Nie będzie miał kto nas leczyć?

2021-10-17 16:35:17 (ost. akt: 2021-10-15 18:21:10)

Autor zdjęcia: Pixabay

Sytuacja w polskiej służbie zdrowia nigdy nie napawała optymizmem. A jakby mało było dotychczasowych problemów, coraz częściej słyszymy o pustkach na lekarskich etatach. Sprawdzamy, gdzie nie ma lekarzy na Warmii i Mazurach.
Pogłębia się kryzys w opiece zdrowotnej. Według raportu OECD "Health at a Glance 2020" na tysiąc mieszkańców mamy w Polsce zaledwie 2,4 lekarza, podczas gdy średnia UE to 3,4. Daje to nam niechlubne ostatnie miejsce względem dostępności lekarzy w całej Unii Europejskiej. Co jest powodem tak dramatycznych braków kadrowych? Po pierwsze, środowisko lekarskie się starzeje, a nowych kadr nie przybywa w szybkim tempie. Po drugie, nawet jeśli uczelnie wyszkolą odpowiednią ilość lekarzy, to cześć z nich i tak wybierze zatrudnienie poza granicami kraju. Według wyliczeń OECD, do połowy 2020 roku w Polsce wykształciło się 23 tys. medyków, którzy zdecydowali się na emigrację. W tym roku liczba miejsc dla studentów medycyny wzrosła. W porównaniu z ubiegłym rokiem ponad 660 osób więcej mogło rozpocząć studia na tym kierunku. Natomiast nie wszyscy ukończą te studia. Nie wszyscy także zdecydują się na specjalizacje, w których mamy największe braki kadrowe. Ministerstwo Zdrowia wpadło na pomysł, żeby przyszli lekarze uczyli się w szkołach zawodowych. Adam Niedzielski, minister zdrowia, przekonywał, że to pomoże uzdrowić sytuację. Pomysł spotkał się ze zdecydowaną, negatywną reakcją medyków. Ostrzegają, że tego typu kształcenie sprawi, że zamiast dobrze wykwalifikowanych lekarzy, będą nas leczyć felczerzy.

Na 1000 mieszkańców w Polsce przypada zaledwie 2,4 lekarza, podczas gdy średnia w UE to 3,4

Ratunkiem mieli być lekarze sprowadzani ze Wschodu: z Białorusi czy Ukrainy. Wydawało się, że czeka nas fala migracji zza wschodniej granicy. Rząd uprościł nawet tryb podjęcia pracy przez lekarzy spoza Unii Europejskiej. Nic takiego jednak się nie zadziało. Dopuszczeniem do zawodu lekarza spoza Polski zajmuje się Naczelna Izba Lekarska. A ta do uproszczonych procedur ma pewne wątpliwości. W rozmowie z nami wyjaśnia to dr Piotr Siwik, wiceprezes Warmińsko-Mazurskiej Izby Lekarskiej oraz przewodniczący komisji kształcenia WMiL.

— Rząd wprowadził zasady skracające możliwość akceptacji potwierdzenia zdobytych umiejętności czy zawodu lekarza w krajach spoza Unii Europejskiej. To krótsza ścieżka od normalnego trybu nostryfikacji (procedura uznawania ważności stopni naukowych, tytułów zawodowych oraz innych dyplomów i świadectw uzyskanych w innych krajach - red.). Samorząd lekarski realizuje zadania, które rząd narzuca, natomiast przekonuje rząd, żeby te zasady były takie same dla wszystkich, tak jak są w UE. Czyli dla lekarzy spoza UE powinna być to zasada nostryfikacyjna, którą każdy powinien przejść. W naszej ocenie zasady dla lekarzy ze wschodniej granicy powinny być podobne jak dla innych lekarzy spoza UE.

— Co można zrobić, żeby zmienić dramatyczną sytuację kadrową?

— Wydaje mi się, że najlepszym rozwiązaniem będzie ściślejsza współpraca i dialog z samorządem lekarskim. Mamy największą orientację odnośnie zdiagnozowania tego problemu. A nie jest nim tylko ilość lekarzy, ale także organizacja pracy, sposób zatrudniania, wymogi, które stawia Ministerstwo Zdrowia, czy NFZ, sposób cyfryzacji. Wydaje nam się, że jest wiele czynników, które można zmodyfikować, po to, żeby usprawnić ten proces. Zarówno propozycja szkolenia w szkołach zawodowych lekarzy, jak i tworzenie krótkich ścieżek do akceptacji dokumentów zawodu lekarskiego lekarzy ze wschodniej granicy, to nie są najlepsze metody rozwiązania problemu.

— Kto zatem poniesie odpowiedzialność, jeśli w pewnym momencie sytuacja wymknie się spod kontroli i nie będzie już w Polsce komu leczyć?

— Wydaje mi się, że nie ma takiego zagrożenia — uspokaja dr Piotr Siwik. — Natomiast zawsze odpowiedzialność za ochronę zdrowia ponosi rząd i wojewodowie w poszczególnych województwach. Naszym zdaniem współpraca dotycząca organizacji ochrony zdrowia spoczęła na Narodowym Funduszu Zdrowia, który w pewnym sensie zarządza kontraktami, jednostkami ochrony zdrowia i tworzy rynek lokalnie. Współpraca między tymi jednostkami tj. między NFZ, samorządem lekarskim, urzędem wojewódzkim i samorządami lokalnymi nie wyczerpały wszystkich możliwości tworzenia lepszej organizacji. Ważna jest komunikacja między nimi. Wydaje nam się, że w tej chwili nie grozi nam taki dramat, o jakim mowa, ale w przyszłości, jeśli nic nie zrobimy, to rzeczywiście trudno przewidzieć, co się wydarzy.

Pytamy NFZ


Co zamierza więc zrobić Narodowy Fundusz Zdrowia, żeby uzdrowić tę sytuację? Na to pytanie odpowiedziała nam Aleksandra Kuczko, starszy specjalista z Zespołu Profilaktyki Zdrowotnej Warmińsko-Mazurskiego Oddziału Wojewódzkiego Narodowego Funduszu Zdrowia: — Do zakresu działania Funduszu należy m.in. przeprowadzanie konkursów ofert, rokowań i zawieranie umów o udzielanie świadczeń opieki zdrowotnej, finansowanie świadczeń opieki zdrowotnej, monitorowanie jakości i dostępności do świadczeń, a także monitorowanie ich realizacji zgodnie z warunkami określonymi rozporządzeniami Ministra Zdrowia.

Aleksandra Tchórzewska
a.tchorzewska@gazetaolsztynska.pl


Komentuje dla nas prof. Leszek Gromadziński



Fot. Magdalena Maria Bukowiecka


— Czy wydziały lekarskie kształcą wystarczająco dużo lekarzy? Dlaczego są braki kadrowe?

— Ministerstwa zdrowia oraz edukacji i nauki zaczęły naprawianie systemu od namawiania uczelni do zwiększenia limitu przyjęć na studia. Ta liczba w ostatnich latach już zwiększyła się — teraz to ok. 12 tys., z czego studia kończy ok. 5-6 tys. studentów. Fajnie, tylko nikt nie pamięta, że wyniki decyzji ministerstwa zobaczymy dopiero za 13 lat: 6 lat studiów, rok stażu i 6 lat rezydentury. Do specjalisty, który w tym roku dostanie się na studia, pójdziemy dopiero za 13 lat! Ostatecznie postanowiliśmy, że na naszej uczelni w roku akademickim 2021/2022 zwiększymy limit studentów polskojęzycznych wydziału lekarskiego ze 120 do 150. To w jakimś stopniu poprawi braki kadrowe, ale poprawa, którą wszyscy byśmy zauważyli, łączy się z rozbudową uczelni medycznych, a ta z kolei wymaga już rzetelnego wsparcia na poziomie rządu.

Bo średnia wieku polskiego lekarza idzie wciąż w górę
— Zdecydowanie. Obecnie w Polsce pracuje około 20 proc. lekarzy w wieku emerytalnym. Zatem naprawdę jest trudno. Tym bardziej, że mamy porównanie z Europą zachodnią czy z USA. Stąd ten duży exodus, kiedy to kilka lat temu lekarze stażyści i rezydenci wyjeżdżali z Polski masowo. Teraz te liczby spadły, ale liczę się z faktem, że 10-15 proc. naszych studentów też zaraz po studiach wyjedzie z Polski. Mieszkaniec Poznania za 2 godziny jest w Berlinie, gdzie pracuje, robi specjalizację, kształci się na odpowiednim poziomie — ale to wszystko na zupełnie innych zasadach i w zupełnie innych warunkach. Na zachodzie jest też inny odbiór społeczny: skończyłeś bardzo trudne studia i zacząłeś wykonywać bardzo odpowiedzialny i prestiżowy zawód lekarza. Zatem trzeba ci zapewnić odpowiednie warunki: masz mieć możliwość stałego poszerzania wiedzy, ale i odpowiedni odpoczynek. To przecież leży w najlepiej pojętym interesie pacjentów! Lekarz musi mieć siłę i energię, by sprawnie myśleć i działać, bo jakże często decyduje o zdrowiu i życiu pacjentów! No, i zarabia godziwe pieniądze na jednym etacie, bez konieczności łapania kilku poradni, dyżurów i innych zajęć. Kształci się, stale rozwija, ale ma też czas na odpoczynek i łapanie oddechu. By być wydajnym dla swoich pacjentów, za których zdrowie i życie bierze odpowiedzialność. A u nas? Ciągle to samo…! Patrzę na młodych lekarzy uważnie i widzę, że jeśli w najbliższej przyszłości ktoś nie wprowadzi radykalnych zmian na lepsze, to wszystko tąpnie. Bo moje pokolenie wychowane było jeszcze tak, że coś trzeba zrobić. Że nie wolno nic nie zrobić, nie wolno odmówić — że tych dyżurów trzeba tyle brać, do poradni, do pogotowia trzeba pójść i trzeba się tak zaharowywać. Natomiast dziś młodzi lekarze wiedzą, że granice są otwarte i potrafią porównać europejskie warunki pracy lekarza z tymi polskimi. I doskonale wiedzą też, że nie chcą pracować tak, jak pokolenie ich rodziców. A ja nawet ich rozumiem i wspieram, bo sam chciałbym tak pracować. Bo uważam, że młody lekarz na takie warunki pracy po prostu zasługuje.

mmb