Międzynarodowy Dzień Białej Laski nie ma sensu? Ludzie muszą nauczyć się widzieć niewidomych, również w Olsztynie

2021-10-15 08:19:13 (ost. akt: 2021-10-14 15:51:14)
Nieważne jest, czy widzisz, czy nie, ale jak radzisz sobie w życiu

Nieważne jest, czy widzisz, czy nie, ale jak radzisz sobie w życiu

Autor zdjęcia: freepik.com/prostooleh

— Nieważne jest, czy widzisz, czy nie, ale jak radzisz sobie w życiu — uważa Marcin Lisowski, który jest niewidomy. Mieszka w Olsztynie. W tym, że nie widzi... nie widzi problemu. 15 października obchodzimy Międzynarodowy Dzień Białej Laski.
W piątek obchodzimy Międzynarodowy Dzień Białej Laski. Tylko czy jest co świętować?

— Ten dzień nie zmieni niczego. Ludzie muszą być świadomi, że wśród nich żyją osoby, które nie widzą. Gdy idę ulicą, z laską oczywiście, czasem zdarza się, że uderzę kogoś po nodze. Przez przypadek oczywiście. I co wtedy słyszę? „Co robisz, ślepy jesteś?” Odpowiadam: wygrałeś milion złotych, bo zgadłeś — opowiada Marcin Lisowski, niewidomy z Olsztyna. — Jestem znany z tego, że mam cięty język. I to też ludziom się nie podoba. Jak na to reagują? Twierdzą, że muszę być pijany. Nie mówią tego bezpośrednio do mnie, ale między sobą: „Krysia patrz, ona taki wygadany, więc na pewno pił albo jest naćpany”. Nie jest to nawet przykre. To moja codzienność. Tylko że to ludzie mają problem, a nie ja.

Marcin chodzi zawsze z białą laską


Laska jest z rollerem, czyli z kulką na końcu. Łatwiej jest wtedy mu poruszać po mieście, choć i tak to nie jest takie proste.

— Zwykłe białe laski bez ruchomej końcówki są dla mnie, dla osoby szybko przemieszczającej się, niestosowne. Wpadają wszędzie w dziury — zauważa Marcin. — A w Olsztynie mamy bardzo dziurawe chodniki. I to bardzo denerwuje! Ale w kość dają też porozstawiane wszędzie hulajnogi. I to już od dłuższego czasu się nie zmienia. Ludzie, którzy korzystają z tych jednośladów, mają głęboko w poważaniu to, gdzie je odstawiają. Chociaż, jak na osobę niewidomą, i tak wpadam stosunkowo na nie rzadko. Mam już wyrobione techniki, które pomagają mi je omijać. Słyszę, że coś przede mną stoi. Natomiast kilka razy się to zdarzyło…

A krawężniki? Czy dają w kość?


— Akurat one nie są dla mnie problemem. Bardziej martwi mnie, gdy nie ma żadnej informacji, że taki krawężnik jest przede mną. Albo że zbliżam się do tunelu. Dla mnie niezbędna jest nawierzchnia, która ma „kuleczki” albo „paski” — opowiada Marcin. — Albo listwy prowadzące, które są najczęściej na dworcach. Takie ma Warszawa Centralna, Kraków, Wrocław, Poznań… W Olsztynie tego nie ma. W ogóle porządnego dworca nie ma. To relikt przeszłości, sypie się jak diabli, ale ja go lubię. Powiem szczerze, że on mi się nawet podoba. Bo jest prostym dworcem. Wchodzę na halę, idę w lewo i mam tunel. A tam są perony od pierwszego do czwartego. Wiem, gdzie jest który. I tyle w temacie. O to chodzi.

Marcin Lisowski z żoną Martą
Fot. Zbigniew Woźniak
Marcin Lisowski z żoną Martą

Marcin jest żonaty. Martę, która również jest niewidoma, poznał w szkole. A później na nowo w internecie. 7 listopada będą mieli pierwszą rocznicę ślubu.

— Pamiętam, że gdy byłem w pracy, dostałem wiadomość: „co tam?”. Nadawca miał śmieszny nick, więc byłem święcie przekonany, że ktoś pisze do mnie z fałszywego konta. Odpisałem trochę na odwal: „czego?”. A później słowo po słowie i się zakochaliśmy. Myślę, że to, że Marta też nie widzi, dużo nam daje. Bardziej się rozumiemy. Jesteśmy już ze sobą kilka lat — cieszy się Marcin. —  Utrzymujemy się z renty. Dlatego nie jest łatwo związać koniec z końcem. Najbardziej brakuje nam jedzenia. Nie ma pracy dla niewidomych. Wcześniej pracowałem, bo ja żadnej pracy się nie boję. Szkoliłem na przykład ludzi z zakresu bezwzrokowej obsługi smartfona. Ale imałem się też pracy fizycznej. Nawet naprawiałem pralki. Gdy się nie widzi, jest łatwiej. Nie zwracam uwagi na pierdoły. Na przykład ktoś do mnie napisał: „popsuł mi się krzyżak w pralce”. Szukam więc krzyżaka, ok — jest po prawej. A potem to już z górki. Wszystko rozkręcałem i skręcałem palcami. Niedawno nawet naprawiłem odkurzacz. Pięknie dziś chodzi! Ale kładę też panele, płytki i szpachluję ściany. Na dotyk i „na czuja”. Znowu powiem, że mam wypracowane swoje techniki, które mi ułatwiają pracę. Mało tego! Wydaje mi się, że robię to lepiej od kolegów, z którymi pracuję. Sami mi nawet tak mówią.

W sumie osoby widzące mają poukładany świat. Kolor zielony jest zielony. Marcin też rozpoznaje kolory, choć ich nie widzi. Ale czuje. Pomaga mu w tym technologia.

— Kolory się wyczuwa. Sensoryka mózgowa dotąd nie jest zbadana w całości. Zielony kojarzy mi się z nadzieją, z trawą i błogością lata. A skąd wiem, że trawa jest zielona? Po pierwsze, jak już mówiłem, czuję to. Ale korzystam z aplikacji, która ma czujnik koloru i podpowiada mi, że coś jest właśnie zielone. Ale zielone w czerwone paski — podkreśla Marcin. — Dzięki soczewkom aparatu mogę więc poznać kolory. Przykładam telefon do danej rzeczy, aplikacja analizuje barwę, jaka jest przed obiektywem i informuje mnie o niej.

Marcin na przykład też wie, że w Olsztynie jeżdżą zielone tramwaje. Widzący określą to dokładnie — szaro-limonkowe. Z kolei Marcin jest w stanie usłyszeć, jaki tramwaj nadjeżdża. Czy widzący, ale z zamkniętymi oczami, są w stanie to stwierdzić?

— Nie lubię, gdy jadę nowymi, tureckimi tramwajami. Panoramy są wnerwiające, skrzeczące i mam wrażenie, że już się rozwalają. Mają delikatne podesty i moim zdaniem są gorsze od Solarisów. Na moje ucho są źle składane. Ślepy by lepiej je złożył! — Marcin mówi żartem. — Może to wydać się dziwne, ale ja nawet rozpoznaję marki samochodów. Po dotyku. Chociażby po fakturze tapicerki czy klamkach. Ja chyba więcej rzeczy dostrzegam niż osoby widzące.

Marcin nie widzi od urodzenia


Lekarze zdiagnozowali u niego jaskrę.

— Ktoś powiedział nawet, że to z winy inkubatora, ale ja to w to nie wierzę. Muszę jednak przyznać, że gdy byłem nastolatkiem, przywrócono mi wzrok. Stało się tak po przeszczepie rogówki. Dziękuję wspaniałym lekarzom z Sosnowca za to, co zrobili. Że nie trzeba było usuwać oczu — wspomina Marcin. —  Ale świat przyciemnił mi się znowu nagle — w pociągu. Jechałem do pracy z Wrocławia do Katowic. Wziąłem do ręki ciężką czarną walizkę i… znów zrobiło się ciemno. Przekląłem tylko, bo co więcej mogłem zrobić? Musiałem dojechać na Śląsk. Dobrze, że nie stało się nic gorszego. Załamałem się? Jedni tak robią, a inni idą dalej. Taki właśnie jestem. Zawsze staram się panikę, która w takiej sytuacji jest normalna, przekuć w czyn. Pomyślałem, że przynajmniej nie będę już się martwił, gdy coś będę dźwigał. Bo drugi raz ciemności już nie zobaczę. Już mi nic nie pęknie.

A czy Marcin czuje się niepełnosprawny?


— Ogólnie rzecz biorąc jest to jakaś niepełnosprawność. Chociaż niepełnosprawność kojarzy się z ruchową dysfunkcją. A ja mam upośledzenie wzroku. A czy to też niepełnosprawność? Nie powiem tak, nie powiem nie. Jest to przecież ubytek na zdrowiu. Najważniejsze jednak dla mnie, że jakoś sobie radzę. Myślę, że nawet nieźle — twierdzi Marcin. — To samo mówi też moja żona, która również nie widzi. Taki jest nasz świat, innego nie mamy. Wiele zależy od podejścia. Ale jeżeli infrastruktura w mieście jest nieprzystosowana albo śnieg wszystko zasypie, to jest to dla nas „ciężki kawałek chleba”.

A na koniec dodaje: — Nieważne jest, czy widzisz, czy nie, ale jak radzisz sobie w życiu.

ADA ROMANOWSKA
a.romanowska@gazetaolsztynska.pl