biegów ulicznych polega na tym, że mężczyźni i kobiety niemalże obligatoryjnie wyruszają na trasę ze startu wspólnego. Wiadomym jest, że panie biegną ramię w ramię z panami, którzy nierzadko pełnią rolę tzw. pacemakerów, czyli osób pomagających w utrzymaniu właściwego tempa biegu. Ci, którzy kiedykolwiek startowali na ulicy, wiedzą, iż jest to powszechna praktyka, która w zasadzie nie budzi jakichkolwiek wątpliwości. Podobnie było podczas kwietniowych mistrzostw Polski, gdzie przedstawicielki płci pięknej zmagały się z dystansem w męskim towarzystwie. Ostatecznie po 146 minutach Aleksandra Lisowska jako pierwsza kobieta przekroczyła linię mety. Radość mieszała się z wyczerpaniem, ale najważniejsza była upragniona przepustka do Tokio. Była to wspaniała nagroda za wytrwałość, lata wyrzeczeń i dziesiątki tysięcy kilometrów pokonanych we wszystkich możliwych warunkach atmosferycznych. Gdzież zatem nastąpiło złamanie reguł? Dlaczego nazwisko pochodzącej z Braniewa zawodniczka ma zostać rychło wykreślone z listy rekordzistów Polski?

Przyczyną reperkusji ma być nieprzepisowa postawa jednego z mężczyzn, który biegnąc z czołową grupą kobiet, najpierw nie wytrzymał narzuconego tempa, a następnie skracając trasę ponownie do nich dołączył.

Wszystko fajnie, tylko gdzie w zaistniałej sytuacji rzekomy „faul” ze strony Oli, która wespół z trenerem twierdzi, że w ferworze walki nie zwracała uwagi na sprawcę całego zamieszania. Lisowska unika zabierania głosu w rzeczonej sprawie, jednak zmuszona do tłumaczenia się, że nie jest wielbłądem, oświadcza: „w sporcie wszystko weryfikuje wynik”.
Gwoli kronikarskiego obowiązku odnotujmy, że w historii mieliśmy już podobne zdarzenia. Tyle tylko że o wiele bardziej kontrowersyjne! W 1992 roku walka o złoty medal olimpijski w biegu na 10 000 m toczyła się pomiędzy Kenijczykiem Richardem Chelimo i Marokańczykiem Chalidem Skahem. Gdy prowadząca dwójka zdublowała rodaka Skaha – Hammou Boutayeba, ten niespodziewanie przyspieszył, wysuwając się przed głównych aktorów spektaklu. Skonsternowanego Chelimo ewidentnie zaskoczyła wolta słabszego z Marokańczyków. Widowisko z każdą sekundą niebezpiecznie zmierzało w stronę groteski. Ostatecznie dzięki piorunującemu finiszowi wygrał Skah, ale skandal wisiał w powietrzu, bowiem spisek Marokańczyków wydawał się być szyty nazbyt grubymi nićmi. Ostatecznie do sprawy postanowiono podejść na chłodno, co finalnie doprowadziło do przyznania złotego medalu Skahowi, który przez dwadzieścia pięć okrążeń, podobnie jak Lisowska, po prostu robił swoje…
Swoistą tajemnicą poliszynela jest, że związkowi działacze nie pałają przesadną sympatią do duetu Lisowska-Wosiek. Lekcję poglądową mieliśmy już podczas komplementowania składu na igrzyska w Tokio, gdy dla trenera olsztyńskiej biegaczki niespodziewanie zabrakło miejsca w samolocie.
Wydaje się, że próba odebrania rekordu to klasyczne „szukanie dziury w całym”, zaś efekt podjętych działań obliczony jest na „podcięcie skrzydeł”. Za zawodniczką przemawiają wyniki, ale w starciu z „walcem” nadzorowanym przez doświadczonych w bojach jegomości, nie jest to decydujący argument. Pozostaje czekać i mieć nadzieję, że związkowi notable nie ulegną brzydkiej pokusie „rozjechania” ambitnej Aleksandry…
* 30 listopada Polski Związek Lekkiej Atletyki poinformował, że sprawa zostanie przekazana do Komisji Wyróżnień i Dyscypliny PZLA.
MICHAŁ PODOLAK