Moja przygoda na Antarktydzie

2021-07-17 12:15:37 (ost. akt: 2021-07-16 07:20:07)

Autor zdjęcia: arch. Jarosław Maculewicz

Po pięćdziesiątce spełnił swoje marzenie. Wyruszył na biegun południowy, na polską stację polarną. Mówili na niego „Dziadek”. Był najstarszy w bazie i jako jedyny z ekipy swoją przygodę na Antarktydzie przeżywał dwukrotnie. I to jeszcze nie koniec...
O swoim pobycie na końcu świata opowiada Jarosław Maculewicz z Giżycka, pracownik urzędu miejskiego, który wziął urlop bezpłatny i wybrał się w podróż na kontynent położony najdalej na południe Ziemi. Wyruszył nad Ocean Południowy do stacji Polskiej Akademii Nauk, by pod kołem biegunowym na Wyspie Króla Jerzego spełniać swoje marzenia z dzieciństwa.

Wyprawa na Antarktydę brzmi niewiarygodnie, a jednak odkrywał Pan nowe lądy i oceany…

To spełnienie marzeń z dzieciństwa. Zawsze byłem fanem powieści podróżniczych. No kusi człowieka, żeby zobaczyć coś nowego, nieznanego. Jak szaleć to szaleć.

Po to aż na Antarktydę trzeba było się wybrać?

No dalej już nie można pojechać. To jest przygoda, wyzwanie. Trudno to tak opowiedzieć. Inny świat. Trzeba o wszystkim pamiętać, wszystko zaplanować. Jak coś się zepsuje, to naprawia się z tego, co się ma. Naprawdę ciekawe przeżycie. Poza tym to odpoczynek od codziennych spraw, problemów, życia na Mazurach.

Jak Pan dołączył do zespołu?

Pomyślałem sobie, że jestem w miarę sprawny i chcę coś ciekawego przeżyć. Na przykład przygodę na Antarktydzie. Znalazłem ogłoszenie w internecie. Polskiej Akademii Nauk o kompletowaniu zespołu na wyprawę. Szukali między innymi elektryka i sternika. Mam takie uprawnienia. Zgłosiłem się. Przeszedłem pozytywnie testy, badania, potem szkolenie i wyruszyłem w nieznane. Wypłynęliśmy z Gdyni do polskiej stacji polarnej. Rejs trwał 40 dni i był wspaniały. Za drugim razem moja wyprawa wyglądała podobnie. Procedura była taka sama, ale zakwalifikowałem się na stanowisko energetyka, a na stację polecieliśmy samolotem przez Dubaj, Rio De Janeiro, Buenos Aires, potem autobusem do Mar det Plata, a stamtąd statkiem na Szetlandy Południowe.

Pierwszą wyprawę na Antarktydę odbył Pan w 2014 roku. Drugą niedawno. Co pan tam robił?

Była to 39 wyprawa antarktyczna Polskiej Akademii Nauk na wyspę Króla Jerzego na Szetlandy Południowe u wybrzeży Antarktydy, które zaliczane są do Antarktyki. W Polskiej stacji badawczej spędziłem rok. Pojechałem jako szyper elektryk. Za drugim razem uczestniczyłem w wyprawie jako energetyk. Odpowiadałem za produkcję energii elektrycznej, ogólnie za zaopatrzenie w wodę, smary, paliwo, prąd i oczywiście za całą elektrykę w stacji. Dosyć odpowiedzialna funkcja.

Jak się żyje na wyspie pod kołem podbiegunowym?

No teoretycznie wszystko mamy podane pod nos. Jedzenie, spanie jest i codzienna praca. Praktycznie człowiek psychicznie odpoczywa od tego zgiełku, zakupów. Tam pieniędzy się nie bierze, bo są niepotrzebne. Wyprawa trwa rok, ale część ekipy jest tylko latem. Na zimę zostaje tylko kilka osób. Można tam spotkać naprawdę bardzo ciekawych ludzi z całego świata. Przyjeżdżają tam naukowcy z Meksyku, Turcji, Brazylii, Argentyny, Chile, Nowej Zelandii, Anglii. Ameryki. No cały świat się przewija. Naukowcy badają życie zwierząt i roślin, których jest niewiele, ale za to bardzo ciekawe. Rośliny bardzo powoli się rozwijają, ten proces wygląda inaczej niż na Mazurach. Natomiast środowisko jest tam bardzo czyste. I to jest niesamowite.

Naukowcy prowadzą badania, a Pan dba o sprzęt?

I prąd oraz transport. Na stacji wszystko jest zasilane prądem elektrycznym, który produkuje się za pomocą trzech agregatów, z czego dwa odpoczywają, a jeden chodzi non stop. Funkcjonowanie stacji zależy od energetyka. Jest też tam sprzęt pływający, więc odwiedzaliśmy różne miejsca, by naukowcy mogli pobrać próbki do badań. Zespół techniczny stacji jest od tego, by pomagać naukowcom, dbać o sprzęt, by zawsze był sprawny i zapewnić stacji funkcjonowanie.

Ile osób było na stałe w polskiej stacji badawczej?

Latem około 36 osób maksymalnie. Na zimę zostawało około sześciu do ośmiu osób przez siedem miesięcy.

Tyle czasu na biegunie polarnym. Jak sobie radziliście?

Jest to wyzwanie. Zimą nie ma na stacji odpowiedniej ilości światła. Żyje się w mroku. Będąc tam jest naprawdę ciężko. Latem jest ruch, przyjeżdżają naukowcy, coś się dzieje, są prowadzone badania. Nie można się nudzić. Zimą jest znacznie trudniej tam przetrwać. To siedmiomiesięczna „kwarantanna”. Nie ma telewizji, radia, internet jest bardzo słaby. Na szczęście jest tam biblioteka. Jest taki zwyczaj, że każdy bierze swoje ulubione książki na wyprawę i je zostawia. Księgozbiór się powiększa. Jest też serwer z kilkoma tysiącami filmów. Jest muzyka, są też gry. Siłownia i sala gimnastyczna. Można sobie czas urozmaicić. Są takie momenty, że watr może wiać przez tydzień tak, że człowieka przewraca. Wówczas nie opuszcza się bazy. Hałas i szum wiatru, odgłos piachu lub śniegu uderzającego o kontener jest trudny do opisania. Człowiek jest rozdrażniony, czasem sfrustrowany i przygnębiony. Trzeba mieć silną psychikę, żeby przetrwać. Wokół jest szaro i buro. Nie ma kolorów, zapachów. Dieta staje się uboższa.

Posiłki to głównie dania z mrożonek i puszek? Kto gotuje?

Dostarczanie żywności do bazy odbywa się dwa razy w roku. Całe zaopatrzenie przywożone jest wraz z przybyciem do stacji zespołu badawczego oraz przy wyjeździe letników. Tak. Przede wszystkim to mrożonki, słoiki i puszki. Po tak długim czasie najbardziej tęskni się za świeżymi warzywami i owocami. Jak się zjeżdża ze stacji człowiek kotleta by oddał za pomidora czy szczypior. Kucharka w bazie jest tylko latem. Zimą każdy, kto zostaje na stacji, pełni dyżury w kuchni.

A co ze zwierzętami? Tylko pingwiny są w sąsiedztwie?

Zasada jest taka, że zwierzę jest najważniejsze i to jego terytorium. Jeżeli spotyka się słonia morskiego na drodze, to trzeba go ominąć. Jak położy się przy schodach, nie wolno go odgonić. Pingwiny też mają pierwszeństwo. Jest ich obok stacji kilka tysięcy. Nie boją się ludzi, można je głaskać i godzinami obserwować.

Czego możemy się nauczyć od pingwinów?

Mój ulubiony przykład. Kiedy pingwiny wychowają młode i nadchodzi moment ich usamodzielnienia się, rodzice już mu nie pomagają. Musi sobie radzić. Zazwyczaj taki młody pingwin gania te stare, dziobie je, krzyczy, kopie. Ale dorosłe pingwiny trzymają go na dystans. Młody musi nauczyć się sam zdobywać pożywienie. Jak mawiają polarnicy, taki pingwin idzie do żłobka, gdzie się tego uczy pod okiem kilku dorosłych pingwinów – opiekunów.

Atmosfera, współpraca, relacje… Jak to wygląda?

Przyjeżdżają tam ludzie otwarci. Niezależnie czy jest profesorem, doktorem czy mechanikiem lub kierowcą ciągnika. Wszyscy współpracują. Na stacji jest też zwyczaj, że zespół bez względu na pełnioną funkcję ma wyznaczony dyżur w kuchni i przy sprzątaniu całej stacji. Jesteśmy drużyną i wszyscy dbamy o porządek. Kolejna zasada to niemarnowanie żywności. Można sobie poeksperymentować z posiłkami, nauczyć się przyrządzania nowych dań. Pełna dowolność, ale pod warunkiem, żeby to ludziom smakowało.

Miał Pan kontakt z rodziną?

Na stacji jest telefon internetowy. Jest to trochę śmieszna rozmowa, bo na odpowiedź czeka się kilka sekund, do czego człowiek nie jest przyzwyczajony podczas rozmowy. Dużo zależy od pogody. Jak jest silny wiatr, trudno jest uzyskać połączenie. Generalnie kontakt z rodziną jest stały. Kilkadziesiąt lat temu działało tam radio Gdynia. Można było raz w miesiącu zadzwonić do Polski na pięć minut i koniec. Teraz jest inaczej.

To praca czy raczej wakacje na Antarktydzie?

Jeżeli wszystko dobrze się przemyśli, zorganizuje, zaplanuje, to nie jest praca, ale bardziej wypoczynek. Ale trzeba pamięta, że jest to też obowiązek. Nie można pójść na kilkugodzinny spacer czy pojechać sobie w odwiedziny do stacji brazylijskiej na 2 dni. W tym czasie może coś się w stacji wydarzyć i trzeba szybko reagować.

A jak wygląda powrót z bazy?

Powrót do domu ze stacji jest najpiękniejszy, jaki może być powrót do domu. Najpierw trzydniowy rejs statkiem na Falklandy, potem samolotem do kraju. Niektórzy wykorzystują ten czas na zwiedzanie Ameryki Południowej. Inni, jak ja wracają bezpośrednio do domu. W pierwszej chwili jak stanąłem na stałym lądzie, to położyłem się na trawnik z żółtymi mleczami. Był zielony i pięknie pachniał. Wyjątkowe przeżycie. A potem oczywiście wybrałem się na piwo. Jak człowiek wraca do domu, to ogarnia go niezwykłe uczucie, które naprawdę trudno jest opisać. Trzeba to przeżyć.

Kiedy kolejna wyprawa?
Kusi mnie…
Dziękuję za rozmowę
Renata Szczepanik


Komentarze (1) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Komentarze dostępne tylko dla zalogowanych użytkowników. Zaloguj się.

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. Psikus #3071147 17 lip 2021 15:44

    Ja kiedyś po pięćdziesiątce też wyruszyłem w podróż. Po następną pięćdziesiątkę.

    odpowiedz na ten komentarz

2001-2021 © Gazeta Olsztyńska, Wszelkie prawa zastrzeżone, GRUPA WM Sp. z o. o., 10-364 Olsztyn, ul. Tracka 5