Nagroda za olimpijskie srebro starczyła na zakup "malucha"

2021-09-28 11:00:00 (ost. akt: 2021-09-28 10:35:39)

Autor zdjęcia: Artur Dryhynycz

KAJAKARSTWO\\\ Gdyby fachowcy prowadzili polską kadrę, to w latach 70. XX wieku mielibyśmy większe sukcesy. Tymczasem panowały tam zwyczaje rodem z pruskiej armii - wspomina Andrzej Gronowicz, olsztyński wicemistrz olimpijski z 1976 roku.
- Jak długo trenował pan zanim zdobył pan pierwszy medal mistrzostw Polski juniorów?

- Zaledwie dwa lata. Ale najpierw wziąłem udział w konsultacjach w Wałczu. Trenerem w OKS Olsztyn był wtedy Wacław Sklinsmont, którego hobby była matematyka. No i przed konsultacjami pan Wacław wszystko sobie przekalkulował, przeanalizował listę startową, no i wyszło mu, że powinienem zająć piąte miejsce.
W pierwszym swoim starcie popłynąłem na 1000 metrów, ale już po jakichś stu metrach zorientowałem się, że jestem sam. Nie wiedziałem, co się dzieje, gdzie są rywale, a o odwróceniu głowy mowy nie było, bo jeszcze mógłbym się wywrócić.
Już się zacząłem obawiać, że może źle popłynąłem, może trasę pomyliłem, ale policzyłem boje oddzielające poszczególne tory, no i wyszło mi, że wszystko jest w porządku. Zacisnąłem więc zęby i płynąłem dalej, a głowę odwróciłem dopiero po minięciu mety. Okazało się, że drugiego na mecie zawodnika wyprzedziłem o sto metrów! Toż to komin „Stefana Batorego” (polski transatlantyk pływający do USA w latach 1969-88 - red.). Ale na tym nie koniec, bo na 10 000 metrów miałem przewagę ponad kilometra! No i potem na mistrzostwach Polski juniorów bez najmniejszych problemów zdobyłem złote medale na 500, 1000 i 10 000 metrów. I to wszystko po zaledwie dwóch latach pływania na kanadyjce.

Cała rozmowa w środowej Gazecie Olsztyńskiej