Nie żyje Krzysztof Kiersznowski

2021-10-24 22:29:59 (ost. akt: 2021-10-24 22:39:05)

Autor zdjęcia: Adam Bremer/Activa Studio

W wieku 70 lat zmarł znany aktor Krzysztof Kiersznowski. Przypominamy rozmowę z nim, która zamieściliśmy w Gazecie w 2013 roku. Aktor zagrał między innymi w "Vabank"i "Vabank II", oraz w "Kiler" i "Kilerów 2-óch".
— Na egzaminie do szkoły teatralnej zająknąłem się, mówiąc wiersz, ale jakoś wybrnąłem z tego. Po egzaminie profesor zapytał "Przepraszam bardzo, czy pan się przypadkiem trochę nie jąka?". Więc odpowiedziałem: "Aaaa aaaa aaabsolutnie nie!" — opowiada w rozmowie z "Gazetą Olsztyńską" aktor Krzysztof Kiersznowski.


— Aktor niedoceniany — tak najczęściej o panu piszą. Ale to chyba nie jest do końca prawdą, bo jest pan zawalony robotą. Nasz wywiad odkładaliśmy kilkakrotnie przez dwa dni.
— No tak. Praca w serialu, próby w jednym teatrze, drugim. Poza tym rodzina przyjechała do mnie z Francji. Do tego jeszcze ratę omyłkowo zapłaciłem nie w tym banku co trzeba, więc musiałem to jakoś odkręcić. Jak to mówią, masakra... Ale jeśli chodzi o role, to jakby się nad tym poważnie zastanowić, to zagrałem tylko kilka znaczących. W większości były to epizody lub mniej istotne role. Po prostu miałem na tyle szczęścia, że filmy, w których grałem bardziej znaczące postacie, akurat się udawały. Tak było np. z "Cześć Tereska" i, moim zdaniem, był to film naprawdę wyjątkowy. Poza tym zagrałem w filmach popularnych, jak "Kiler" i "Statyści". Prawdę mówiąc, był to więc bardziej zbiór przypadków i szczęścia.

— Ma pan charakterystyczną twarz, którą zna prawie każdy. Tacy aktorzy jak np. Jacek Braciak czy Eryk Lubos uczynili ze swojej aparycji atut. Pan siebie lubi?
— Nawet ostatnio razem z Erykiem graliśmy w jednym ze szwajcarskich filmów, no i reżyser faktycznie tak dobierał twarze, żeby każda była... wyróżniająca się. Oczywiście w przypadku aktorstwa istnieje coś takiego jak typ aktora, już nie mówiąc nawet, że jeden jest rudy, a drugi blondyn. Po prostu jeden wygląda troszkę jak bandyta, drugi jak intelektualista i profesor.

— Kiedy zrozumiał pan, że role pierwszoplanowe nie są dla pana?
— To się stało jakoś pod koniec lat 90. Być może mylę nazwisko, ale chyba Małgorzata Sadowska zrobiła wywiad z trójką aktorów: ze mną, Mirosławem Zbrojewiczem i Lechem Dyblikiem. No i te nasze twarze rzeczywiście były jakieś takie bandyckie. Właśnie po tym wywiadzie coraz częściej zaczęto pisać o mnie jako o aktorze drugiego planu. Po "Cześć Tereska" ktoś coś wspomniał nawet o mistrzostwie drugiego planu. To jest tak, że ktoś coś napisze, ktoś inny podchwyci, chociaż wcale nie wiadomo, czy temu pierwszemu się tak tylko nie wydawało i czegoś nie chlapnął. Dlatego mam dystans do tego mistrza drugiego planu. Jak przyjrzymy się filmom z lat 60. 70. czy 80., to tam dopiero byli mistrzowie drugiego planu. Wystarczy wspomnieć Stanisława Milskiego czy Henryka Bąka. Moim zdaniem, nazywanie kogoś mistrzem tylko dlatego, że raz czy dwa zagrał dobrze, to ocenianie na wyrost. Podobnie i do mnie się to przykleiło. Chociaż na swoją karierę wcale nie narzekam, bo aktorów jest mnóstwo. Rozmawiałem z pewną panią z jednej z agencji aktorskich i okazało się, że tylko u niej jest ponad tysiąc aktorów. A takich agencji jest bardzo dużo. Niewielu aktorom udaje się grać w serialu czy teatrze, nie wspominając już o filmie.

— To prawda, że pana mama marzyła o byciu aktorką i kiedy jej się to nie udało, przelała to na pana?
— Tak to dosłownie wyglądało od malusieńkiego dziecka. Mama od zawsze nakłaniała mnie do recytowania różnych wierszy, śpiewania, tańczenia. Popełniła chyba wychowawczy błąd, bo przez długi czas ja starałem się postępować odwrotnie i nie narzucać nic swoim dzieciom, nie ciągnąć ich w konkretną stronę.

— Na dodatek musiał walczyć pan z jąkaniem się.
— Jąkanie było makabrą i dalej czasami mi się to zdarza, chociaż na szczęście bardzo rzadko, więc nie muszę obawiać się zdemaskowania. Kiedy jednak czymś jestem bardzo zdenerwowany — czy to prywatnie, czy na scenie — nie potrafię wypowiedzieć jednego zdania. Kiedyś był to rzeczywiście poważny kłopot, dlatego wciąż nie mogę zrozumieć, dlaczego moi rodzice widząc to, dalej mnie pchali w tę aktorską stronę.

— Był pan przez to zamkniętym dzieckiem?

— Cholera, trudno o sobie mówić, ale raczej tak było. I nie pomagało mi to raczej w relacjach towarzyskich. Ale z czasem przełomowym momentem było dla mnie wojsko, bo tam nie było już miejsca na żarty. Musiałem sobie chociaż w pewnym stopniu z tym jakoś poradzić, żeby co chwilę nie jąkać się.

— Uciekł pan wtedy do wojska przed maturą. Dziś to kierunek raczej odwrotny.
— Dla mnie te lata przed maturą były raczej nieszczęśliwe ze względu na to, że między rodzicami zaczęło robić się nieciekawie. Spotykałem się wtedy też z taką dziewczyną, z którą spędzałem bardzo wiele czasu, właściwie dzień w dzień. I w ogóle się nie uczyłem. Dodatkowo był to 1968 rok. Razem z kolegami chodziliśmy wtedy na Nowy Świat i Krakowskie Przedmieście, gdzie toczyły się bójki z milicją. To wszystko plus to, że dziewczyna w końcu wybrała sobie zamiast mnie jakiegoś studenta sprawiło, że nie myślałem o nauce. No i po próbnej maturze, która wydawała mi się katastrofą, zgłosiłem się do wojska. Po prostu nie bardzo wiedziałem, co mam ze sobą zrobić. I co ciekawe, już w wojsku dostałem list, że próbna matura... nie wypadła wcale najgorzej, bo dostałem tróję. Ale, niestety, byłem już w wojsku. Wcześniej panicznie bałem się jednak, że tej matury nie zdam. Chciałem uniknąć wstydu. Wie pan, gdyby to były inne czasy, a ja byłbym innym człowiekiem, to poszedłbym do klasztoru. To na pewno.

— No i wszystko przez kobietę.
— Nie tylko. Ogólnie ten rok 1968 był jednym wielkim syfem.

— Po wojsku został pan aktorem.
— Nie wyobrażałem sobie innego życia po armii. Poszedłem nawet do specjalisty z tym jąkaniem. Lekarz odkrył powody i zacząłem ćwiczyć, aż w końcu się udało. Ale na egzaminie do szkoły teatralnej — to jest ciekawostka — zająknąłem się. Zająknąłem się mówiąc pewien wiersz, ale jakoś wybrnąłem z tego. Udało się, ale po egzaminie podszedł do mnie profesor z komisji i zapytał "Przepraszam bardzo, czy pan się przypadkiem trochę nie jąka?". Więc odpowiedziałem: "Aaaa aaaa aaabsolutnie nie!". Uśmiechnął się tylko i na tym rozmowa się skończyła.

— Jedna z pierwszych pana ról, o czym nie każdy wie, miała miejsce na planie słynnego "Człowieka z marmuru" Andrzeja Wajdy. Jak pan tam trafił?
— Zupełnie poważnie mówiąc, to przez znajomości. Moja matka znała różne osoby ze świata filmu i teatru, bo pracowała w wydziale kultury Stołecznej Rady Narodowej. Ktoś z jej znajomych dowiedział się, że uczę się w szkole filmowej, wciągnął mnie do grona statystów.

— Na czym polegała pana "rola"?
— Ja tam nic nie mówiłem, wręczałem tylko kwiaty. Ale pamiętam, że podsłuchałem rozmowę reżysera, który był z tej sceny bardzo niezadowolony.

— W świadomości widzów jest pan jednak Wąskim z "Kilera". Wciąż zdarza się, że ktoś krzyczy do pana na ulicy "Wąski debeściak!"?
— Teraz już mniej, ale bezpośrednio po filmie to wcale nie było takie przyjemne. Chociaż chyba cała policja w Polsce oglądała ten film i powiem szczerze, że miałem niezłe ulgi jeżdżąc samochodem przekraczając czasem przepisy ruchu drogowego. Często udawało się uniknąć mandatów. Z drugiej jednak strony bywało, że bardzo wiele osób chyba za bardzo identyfikowało mnie z moimi rolami. Dlatego bywały sytuacje nieprzyjemne. Np. jak ta, kiedy w pociągu kilku młodych ludzi chciało się ze mną napić, a ja akurat nie chciałem pić piwa. Było bardzo groźnie i nie wiem, jakby się to skończyło, gdyby nie kilku żołnierzy, którzy akurat obok przechodzili i interweniowali w obronie aktora. Teraz z kolei przekręciło się w drugą stronę, bo w telenoweli "Barwy szczęścia" gram sympatycznego człowieka. I z takimi przejawami sympatii się spotykam.

— W tym roku nieoczekiwanie wystąpił pan w teledysku discopolowego zespołu Classic. To chyba duża odwaga, bo mało który aktor zaryzykowałby taki ruch.
— Nie miałem z tym żadnych problemów. Do mojego przyjaciela zwróciła się pewna osoba, która zapytała, czy tak po koleżeńsku nie zechciałbym wystąpić w klipie. To była bardziej przysługa niż usługa. Dobry gest na zasadzie nie mam papierosa, czy mógłby mnie pan poczęstować? A z tą muzyką disco polo to w ogóle jest dziwna sprawa, bo są twórcy, których w radiu nie ma, a ludzie chcą ich słuchać na okrągło. Nie wiem, na czym to polega, bo przecież słuchają tego miliony. Jest w tym jakaś sprzeczność...

— Komentarze internautów w stosunku do pana są jednak, o dziwo, pozytywne. W teledysku jako ochroniarz jeździ pan luksusowym autem. Ktoś napisał nawet taki komentarz: "Mafia Wąskiego się rozwija. Rozbija się już bentleyem!".
— Tak, pierwszy raz w życiu takim jechałem i chyba ostatni (śmiech).

— Czyli nie zmieni pan auta? Kiedyś widziałem, jak pod Dworzec Centralny w Warszawie podjechał pan starym mercedesem. Dalej nim pan jeździ?
— To był samochód mojego przyjaciela, który musiał wyjechać i mi go pozostawił. Sam jednak nigdy mercedesa nie miałem. Wciąż mam stare bmw z 1990 r., które jeździ do tej pory. Sprawuje się na tyle dobrze, że kilka osób chciało go ode mnie odkupić.


Krzysztof Kiersznowski urodził się 26 listopada 1950 r. w Warszawie. W 1977 r. ukończył Wydział Aktorski PWSFTviT w Łodzi i w tym samym roku zadebiutował w teatrze. Rok później uzyskał dyplom. W 1978 r. wyróżniony we Wrocławiu na XIX FPSW za rolę prokuratora w sztuce "Krzywa płaska". Popularność zyskał rolami w filmach "Kiler" (Wąski), "Cześć Tereska" (Stasiek) i "Statyści" (Edward Gralewski). Znany także z seriali, m.in. "Barwy szczęścia", "Twarzą w twarz", "Blondynka".

O nim:

erbe