Drożyzna jeszcze nie denerwuje mieszkańców Olsztyna. Ale wszystko może się zmienić

2021-10-09 17:01:29 (ost. akt: 2021-10-10 08:40:07)
Na razie drożyzna aż tak nie doskwiera, choć zdajemy sobie z niej sprawę

Na razie drożyzna aż tak nie doskwiera, choć zdajemy sobie z niej sprawę

Autor zdjęcia: pixabay.com

Można optymistycznie patrzeć na świat i na wysokie rachunki. Można zasłaniać oczy i cieszyć się drobiazgami. W końcu nie mamy wpływu na inflację... Ale czy przyjdzie moment, kiedy nie będzie nam już do śmiechu?
Cieszmy się słonecznym babim latem, bo za chwilę się skończy. I lepiej nie będzie. Zaczniemy narzekać na deszcz, zimno i wysokie ceny. Teraz też nam nie do śmiechu, ale jakoś tak lżej, gdy za oknem złota jesień. Dlatego gdy wychodzimy ze sklepu z wysokim rachunkiem, chociaż aura może ukoić nasze nerwy.

Ale w górę idą nie tylko ceny jedzenia, ale też usług. Więcej płacimy za wywóz śmieci, turystykę, transport, usługi fryzjerskie i kosmetyczne. Prąd i gaz też dają nam popalić. O paliwie to już nawet nie ma co mówić, bo z tygodnia na tydzień „nasz samochód więcej pali”. Za chwilę litr popularnej 95 dobije do 6 zł. Zdecydowanie codzienne wydatki dają nam nieźle w kość. A może nie jest aż tak źle?

— Najbardziej serce mnie boli, gdy muszę zatankować. Szóstka z przodu będzie na pewno i to już lada chwila. Ale najlepszy jest mój mąż, który jest na rencie, więc rzadko wychodzi z domu i nieczęsto robi zakupy. Gdy jechaliśmy niedawno na wczasy, zobaczył cenę gazu na stacji paliw. Złapał się za głowę, że jest aż tak drogo. A wtedy gaz dobijał do 3 zł. Ale gdy wracaliśmy, zobaczył, że gaz kosztuje już 3,07 zł. Mąż dostał wtedy szoku cenowego. Tym bardziej, że on na cenach kompletnie się nie zna. Przyznam, że nie wie nawet, ile kosztuje chleb. Nie musi, bo ja robię zakupy — opowiada Lidia Pyśk, kwiaciarka z kwiaciarni na os. Podleśna w Olsztynie. — Ludzie, jak przychodzą do mnie po kwiaty, mają zakaz narzekania. Obok mojej kwiaciarni jest apteka i tam, owszem, można narzekać. U mnie to surowo wzbronione. U mnie trzeba się cieszyć. Bo niby dlaczego mamy się smucić? Przed nami cała wieczność. Dlatego nawet cenami nie ma się co martwić. Raz się żyje, a żadna trumna kieszeni nie ma. Oczywiście trzeba się napracować, żeby kupić sobie coś lepszego. Ale i tak życie jest piękne. Nie ma się co przejmować bólem istnienia. Oczywiście zależy kogo pyta się o ceny. Ja akurat cieszę się życiem, a inny będzie zdenerwowany.

Lidia Pyśk
Fot. Zbigniew Woźniak
Lidia Pyśk

Pani Lidia mieszka w Jonkowie. Do kwiaciarni ma kawałek, ale dojeżdża samochodem, więc — jak to ona — nie narzeka.

— Mój mąż widzi z okna, jak wracam do domu. A jadę dosyć szybko, czego on nie rozumie. Mówi: „co tak szybko jeździsz! Nasz sąsiad, młody chłopak, mechanik, jedzie tędy powolutku, a ty gnasz jak szalona!” Na co mu odpowiadam: Józek, jak on dożyje moich lat, też nie będzie miał czasu powoli jeździć. Mechanik to młody facet, ma nowy samochód, dwoje dzieci, więc musi uważać. A ja na to nie mam czasu! — podkreśla pani Lidia. — Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Tak samo jest z covidem. Ciężko go przeszłam. Można powiedzieć, że uciekłam grabarzowi spod łopaty. Teraz szybciej chwytam życie. Jeżeli mam na coś ochotę, to sobie to kupuję, nie patrząc na cenę. Ale nie tylko covid to powoduje. Wszystkie drastyczne zdarzenia zmieniają nam myślenie. Jak jest za dobrze i za spokojnie, nie cenimy życia. Nie przywiązujemy wagi do drobiazgów, a powinniśmy. Bo życie się z nich składa. Nawet jeżeli drożeją.

Pani Lidia nie jest jedyną, która nie martwi się podwyżkami. Bo czy my w ogóle mamy na nie wpływ?

— Gdy złamałam rękę, wykupiłam sobie obiady z cateringu. Mam teraz święty spokój, bo nie muszę gotować. I mam stałą cenę. I niby za takie jedzenie na początku drożej mi wyszło, ale teraz mniej płacę za prąd i wodę. czyli się wyrównuje. Ale za to mam więcej czasu! — zdradza Alina Gudecka, emerytka z Olsztyna. — Teraz jeżdżę na rehabilitację, więc znowu zafundowałam sobie catering. Bo przemyślałam, że takie jedzenie wpływa również na moje zdrowie. Bo człowiek jest taką bestią, że jak coś zobaczy w sklepie, to od razu ma na to chęć. A ja uwielbiam świeżą wędlinkę albo pieczywo. A tutaj to, co dadzą, to jem. I cieszę się, bo ci kucharze cuda wymyślają. Ja bym nigdy na to nie wpadła. Nie znam nawet takich przepisów. A tak codziennie przyjeżdża mi 1200 kalorii i jestem syta. Jedynie kotu trochę ukróciłam, bo wcześniej kupowałam mu a to świeżą wątróbkę, a to serduszka. Teraz, gdy wracam ze sklepu, to zwierzak patrzy na mnie ostentacyjnie: to znowu nic nie ma? Czasami dostaje, ale najczęściej kupuję mu kocie jedzenie. Nie szukam jednak tam, gdzie najtaniej. Kupuję w sklepie, który mam najbliżej. Bo jeśli nawet znajdę gdzieś niższe ceny, to i tak stracę na paliwie.

Alina Gudecka
Fot. Zbigniew Woźniak
Alina Gudecka

Może w tym szaleństwie, z przymrużeniem oka oczywiście, jest metoda?

— O podwyżkach mówią w telewizji i piszą w gazetach. Ale nie zwracam uwagi na ceny. Po prostu kupuję to, czego potrzebuję — podkreśla Małgorzata Figlewska z Olsztyna. — Pod koniec miesiąca zauważam, że mniej jest w portfelu, ale starcza mi na wszystko, więc aż tak się nie przejmuję. Nie chcę się po prostu denerwować. Po co mi takie nerwy?

Małgorzata Figlewska
Fot. Zbigniew Woźniak
Małgorzata Figlewska

Ale nie każdy może patrzeć na świat przez różowe okulary. Niestety.

— A ja z kolei jestem wściekły na to, co się dzieje z cenami. Tyle już przeżyłem, między innymi stan wojenny, a teraz serwują nam takie rzeczy — dodaje pan Jarosław, taksówkarz z Olsztyna. — Od trzydziestu lat robię zakupy do domu. Teraz najczęściej jeżdżę do Jonkowa, bo tam jest taniej i smaczniej. Właśnie tam kupuję mięso bez żadnych ulepszaczy. Do marketów nie chodzę, bo to zdzierstwo. Zresztą w ogóle nie podoba mi się świat, w jakim żyjemy. Jesteśmy bezustannie inwigilowani. Kiedyś mogłem pojechać z dziewczyną do lasu i nikt o tym nie wiedział. Dzisiaj wystarczy, że mam telefon, a już można mnie namierzyć. Wystarczy, że tankuję paliwo w pobliżu tego lasu, płacę kartą albo łapie mnie monitoring, i już wszystko jak na tacy. Człowiek jest nagi w tych czasach. I do tego jeszcze te ceny… Za chwilę ogołocą człowieka na całego.

Drożeje wszystko, również ceny mieszkań szybują w kosmos. Zauważa to pani Anna, która cieszy się z nowego dachu nad głową.

— Mam dużo zobowiązań, bo w kwietniu kupiłam mieszkanie. Teraz w bloku obok metr kwadratowy jest już droższy, więc cieszę się, bo trochę „zarobiłam”. Ale to pokazuje, jak wszystko idzie w górę. Pracuję w branży budowlanej, więc widzę i wzrost cen, i spadek sprzedaży. Albo wybór tańszych materiałów. Podwyżki są więc odczuwalne i widoczne. Sama zresztą musiałam z kilku rzeczy zrezygnować. Na przykład z wyjazdów. Ale na szczęście radzę sobie, ale są ludzie, dla których wyższe codzienne wydatki są problemem — podkreśla Anna Krawczyńska z Olsztyna. — Teoretycznie najniższe pensje rosną wraz z cenami w sklepach. Świadome firmy reagują na inflację i wprowadzają podwyżki dla swoich pracowników. Sytuacja się równoważy. Ale to, że więcej zarabiamy, nie znaczy, że możemy sobie na więcej pozwolić.

Anna Krawczyńska
Fot. Zbigniew Woźniak
Anna Krawczyńska

Niestety drożyzna jest bezlitosna i coraz szybciej pustoszy portfele. Nawet jeśli mamy dobry humor i staramy się o niej nie myśleć. Ale czy przyjdzie moment, kiedy nie będzie nam już do śmiechu?

— Jak spiralę się nakręca, to przez pewien czas nic się nie dzieje, można ją nakręcać i nakręcać, ale w końcu pęknie. W fizyce nazywa się to zmęczeniem materiału. Każdy z nas dokonujemy różnych operacji ekonomicznych. Robimy zakupy, płacimy rachunki. Przechodzimy przyspieszony kurs ekonomiczny. Ale nawet jeśli ktoś jest dobrze sytuowany i nie zauważa, że spirala już nie daje rady, to jednak to dostrzeże. Bo sprężyna pęknie — prof. Marek Sokołowski, socjolog z UWM. — Czara się w końcu może przelać. Ludzie zauważą, że ich pieniądze tracą siłę nabywczą. Mam nadzieję, że nie będzie hiperinflacji. Już kiedyś mieliśmy z taką do czynienia, kiedy bochenek chleba kupiony rano miał nieosiągalną cenę wieczorem.

I dodaje: — Pokładam wielką wiarę w ekonomistach i politykach, że inflacja zostanie zduszona. Bo nasze portfele chudną. A złotówka ma dziś realna wartość 80 groszy. I co z tego, że cieszymy się ze złotówki, jak za tę samą kwotę możemy kupić mniej niż kiedyś? I teraz pytanie: gdzie jest granica akceptowalności pewnych sytuacji? Gdyby socjologowie byliby tacy mądrzy, to przewidzieliby chociażby strajki sierpniowe w 1980 roku. Oczywiście mamy wysunięte czujki i barometr działa, ale nigdy nie jesteśmy w stanie przewidzieć momentu krytycznego. Czasami wystarczy jeden gest czy jedno słowo za dużo…

ADA ROMANOWSKA
a.romanowska@gazetaolsztynska.pl

Komentarze (3) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Komentarze dostępne tylko dla zalogowanych użytkowników. Zaloguj się.

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. Paul Mark #3077331 10 paź 2021 20:48

    Do siewcy miłości z PO wskiej bandy złodziejskiej sprzymierzonej z wermachtem i pederastami.Napisz petycję do tego szmatławego tabloida GO by mnie całkowicie zablokowali jak w nazi dzienniku .

    Ocena komentarza: poniżej poziomu (-6) odpowiedz na ten komentarz pokaż odpowiedzi (1)

    1. lekarz #3077315 10 paź 2021 18:42

      Do hejtera poniżej: to może wreszcie przestań sie tu udzielać, siać nienawiść i pisać dyrdymały. Są fora dla takich jak ty i tam możesz te swoje chore fantazje wypisywać. I łatwiej ci będzie bo swoją cyrylicą będziesz mógł pisać.

      Ocena komentarza: warty uwagi (4) odpowiedz na ten komentarz

    2. Paul Mark #3077284 9 paź 2021 19:04

      Osobiście doznałem szoku z powodu waszej cenzury,Opinie popierające totalną PO wską sitwę oraz dewiantów są wręcz gloryfikowane.Wolność wypowiedzi w GO jak w nazi dzienniku lub GW nianej. Gratulacje tak trzymać.

      Ocena komentarza: poniżej poziomu (-23) odpowiedz na ten komentarz pokaż odpowiedzi (1)