Kto przygarnie psa? Lalka i Fanta mogą zachęcić do adopcji zwierzaka. To nie boli, to daje szczęście

2021-10-04 10:01:38 (ost. akt: 2021-10-04 10:04:13)
Lalka, która była w schronisku w Radysach, zyskała dom

Lalka, która była w schronisku w Radysach, zyskała dom

Autor zdjęcia: archwium prywatne

4 października obchodzimy Światowy Dzień Zwierząt. Co możemy im dać z tej okazji? Serce i dom? Pomyślmy o zwierzakach, które czekają na miłość w schroniskach. Na pewno się odwdzięczą. Jak chociażby Toffi, Fanta i Lalka.
Można napisać miliony powodów, dlaczego warto adoptować zwierzaka ze schroniska. Jedno jest jednak nieopisane: miłość, jaką się zyskuje. Potem życie bez czworonoga jest jak jezioro bez wody czy dzień bez słońca. Może to banały, ale prawdziwe. I potwierdzają to historie osób, które zaopiekowały się zwierzakiem ze schroniska.

— Jestem przeciwniczką hodowli. Dopóki jakaś bieda gdzieś siedzi, to trzeba ją ratować. A że zawsze chciałam mieć psa, naturalna była decyzja, że wezmę go ze schroniska. I dlatego pojawiła się Toffi. Miałą 2,5 miesiąca, gdy ją wzięłam — twierdzi Lidka Herasimowicz z Olsztyna. — Minęło kilka miesięcy, wyjechałam z nią do Anglii. Dzięki temu umie szczekać w dwóch językach. Po jakimś czasie zdecydowałam, że trzeba jej wziąć drugiego psa. Pojawiła się Molly, ale niestety po dwóch tygodniach odeszła. To był szczeniak, a Tofii okazała się być bardzo opiekuńczą starszą siostrą. Chodziła dumna jak paw, że ma przy sobie innego psiaka. Widziałam, że potrzebuje towarzysza. Weszłam więc na stronę olsztyńskiego schroniska. Były dwa do wyboru, które wpadły mi w oko. W jednym boksie mieszkała Lilka i Jadzia. Lilka jednak została oddana z powodu agresji wobec innego psa, więc z automatu ją to wykluczyło. Została więc Jadzia, która trafiła do schroniska w październiku. A że moja mama też ma na imię Jadwiga i urodziła się w październiku, to nie było wyjścia. Musiałam ją wziąć. Tylko że miałam takie założenie, że jeżeli będę miała kolejnego psa, to jego imię będzie związane z jedzeniem. Jadzia została więc Fantą. I to imię wyjątkowo do niej pasuje. Co za fantazję ma ten pies! I jest rzeczywiście fantastyczna. Początki były bardzo trudne. Zjadła mi na przykład ścianę i kanapę. To pies o wielu talentach. Przez dwa tygodnie nie mogła się też dogadać z Tofii. Było trudno, ale teraz bardzo się kochają. A Fanta nie odstępuje mnie na krok. Jak mnie nie ma to płacze: „mamo, mamo, wróć”. I teraz ona jest starszą siostrą.

Pani Lidka ze swoimi psami
Fot. archwium prywatne
Pani Lidka ze swoimi psami

Pani Lidka ma jeszcze trzeciego psa — Sushi, ze schroniska w Sejnach.

— Wróciłam na stałe do Olsztyna. Jak podróżuję, to tylko z psami. Byłam z nimi na przykład na Turbaczu, najwyższym szczycie Gorców. Dziewczyny chodzą też na szkolenia, bo Sushi ma agresję dystansową. Mają treningi dwa razy w tygodniu posłuszeństwo. Robią się jeszcze fajniejsze — opowiada pani Lidka. — Zwierzęta mają przepiękne podejście do życia. Warto jest obserwować to, jak one obcują z człowiekiem, ale też, jak się dogadują między sobą. Między nimi nie ma nienawiści, a jest bezwarunkowa miłość. One są naturalnie dobre. A to, że zyskały dom i mają w nim jak pączki w maśle, to wartość dodana do tej historii.

Fot. archwium prywatne

— Fanta była bardzo żwawą sunią. Wymagała pracy. Ale nowa właścicielka poradziła sobie rewelacyjnie. Psinę teraz trudno poznać, tak się zmieniła. Jest spokojna, grzeczna i wpatrzona w panią. Marzymy o takich adopcjach! — cieszy się Anna Barańska ze Schroniska dla zwierząt w Olsztynie. — Niestety bywają u nas osoby, które chcą adoptować psa pod wpływem chwili. Raz przyszedł do nas pan, który stwierdził, że chyba wilki zjadły mu psy. I chciałby nowego — takiego, który nie dałby się zjeść. Ale jak zjadły i jakie wilki? Wytłumaczył, że psy wyszły z domu i nie wróciły. Ludzie mają więc różne pomysły. Na szczęście nieprzemyślane adopcje zdarzają się rzadko. Chociaż ludzie chcieliby wziąć pieska od razu. Mają nawet żal do nas, że specjalnie przeciągamy adopcję w czasie. Tylko że pies czy kot to nie chleb w piekarni! To żywa istota. Właściciel musi przemyśleć te decyzję, ale też my musimy być pewni, że zwierzak idzie do dobrego domu. Zwierzę już raz zostało skrzywdzone, więc teraz musi trafić w dobre ręce. Nie może do nas trafić z powrotem.

Psy potrafią mieć fantazję, ale trzeba nad nią pracować
Fot. archwium prywatne
Psy potrafią mieć fantazję, ale trzeba nad nią pracować

Ale na szczęście ludzi, którzy dają nie tylko dom i serce, jest więcej.

— Kiedyś miałam psa, ale gdy odszedł, przez długi czas nie myśleliśmy o nowym. Po dziesięciu latach jednak stwierdziliśmy z tatą, że chcemy wziąć pieska ze schroniska. Nie chcieliśmy szczeniaka, ale już dojrzałego psa. Długo szukaliśmy w internecie aż w końcu trafiliśmy na malucha z Tomaryn. Był w domu tymczasowym. Mieszkał ze studentami na Nagórkach w Olsztynie. Gdy tam pojechaliśmy, pies od razu zaczął się do nas przymilać. Przepadliśmy — opowiada Alicja Kowalczyk z Olsztyna. — Gdy pojawił się w domu, był przestraszony. Piszczał, ale z dnia na dzień zaczęliśmy się dogadywać. Był pieskiem po przejściach. Na jednej łapce miał ślad po papierosie. Miał też źle zrośniętą tylną łapkę. Być może kiedyś gdzieś uciekł i został potrącony. Nie wiem, nigdy o tym nie opowiedział…

Gdy pies trafił do schroniska, tamtejszy lekarz zdecydował, że łapka zostanie taka, jaka jest. Że więcej złego może mu zrobić operacja.

— Bryś, bo tak miał na imię, po pięciu latach odszedł. Serce nam pękało, ale trudno było od razu wziąć nowego psa. Ja zresztą studiowałam w Warszawie. Ale gdy wróciłam, we znaki dała nam się pandemia. To była trudna sytuacja dla wszystkich. Nigdzie nie wychodziliśmy, bo wszystko było zamknięte. Praca zdalna też dawała się we znaki — wspomina Alicja. — Dlatego tata chciał zaadaptować psa. Nie byłam przekonana do tego pomysłu, bo nie wiedziałam, czy będę z nim mieszkała i czy będę w stanie mu pomóc w opiece nad psem. Ale mnie przekonał. Wtedy też kolega, który działał w Przytulisku w Łukcie, pokazał nam zdjęcie wesołej suczki. Lalka była o wiele większym psem niż Bryś, więc to mnie trochę zniechęcało. Poza tym suczka została przywieziona ze schroniska w Radysach, które jest owiane złą sławą. Nie wiedziałam więc, czego mogę się po niej spodziewać. Ale pojechaliśmy ją zobaczyć. Tata się zachwycił, a mnie przerażało, że taki wielki pies. Waży 20 kg! Ale ona była taka rozanielona i bardzo sympatyczna. Zdecydowaliśmy się, że będzie z nami mieszkała. W domu bała się wchodzić po schodach. Nigdy wcześniej tego nie robiła. Przez kilka dni była też nieswoja, ale gdy już nam zaufała, stała się niesamowitym członkiem rodziny. Nie wyobrażam sobie życia bez niej. Tylko raz pogryzła mi kapcie. I tylko raz zjadła ze stołu serek. Ale tata powiedział jej, że nie wolno. I zapamiętała. Zresztą ja nie potrafię gniewać się na psa. Lalka jest cudowna.

Lalka
Fot. archwium prywatne
Lalka

Te historie pokazują, że adopcja ze schroniska może mieć happy end. Że w boksach na dom nie czekają psy, które się nie przystosują.

— Gdyby zwierzęta potrafiły mówić, dużo mogły powiedzieć o człowieku. Zarówno dobrze i źle. Gdyby miały tylko o nas złe zdanie, człowiek nie byłby im aż tak potrzebny. I aż tak szybko nie przywiązywałyby się do nowych właścicieli — mówi Anna Barańska. — Gdy na przykład pies trafia do nowego domu, musi się przyzwyczaić. U jednego trwa to dłużej, u innego krócej. Bywa, że musimy uzbroić się w czas i cierpliwość. Po dwóch, trzech tygodniach zwierzę zaczyna człowiekowi ufać. Ale nawet bardzo skrzywdzone zwierzę trafi na swojego człowieka, który będzie wiedział, jak do niego podejść i da radę. Często nowy właściciel dziwi się, że zwierzak aż tak szybko wpasowuje się w rodzinę. Zaskakują szczególnie starsze zwierzęta. One są już przygotowane do tego, żeby mieszkać w domu. Bo już kiedyś miały swoją miskę, kanapę i smycz. Niby to pies ze schroniska, a nagle tak dobrze się zachowuje. To stereotyp, że w boksach są zwierzęta, które niczego nie potrafią i trudno się z nimi porozumieć. Ze schroniska można wziąć naprawdę fajnego przyjaciela.

A może spójrzmy na adopcję psa inaczej, trochę jak o sobie?

— Do schroniska szedł starszy pan. Po kota — wspomina Anna Barańska. — W tym samy czasie z pieskiem po zmarłem babci szli młodzi ludzie. Nie mogli się nim zaopiekować, bo wyjeżdżali. Spotkali się na drodze. Mężczyzna wysłuchał ich historii, wzruszył się i stwierdził, że da tej suni dom. Powiedział, że piesek jest stary, on też jest stary. Dodał: „Tak jakby mnie ktoś wyrzucił na koniec życia…”

ADA ROMANOWSKA
a.romanowska@gazetaolsztynska.pl