Ojciec i syn. Wojsko, sport i... dziki [WYWIAD]

2021-06-11 10:00:00 (ost. akt: 2021-06-11 10:06:18)
Tomasz Kalinowski wraz z 10-letnim synem, miłośnikiem historii i tematyki militarnej

Tomasz Kalinowski wraz z 10-letnim synem, miłośnikiem historii i tematyki militarnej

Autor zdjęcia: ASG Dziki

ROZMOWA || Wspólne, aktywne spędzanie wolnego czasu sprawia, że syn widzi we mnie nie tylko tatę, ale i przyjaciela — mówi Tomasz Kalinowski, który poprzez zabawę szkoli młode "Dziki" z elementów taktyki, robienia zasadzek czy musztry. Czasem w ruch idą granaty i ostra amunicja.
— Zawodnik, trener, pedagog... Pamiętasz kiedy zaczęła się Twoja konkretna przygoda ze sportem?
— Wychowywałem się w realiach, w których latało się po podwórku praktycznie od rana do wieczora. Ze sportem, aktywnością fizyczną, związany jestem więc od najmłodszych lat. Jest moją pasją i nieodzownym elementem życiowej układanki. Z czasem po prostu wszystko nabierało, krok po kroku, bardziej profesjonalnego kształtu...

— Zajęć Ci nie brakowało. Czemu zdecydowałeś się, na tym etapie życia, "pójść w kamasze"?
— Wiele lat wstecz, przyznaję, raczej się od tego wojska uciekało. Myślę, że wyglądało inaczej, a i w młodych głowach były inne priorytety. Dziś to, poza okazją do spełniania marzeń z dzieciństwa czy realizowania pasji, pewne źródło dochodu. A pewność w tym zakresie, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, to bardzo dużo.

— Wojsko to coś, co mógłbyś polecić innym?
— Z perspektywy półtorarocznej służby w Wojskach Obrony Terytorialnej (dokładnie 4. Warmińsko-Mazurska Brygada/41. Batalion Lekkiej Piechoty Giżycko), nie mam powodów do narzekań. Swej decyzji nie żałuję. Każdy niech kieruje się jednak własnym rozumem. Mogę dodać jedynie tyle, że to świetna droga by przeżyć przygodę życia, sprawdzić swoje możliwości fizyczne i odporność psychiczną, a także nieść pomoc innym. Jeśli się tylko tego chce, to wojsko stwarza dziś możliwości rozwoju na wielu płaszczyznach.

— Z zamiłowania do munduru dał się poznać i Twój 10-letni synek.
— Sam z siebie zaczął się interesować militariami. A w szczególności Powstaniem Warszawskim i całą II wojną światowej. Stale zaskakuje mnie tym jak wiele wie o historycznych wydarzeniach, uzbrojeniu etc. Cieszę się, że — gdy inni oglądają bzdury w telewizji i Internecie — on w tym czasie pochłania np. na YouTube filmy edukacyjne z tematyki militarnej, survivalowej.

Obrazek w tresci

Młodzi poprzez zabawę uczą się elementów taktyki wojskowej i survivalu; fot. ASG Dziki

— Filmiki to jedno, ale bieganie w całym rynsztunku, z bronią (ASG), to inna bajka.
— Poprosił mnie, by kupić mu w prezencie odpowiednik pistoletu maszynowego Sten. Taki na kulki, ASG (łatwa do złożenia w warunkach konspiracyjnych konstrukcja tradycyjnego Stena sprawiła, że był on jedną z najpopularniejszych broni wykorzystywanych przez powstańców w Warszawie — przyp. K.K.). Pod blokiem zaczęliśmy strzelać z niego do puszek. Jego koledzy z klasy dość szybko podłapali tę zajawkę i postanowiliśmy postrzelać w lesie (naturalnie na odpowiednio zabezpieczonym obszarze). A później... to hobby szybko się rozrosło. Dziś synek ma regał z 8 karabinami, swój mundur i resztę niezbędnego żołnierzowi "szpeju".

— Wielu rodziców narzeka, że trudno nawiązać dziś kontakt z zapatrzonymi w smartfony dziećmi. U Was też to przerabialiście?

— Każde pokolenie rządzi się oczywiście swoimi prawami, ale — w naszym przypadku — radzimy sobie bardzo przyzwoicie. Wspólne, aktywne spędzanie wolnego czasu sprawia, że syn widzi we mnie nie tylko tatę, ale i przyjaciela. Bardzo mnie to cieszy. Świetnie się bawimy, mamy później co wspominać... Czy mogą to samo powiedzieć ci, którzy przesiadują ze swymi pociechami w czterech ścianach, przed telewizorem?

— Pasją zaraziliście innych. Ile osób liczy dziś Wasza brygada i skąd nazwa ASG Dziki?
— Nazwę wymyślił mój syn, który stwierdził, że "biegamy po lesie jak dziki" (śmiech). Z jego inicjatywy założyliśmy też profil na Facebooku, na którym nie tylko podsumowujemy swoje działania, ale i zachęcamy do zabawy innych. Stała ekipa liczy ok. 10 osób. Czasem jest nas więcej, bo... strzelają się z nami np. mamy dzieciaków, w tym moja żona. To optymalna liczba, choć nie zamykamy się na innych. Niejednokrotnie pisały do nas osoby z zewnątrz. Gdy chciały np. spróbować takiej zabawy jednorazowo, to wypożyczaliśmy im broń i... ganialiśmy się z nimi w terenie średnio ok. po dwie godziny.

— Na filmach widziałem, że "ganianie" to duże uproszczenie. W ruch szły nawet granaty (treningowe).
— Priorytetem jest zabawa, to się nie zmieni. Co jakiś czas próbuję jednak wprowadzać młodym elementy taktyki, robienia zasadzek czy musztry. Tak, by choć trochę poczuli się małymi żołnierzami i umieli się zachować w danej sytuacji. Obecnie mamy ułatwiony dostęp do zajęć w warunkach "terenu zabudowanego", bo wciąż zamknięte jest miasteczko Mrongoville, a nowy dzierżawca pozwala nam się w nim szkolić. Nie zapominamy jednak o naturalnym terenie, więc bawimy się i w "Leśnych Ludzi".

— Na zajęciach, wiadomo, nie używacie broni z prawdziwą amunicją. Synowi nie jest ona jednak obca.
— To prawda. Co jakiś czas meldujemy się na strzelaniu z ostrej amunicji, wykupując lekcje u Pawła Jakubowskiego. To ceniony na Warmii i Mazurach instruktor strzelectwa sportowego, dysponujący dużym, prywatnym arsenałem. Młody miał dzięki temu okazję sprawdzić się nie tylko z karabinkiem sportowym, ale i np. prawdziwym, historycznym, wspomnianym Stenem. Co jakiś czas wyruszamy także na zawody strzeleckie do Marcinkowa. Strzelając z KBKS syn uczy się skupienia, dwa razy zdołał nawet ustrzelić złoto.

Obrazek w tresci

Na Mazurach widziano ponoć "Leśnych Ludzi"; fot. ASG Dziki

— Niektórzy sami zaczęli się do Was zgłaszać.
— To prawda, robi się coraz głośniej. Ostatnio odezwał się do nas kolejny świetny fachowiec, Przemysław Mohr ze stowarzyszenia Snajper. Stwierdził, że jest fanem naszej ekipy i... zorganizował naszym Dzikom darmowe strzelanie. Dla niektórych był to pierwszy kontakt z prawdziwą bronią w życiu. Wszyscy mieli niesamowitą frajdę.

— Wolałbyś, by Twój syn w przyszłości został topowym zawodnikiem sportów walki czy piął się wyżej w hierarchii wojskowej?
— Właściwie... jedno drugiego nie wyklucza. Nie naciskam jednak na to, co chciałby robić w przyszłości. To będzie jego decyzja, mi pozostanie to uszanować. O ile oczywiście nie będą to głupoty (śmiech). Gdy pytałem go ostatnio czy chciałby zostać żołnierzem, odpowiedział, że... woli zostać architektem wnętrz (śmiech). Myślę, że to ambitne podejście jak na 10-latka. Czy spełni to marzenie, a może wkrótce będzie miał nowe? Czas pokaże.

— Dałeś się poznać jako organizator solidnych imprez sportowych, jak np. Puchar Mazur czy Bieg Kowboja. Jakie są szanse, przy zluzowanych nieco obostrzeniach, że w tym roku coś przygotujecie?
— Szczerze? W tym roku jakoś nie umiem "odbić" się od tej pandemii. W zeszłym roku planów nie brakowało, mierzyliśmy wysoko. Z przyczyn wiadomych wyszło jak wyszło. Przez to chyba się trochę sparzyłem, zniechęciłem. W tym roku wciąż brakuje mi "bodźca", który by upewnił mnie, że grunt jest choć trochę stabilny pod organizowanie tego typu imprez. Inną kwestią jest to, że w głowie mam już inne plany. Zapowiada się ciekawie, ale nie czas jeszcze, by zdradzać konkrety. Bo gdy biorę się za coś, to na 100 procent. Nie chciałbym, by przez pośpiech i sztuczne budowanie presji kilku tych procentów zabrakło...

Rozmawiał Kamil Kierzkowski


2001-2021 © Gazeta Olsztyńska, Wszelkie prawa zastrzeżone, GRUPA WM Sp. z o. o., 10-364 Olsztyn, ul. Tracka 5