Więcej powietrza, radości, kolorów. Wywiad z Mariuszem Dudą, liderem zespołu Riverside

2023-05-09 22:01:03(ost. akt: 2023-05-09 22:34:01)

Autor zdjęcia: Radek Zawadzki

Zespołu Riverside nie trzeba chyba nikomu przedstawiać. Grupa zakończyła właśnie wiosenną edycję trasy promującą nowy album ID.Entity. Jej zwieńczeniem był koncert w Olsztynie, podczas którego mieliśmy okazję porozmawiać z Mariuszem Dudą, wokalistą, basistą, kompozytorem. Kim jesteśmy w tych dziwnych czasach, czy zagrażają nam nowe technologie oraz jak powstawał nowy album? Na wszystkie pytania odpowiedział lider grupy.
Na najnowszym albumie zostało poruszonych wiele ważnych zagadnień dotyczących otaczającej nas rzeczywistości. Co autor chciał nimi przekazać?
— To jest trochę tak, że gdy sobie myślałem o nowej płycie Riverside i gdy zastanawiałem się jaki temat wybrać, stwierdziłem, że chcę napisać o tym co się obecnie dzieje na świecie. Jest to bardzo rozległy temat. Na nowej płycie jest więc mowa o popularyzacji społeczeństwa, o prawdzie, o postprawdzie, o tym że żyjemy w czasach fake newsów i że jesteśmy nimi kierowani przez Big Techy. Mowa również o krytyce neoliberalizmu, czyli mówiąc brzydko - turbo kapitalizmu amerykańskiego. Stylu, który Polacy również sobie przyjęli w pewnym momencie i który moim zdaniem sprawił, że społeczeństwo bardzo się podzieliło - na tych bogatych i biednych. Ciężko jest dzisiaj mówić o tym, że mamy równe szanse. Osoby wychowujące się w rodzinach z różnymi koneksjami, powiązaniami mają o wiele większe możliwości, by zaistnieć gdziekolwiek niż ci którzy zaczynają od zera. Ja sam wiem o tym dobrze, bo jestem z Węgorzewa. Żeby w Węgorzewie coś zrobić, musiałem się bardzo starać. Okazało się jednak, że zawsze dochodziłem do pewnej ściany. W wieku 25 lat stwierdziłem, że nic więcej tu już nie osiągnę i muszę pojechać do Warszawy, gdzie będę mieć więcej kontaktów, doświadczeń z ludźmi, możliwości i dojść. Dopiero wtedy udało mi się zacząć grać w zespole, który osiągnął sukces.

Nawiązując do zmian społecznych, komunikacji, ale też rozwoju technologii - co myślisz o sztucznej inteligencji, o której obecnie tak głośno?
— Owszem, dużo się o tym mówi. Ludzie się wręcz zachłystują i Midjourney i czatem GPT, więc mój “Big Tech Brother” stał się trochę na czasie. Jest to na pewno temat, o którym będzie się mówić coraz częściej, który sprawi, że niektórzy będa mieli trudniej ze swoją pracą.
Wiadome jest, że muzycy mają może trochę łatwiej, bo sztuczna inteligencja nie jest w stanie stworzyć piosenek, chociaż awangardową, nieco dziwną muzykę już tak. Natomiast twórcy okładek, tudzież grafiki, czy też tłumacze, niedługo może się okazać, że będą zastępowani przez programy, które do tego służą. Wiadomo, że zupełny artyzm nie zostanie może zastąpiony, ale przy szukaniu pomysłów graficznych, taka sztuczna inteligencja bardzo to ułatwi.
Jest to temat, który będzie się rozwijał i na pewno będzie z nim dużo problemów. Warto jednak wspomnieć, że dekadę temu wszyscy płakali z powodu streamingów, że nie będzie płyt i zakończy się chodzenie do kina. Obecnie wciąż funkcjonuje jedno i drugie. Myślę, że tak też będzie i w tym przypadku.

Powiedziałeś kiedyś, że na „ID.Entity” przekroczyłełeś kolejną granicę - o jakich granicach mówimy?
— Kwestia polega na tym, że jesteśmy definiowani jaki zespół progresywny, a rock progresywny bardzo często kojarzy się jako muzyka naszych tatusiów - starszych, posiwiałych panów. Chodzi o to, że nie tylko lata 70 i zespoły takie jak Genesis i Pink Floyd muszą być z tym rockiem progresywnym związane. My na przykład na nowej płycie troszkę inspirujemy się latami 80-tymi, chociażby takimi zespołami jak a-ha. To na pewno przekraczanie pewnych granic.
Druga rzecz jest taka, że chcieliśmy zrobić mniej melancholijną płytę. Ostatnio bardzo dużo płakaliśmy, kiedy zmarł nasz gitarzysta. Chcieliśmy od tego płaczu odpocząć, więc przekroczyliśmy granicę. Teraz jest więcej powietrza, radości, kolorów. Sam nawet zacząłem nosić kolory na scenie, czego nigdy wcześniej nie robiłem.

Tworząc album, coś nowego należy zostawić coś dla siebie czy tylko brać pod uwagę reakcję fanów? Podporządkować się algorytmowi, czy zaryzykować?
— Chcielibyśmy zawsze nagrywać takie albumy, żeby nasi fani nie obrażali się na nas i żeby mogli przychodzić na koncerty. Jednak muzyka Riverside jest takim gatunkiem muzyczny, w którym nie jestem w stanie aż tylu granic przekraczać.
Mam solowy projekt Lunatic Soul, gdzie mogę na przykład zrobić płytę bez perkusji lub bez innego instrumentu, a w Riverside zawsze muszą być te cztery podstawowe. Stanowi to pewne ograniczenie. My jednak wiemy, że z każdym kolejnym albumem tracimy pewną część fanów i taką samą część zyskujemy. To pewnego rodzaju selekcja. Bardzo wielu fanów jest często zawiedzionych nowym albumem, kiedy inni cieszą się, że usłyszeli coś nieco innego. Nigdy nie da się wszystkich zadowolić i my już doskonale o tym wiemy.

ID.Entity to pierwszy album nagrany w nowym składzie, z gitarzystą Maciejem Mellerem. Jak się Maciej sprawdził w studiu?
— Maciej bardzo dobrze się spisał. Stwierdził, że zespół Riverside ma już na tyle rozwinięty styl, że nie będzie nam zmieniał czegokolwiek. Dopasował się do tego, co działo się u nas przez ostatnie lata i pomógł mi zrealizować wizję jako producenta tej płyty.

Nagrywanie tego albumy to nie tylko zmiany personalne, ale też związane z miejscem. Mowa tutaj o działaniu w większości w sali prób a nie w studiu…
— Chcieliśmy tym razem więcej wspólnie pokomponować w sali prób przed wejściem do studia. Chodziło o zespołowy feeling, o to że jesteśmy razem, patrzymy się na siebie, jest interakcja, wspólnie tworzymy czy zamykamy utwory. Na przykład od razu mogłem zaobserwować czy Piotrek daje sobie radę z rytmem - a jeśli nie, mogliśmy pomyśleć jak to zmienić. Podobnie koledzy - widzieliśmy jaki wachlarz dźwiękowy byłby odpowiedni, aby czuli się komfortowo. Wcześniej bywało u nas trochę tak, że piosenka była już skomponowana i po pokazaniu rytmu, partii trzeba było to po prostu zagrać. Nie chciałem tego teraz. Wolałem, żeby każdy czuł, że to co gra w pełni mu odpowiada.

Odnośnie interakcji… Czy któreś z nowy kawałków najlepiej przyjęły się na ostatnich koncertach?
— Fanom, którzy przychodzą na koncerty podobają się nowe kawałki. Bardzo się z tego cieszę jak i z tego, że publiczność nam młodnieje, że mamy dużo nowych fanów. Kiedy zawsze zadaję pytanie, kto widzi nas po raz pierwszy, bardzo dużo osób podnosi ręce. Jest ta stała rotacja.

Za wami wiosenna edycja europejskiej trasy i zimowej w Ameryce. Jaka największa przygoda przytrafiła się wam za oceanem?
— Wiemy już, że do Stanów w zimie nie należy wyjeżdżać. Tamtejsi ludzie są bardziej przewrażliwieni na przepisy. Jak tylko spadnie temperatura poniżej zera zamykają drogi, zamykają miejsca, przez które można się przedostać. Jesteśmy wtedy zablokowani i niewiele jesteśmy w stanie zrobić. Prawie spóźniliśmy się na jeden koncert, na inny nie dojechaliśmy chociażby przez to. Poza tym, niektóre kluby nie są przystosowane do innych temperatur niż dodatnie. Było więc zimno, nieprzyjemnie, dachy przeciekały. Słyszeliśmy też, że na koncertach innych zespołów zdarzyło się, gdy spadł śnieg, że dachy się zawalały. Na szczęście u nas tak nie było. Generalnie nasze nieprzewidziane przygody były przede wszystkim związane z warunkami atmosferycznymi. Na koncertach publiczność była bardzo pozytywna, my też dawaliśmy dobre koncerty, a więc jesteśmy zadowoleni.

A jak się czujesz lokalnie na Warmii i Mazurach? Czy niektóre inspiracje czerpiesz “regionalnie”?
— W Riverside mam inne schematy. Tworząc jednak ostatni Lunatic Soul, który jest bardzo folkowy, nie ukrywam, że inspirowałem się tymi regionami. Przyroda odgrywa dość dużą rolę w mojej muzyce. Lubię tłum, lubię jak się dużo dzieje, ale jak się dzieje już za dużo i tłumu jest za dużo, to muszę szybko gdzieś uciec. Wtedy bardzo cieszę się, że jestem z Węgorzewa, bo mogę uciec właśnie na Warmię i Mazury i odpocząć. Ten konflikt zawsze mnie inspiruje do tworzenia muzyki.

Jakie plany na najbliższa przyszłość? Odpoczynek, dom, myśl o trasie, czy już może nowe projekty?
— Cały ten rok zaplanowany jest na granie koncertów. Cieszymy się, że teraz odpoczniemy, ale myślimy już o kolejnej trasie. Pewnie na kolejnych koncertach będziemy chcieli coś pozmieniać, pododawać, żeby też samemu się nie zanudzić. Między koncertami będę się starał komponować czy to już już na przyszłe Riverside, czy na solowe projekty. Osobiście nie potrafię komponować będąc w trasie, w trzęsącym busie czy na promie. Wydaje się, że to takie romantyczne, biorę gitarę, idę w ustronne miejsce i sobie coś tworzę. Próbowałem wielokrotnie i zawsze wychodziły jakieś dziwne rzeczy. Zawsze mam przy sobie dyktafon w telefonie, czasami nagrywam jakieś pomysły, ale na tym się kończy, zostanie z tego jedynie riff czy melodia.
Ciszę się, że przyszedł teraz czas na chwilę oddechu.