Edmund Oleszkiewicz. Ta historia zaczęła się w 1977 roku

2021-08-25 09:00:00 (ost. akt: 2021-08-25 22:44:19)
Edmund Oleszkiewicz

Edmund Oleszkiewicz

Autor zdjęcia: Grzegorz Kwakszys

PIŁKA NOŻNA || Edmund Oleszkiewicz po 44 latach przestał być działaczem Łyny Sępopol. - Uważam, że jeśli samorząd nie pomaga, to chociaż nie powinien przeszkadzać, tymczasem u nas i takie sytuacje się zdarzały - wyjaśnia przyczyny rezygnacji.
W 1977 roku Jimmy Carter został 39. prezydentem Stanów Zjednoczonych, a z innych wydarzeń tego roku warto jeszcze wymienić początek sprzedaży komputera domowego Apple II (w USA) i samochodu Łada Niva (w Związku Radzieckim), ostatni koncert Elvisa Presleya, uruchomienie reaktora nr 1 w elektrowni atomowej w Czarnobylu oraz... rozpoczęcie przez Edmunda Oleszkiewicza pracy w Łynie Sępopol. Od tego czasu minęły 44 lata i do dzisiaj przetrwały jedynie... Niva i pan Edmund.

- Do pracy w klubie zaprosił mnie ówczesny zarząd - swoje początki w Łynie wspomina Edmund Oleszkiewicz, który mimo młodego wieku, bo miał wtedy dopiero 23 lata, już mógł się pochwalić pewnym doświadczeniem organizacyjnym, bowiem w rodzinnym Romankowie był współzałożycielem B-klasowej Unii.

- Na początku byłem w Łynie takim „przynieś, wynieś, pozamiataj”, ale po kilku latach zostałem sekretarzem klubu, no i szybko na własnej skórze przekonałem się, że była to najgorsza fucha (śmiech). Było bardzo dużo papierologii, bo o komputerach czy internecie nikt wtedy nawet nie myślał. Potem przez około 20 lat byłem wiceprezesem, czyli zastępcą Czesława Sekity, natomiast w 2016 roku zostałem prezesem.

Edmund Oleszkiewicz:

Co przez te ponad 40 lat osiągnęła Łyna? - Na przykład przez dwa sezony graliśmy w lidze międzywojewódzkiej, olsztyńsko-elbląskiej, był to odpowiednik IV ligi, w której zajęliśmy drugie miejsce, za Jeziorakiem Iława - przypomina wieloletni działacz Łyny. - Poza tym w pierwszej połowie lat 80. dotarliśmy do finału Wojewódzkiego Pucharu Polski, w którym na stadionie Stomilu przegraliśmy 2:4 z Gwardią Szczytno. Natomiast naszym trzecim sukcesem jest nieprzerwana od 1987 roku gra w okręgówce, z jednym sezonem spędzonym w IV lidze. Tylko jednym, bo padliśmy ofiarą kolejnej reorganizacji rozgrywek, w efekcie której z IV ligi spadło więcej niż zazwyczaj drużyn.

W latach 70. XX wieku klub był na garnuszku PGR-u, nazywał się Agro-Łyna i nie miał problemów finansowych. - Nasi piłkarze wyjeżdżali zawsze na dwa obozy przygotowawcze przed sezonem - opowiada pan Edmund. - Latem jeździliśmy nad morze do Mielna lub Łeby, a zimą do Karpacza i Szklarskiej Poręby. Chłopcy mogli zatem „naładować akumulatory”. Poza tym zawodnicy pracowali w PGR do godziny 13, bo potem szli na obiad i na trening. A na zakończenie sezonu wybijający się piłkarze zawsze otrzymywali koperty, w których były jakieś nagrody finansowe. Nic więc dziwnego, że piłkarze mieli wtedy w Łynie motywację do gry. Z perspektywy czasu wydaje mi się, że w latach 70. i 80 ubiegłego wieku poziom sportowy był nawet wyższy niż dzisiaj.

A że nie ma klubu piłkarskiego bez stadionu, więc Łyna swój obiekt dostała na początku lat 70. XX wieku. - Projektant zapytał lokalne władze, jakie wymiary ma mieć boisko, no i usłyszał, że ma być takie, żeby się piłkarze zbytnio nie męczyli. No to zrobił nam boisko o wymiarach 90 na 50 metrów - wspomina ze śmiechem pan Edmund. - W efekcie jak kiedyś na mecz przyjechało do nas Szczytno, to goście trochę złośliwie stwierdzili, że nasze boisko bardzo dobrze nadaje się do gry w piłkę, tyle że ręczną.

Dopiero w latach następnych udało się nam, oczywiście przy pomocy PGR-u, boisko powiększyć, dzięki czemu dzisiaj ma wymiary 100 na 63 metry. W efekcie nasz stadion stał się wizytówką miasta, a sędziowie zawsze z podziwem patrzyli na naszą piękną murawę. Mamy dwie płyty, ale ja zawsze uczulałem zawodników i trenerów, by częściej korzystali z bocznego boiska, które nie jest dużo gorsze od głównego. No i kiedyś zdenerwowani spytali się mnie, czy ja tę główną płytę do grobu chcę zabrać (śmiech). Oczywiście nie miałem takiego zamiaru, ale zawsze uważałem, że stadion jest naszą wizytówką, więc musimy o niego dbać. Dlatego sami murawę nawozimy, podlewamy i kosimy.

W latach 90. Polska przeszła transformację ustrojową, w której dla Państwowych Gospodarstw Rolnych nie było już miejsca. No i PGR-y upadły, a Łyna straciła możnego sponsora. Wtedy z ratunkiem przyszedł Urząd Gminy, który przejął klub na swój garnuszek. I tak praktycznie zostało do dzisiaj.

Łyna nigdy nie należała do potentatów, ale może się pochwalić zawodnikiem, który w latach 90. XX wieku 12 razy zagrał w reprezentacji kraju, a z Legią Warszawa wywalczył Puchar Polski (1997), Superpuchar (1997) i mistrzostwo Polski (2002). Był to oczywiście Tomasz Sokołowski, który pochodzi z Pruszcza Gdańskiego, ale to gra w Sępopolu okazała się dla niego furtką do całkiem przyjemnej kariery.

Jak do tego doszło? - Tomek odbywał służbę wojskową w Ełku, ale że w Sępopolu miał rodzinę, na dodatek jego wujek Krzysztof Kucharski był działaczem Łyny, więc przysłał do nas dwa wręcz błagalne listy, byśmy go ściągnęli do naszego klubu - kulisy transferu zdradza po latach Edmund Oleszkiewicz. - W Sępopolu oczywiście nie było jednostki wojskowej, więc Sokołowski służył w Bartoszycach, a do nas tylko dojeżdżał na treningi i mecze. No i grał na tyle dobrze, że po sezonie znalazł się w drugoligowym Stomilu! Starych spraw nie ma co rozgrzebywać, ale powiem jedynie, że olsztyński klub nie dał nam za niego nawet jednej piłki! A przecież ponieśliśmy pewne koszty, ściągając go do nas z Ełku.

Przez lata wielkie emocje wzbudzała rywalizacja Łyny z Victorią. Nawet dzisiaj takie mecze w Bartoszycach nazywane są dużymi derbami, w przeciwieństwie do małych derbów, czyli meczów Victorii z KS Wojciechy.

- Między naszymi klubami zawsze bardzo iskrzyło, tak było już od lat 70. - przyznaje Edmund Oleszkiewicz. - Aż prezesem Victorii został Stefan Pszczoła. Wielka klasa, niestety, już nie żyje, ale to dzięki niemu kontakty między naszymi klubami uległy diametralnej poprawie, Mogę nawet powiedzieć, że się zaprzyjaźniliśmy. Oczywiście podczas meczów wciąż są wielkie emocje, bo zwycięstwo w derbach dwukrotnie cieszy, a porażka dwukrotnie boli. W latach 70. i 80. częściej górą była Victoria, ale na przykład ostatnio nie mogła z nami wygrać przez siedem lat. Udało się jej to dopiero u nas w ubiegłym roku, ale za to my się spokojnie utrzymaliśmy w okręgówce, natomiast zespół z Bartoszyc miał problem. Życzyłem mu jednak z całego serca, by się utrzymał, bo dobrze jest mieć takiego rywala, który zawsze dopinguje ciebie do lepszej gry.

Imprezą, dzięki której o Sępopolu usłyszano nawet poza granicami naszego województwa, jest tradycyjny zimowy turniej o puchar burmistrza. Do tej pory rozegrano już 37 edycji tego turnieju, natomiast ubiegłoroczna została odwołana z powodu pandemii. Impreza ma swoją renomę, a kilkanaście lat temu gościem honorowym był trener Czesław Michniewicz, który kilka miesięcy wcześniej z Zagłębiem Lubin wywalczył mistrzostwo Polski.

Generalnie przez te wszystkie minione lata współpraca klubu z lokalnymi władzami układała się znakomicie. - Niestety, o ostatnich czasach już tego powiedzieć nie mogę - ze smutkiem przyznaje były już prezes Łyny. - Obecnie tej współpracy praktycznie nie ma, szczególnie z burmistrz Ireną Wołosiuk, dlatego wraz z całym zarządem podaliśmy się do dymisji. Uważam, że jeśli samorząd nie pomaga, to chociaż nie powinien przeszkadzać, tymczasem u nas i takie sytuacje się zdarzały. Ciężko mi o tym mówić, bo piłka powinna łączyć ludzi, tymczasem w Sępopolu nas dzieliła. Stąd nasza decyzja o rezygnacji. Ale jeśli tylko będzie taka potrzeba, to zawsze chętnie pomogę, bo odszedłem tylko z zarządu, a nie z klubu - kończy Edmund Oleszkiewicz.

ARTUR DRYHYNYCZ

2001-2021 © Gazeta Olsztyńska, Wszelkie prawa zastrzeżone, GRUPA WM Sp. z o. o., 10-364 Olsztyn, ul. Tracka 5