Rodzinną tradycję kontynuuje z sentymentu

2021-11-18 07:00:00(ost. akt: 2021-11-18 07:03:27)
Dawid Rodziewicz prowadzi rodzinny zakład zegarmistrzowski w Piszu, który od 1960 roku mieści się w tym samym miejscu - w kamienicy, na Placu Daszyńskiego

Dawid Rodziewicz prowadzi rodzinny zakład zegarmistrzowski w Piszu, który od 1960 roku mieści się w tym samym miejscu - w kamienicy, na Placu Daszyńskiego

Autor zdjęcia: Elżbieta Żywczyk

Zegarmistrz — mało kto dziś zajmuje się tym fachem, szkół nie ma, mistrzów ubywa, nie ma skąd czerpać wiedzy i doświadczenia, a wszechobecna elektronika robi swoje. Teraz każdy ma zegar w komórce, budzik w komórce... Wbrew temu rodzinną tradycję zegarmistrzostwa postanowił kontynuować 36-letni Dawid Rodziewicz z Pisza. I jak sam mówi, robi to z sentymentu.
Jego ojca, Ryszarda Rodziewicza, do dziś pokolenia piszan pamiętają i wspominają jako „Zegarmistrza Pisza”.

Zakład przejąłem po tacie. Tata prowadził go w tym samym miejscu od 1960 roku. Przyjechał do Pisza z Olsztyna razem z dziadkiem, który też był zegarmistrzem i miał swój zakład zegarmistrzowski właśnie w Olsztynie — mówi Dawid Rodziewicz.

Pan Dawid, z zawodu sprzedawca, kilkanaście lat pracował poza krajem, zajmował się tam m.in. (i nadal zajmuje) marketingiem internetowym. Będąc za granicą, nie myślał o tym, że będzie w Piszu prowadził zakład zegarmistrzowski. Decyzję o powrocie i kontynuacji rodzinnego biznesu podjął dopiero kilka lat temu.

Mnie tutaj nie było prawie 15 lat. Kilka lat mieszkałem w Anglii, potem kolejnych kilka - w Irlandii. Tata pracował w zakładzie do 2016 roku, ale zaczął chorować, mama często go zastępowała. Niestety, z jego zdrowiem zaczynało być coraz gorzej, nie chciałem z tym zostawiać mamy samej. Zresztą i tak planowaliśmy z żoną powrót do Polski, więc po prostu go przyspieszyliśmy. Przyjechaliśmy w 2018 roku i rozpoczęliśmy remont zakładu, niestety jeszcze w tym samym roku tata zmarł — opowiada pan Dawid.

Czy ten zegarmistrzowski biznes daje mu też zarobić? Czy nie lepiej byłoby wykorzystać lokal po tacie na swoje biuro? Przyznaje, że nawet raz o tym pomyślał, lecz...

No właśnie, chyba rodzinna tradycja i sentyment biorą górę. Nawet jeżeli w jednym miesiącu jest lepiej, a w drugim nie wychodzę na swoje, to i tak nie mam serca tego zamknąć. Nie zależy mi na wielkim zarobku, bo mam z czego utrzymać rodzinę. Na tę chwilę nic mnie nie zmusza żeby zamknąć zakład, nie jest źle i nie mam zamiaru z niego rezygnować, ku uciesze klientów. A tych jest mnóstwo. Wielu z nich to starsi ludzie, którzy wcześniej przychodzili do ojca. I cieszy mnie, że przychodzą też kolejne pokolenia, których rodzice czy dziadkowie korzystali z usług naszego zakładu. Oni wiedzą, że tutaj zawsze był zegarmistrz, pamiętają rodziców, tatę... — uśmiecha się zegarmistrz.

A jak to jest być zegarmistrzem? Skąd nasz bohater ma wiedzę i doświadczenie i z czym najczęściej przychodzą do niego klienci?

Jak ktoś do mnie mówi „panie zegarmistrzu” to zawsze powtarzam: nie, nie to mój tata był zegarmistrzem, ja tylko staram się podtrzymać rodzinną tradycję i zaspokoić potrzeby klientów. Wszystkiego nauczyłem się od taty i pana Eugeniusza Stelmaszczyka - też zegarmistrza i przyjaciela taty. Żeby zgłębić wiedzę szukałem nawet różnych kursów, ale dziś takich nie ma, niestety. Pozostają tylko fora internetowe, gdzie pasjonaci dzielą się swoimi doświadczeniami. Tam można się sporo dowiedzieć. Na co mogą liczyć klienci w moim zakładzie? Na rożne usługi zegarmistrzowskie — od drobnych napraw po gruntowne remonty oraz naprawy zegarków i zegarów mechanicznych, mogą wymienić baterie, kupić zegarek konkretnej marki czy też drobne akcesoria zegarmistrzowskie i inne. Jeśli chodzi o naprawy małych zegarków mechanicznych, zajmuję się jedną marką – Atlantic — jak wróciłem do Polski, w szufladzie taty znalazłem trzy takie. Rozebrałem na części, udało się naprawić, działa. O, proszę zobaczyć, noszę na ręku! — pokazuje pan Dawid.

Zdarzają się też zlecenia naprawy starych, a nawet zabytkowych zegarów. Najstarszy, jaki udało mi się odrestaurować i uruchomić pochodził z 1912 roku. Na mechanizmie tego zegara wyryty był rok i nazwa zakładu zegarmistrzowskiego z Krakowa, a wszystko to pięknymi kaligrafowanymi literami, tak jak pisało się dawno, dawno temu.


fot.Elżbieta Żywczyk

Pan Dawid ma dwóch synów. Czy jest nadzieja by któryś z nich połknął zegarmistrzowskiego bakcyla i przejął w przyszłości rodzinny biznes?

Na razie takich zainteresowań nie widać — śmieje się. — Ja w ich wieku też się tym nie pasjonowałem. Pamiętam jednak jak mama mi powtarzała, że zainteresowanie zegarmistrzostwem przychodzi dopiero po 30-tce. U mnie się sprawdziło, a w przypadku moich chłopaków? Kto wie...?

Elżbieta Żywczyk