Zawsze trzeba dużo pracować? Rozmawiamy z Bożeną Kowalkowską, autorką książki „Poza czasem. O potyczkach z codziennością”

2021-09-25 18:23:45 (ost. akt: 2021-09-25 15:13:35)
Bożena Kowalkowska, autorka m.in. książki "Poza czasem" (Wydawnictwo Wielka Litera)

Bożena Kowalkowska, autorka m.in. książki "Poza czasem" (Wydawnictwo Wielka Litera)

Autor zdjęcia: Troels Jepsen

Jesteśmy wychowani w etosie pracy, gdzie trzeba pracować ciężko i dużo. To pułapka. O tym mówi pochodząca z Lubawy Bożena Kowalkowska, autorka książki „Poza czasem. O potyczkach z codziennością” .
— Byłaś zabieganą, zapracowaną mamą i w pewnym momencie powiedziałaś: stop. Co zadecydowało o zmianie?
— Doszłam do takiego momentu w swoim życiu, że na myśl o tym, że znowu coś muszę zrobić czułam strach pomieszany ze złością. Dotyczyło to już nawet takich zwykłych, codziennych czynności. O przełomie zadecydowało macierzyństwo, choć wcześniej też miałam przebłyski, że coś jest nie tak. Zgubiła mnie moja pracowitość i wrodzone poczucie odpowiedzialności. Intensywna praca powodowała, że nie mogłam pozwolić sobie nawet na krótką podróż, a co dopiero bycie mamą. Nie było na to przestrzeni. Potem doszła refleksja, że skoro tak dużo pracuję, to powinnam mieć na koncie miliony. A nie miałam choćby nawet małych oszczędności. To były pierwsze sygnały, że to sytuacja, którą trzeba zmienić. Potem w końcu zbuntował się mój organizm. Po prostu się zajechałam. Znalazłam się w szpitalu z diagnozą: uszkodzenie błędnika. Tę historię opisałam w mojej najnowszej książce w rozdziale „Zmęczenie”. Byłam wtedy w momencie, kiedy kryzys dotknął mnie na wielu polach. Przeżywałam zawód w relacjach zawodowych, ale też rodzinnych, prywatnych. Trudno było również o relacje towarzyskie, bo moi znajomi nie mieli dzieci, a moje były bardzo wymagające. Można powiedzieć, że macierzyństwo zmusiło mnie do zmiany, ale sygnały, że jej potrzebuję, pojawiły się dużo wcześniej.

— Jakie zmiany wywołała w Twoim przypadku pandemia?
— Pandemia utrwaliła zmianę, która w moim przypadku rozpoczęła się 10 lat temu. Wtedy porzuciłam dwie firmy, z których w jednej byłam założycielką. To było w momencie, kiedy urodził się mój synek, czyli sześć lat temu, długo przed pandemią. Przyznam szczerze, że zafascynowana obserwowałam pierwsze tygodnie lockdownu. Wiele mam pisało, że w końcu bez wyrzutów sumienia, „bezkarnie” mogły pobyć z rodziną w domu. Nie musiały nigdzie wychodzić, niczego udowadniać. Oczywiście mówię tutaj o tej pierwszej fazie pandemii, kiedy nie byliśmy jeszcze zmęczeni pracą zdalną. Wiele osób cieszyło się z tej sytuacji. Z drugiej strony osoby, które wcześniej uciekały w pracę i nie spędzały z bliskimi czasu, nagle zmuszono do pozostania w domach. To też pokazuje trochę kondycję społeczeństwa. Jesteśmy w takim pędzie, że albo nie chcemy się zatrzymać albo już nawet nie możemy.

— Wciąż nie mamy czasu. Czy to dlatego, że nie potrafimy planować?
— Bywa z tym różnie. Żyjemy w czasach, w których bardzo dużo się dzieje, dociera do nas wiele bodźców. Jeszcze dziesięć lat temu wokół nas nie było tylu wystaw do obejrzenia, tylu inicjatyw, wydarzeń. Dodatkowo cały dzień jesteśmy dostępni i podłączeni do naszego smartfona, który wciąż nas woła. To zmienia codzienność i zabiera czas. Czasem ten nasz wewnętrzny przymus powoduje, że uczestniczymy w wydarzeniach, z którymi zupełnie nam nie po drodze, bo chcemy sprawić komuś przyjemność albo poczuć, że jesteśmy wyjątkowi. Powiedzenie w takim momencie: „ nie chce mi się, nie zrobię, nie lubię”, nie jest łatwe. Od najmłodszych lat towarzyszy nam etos pracy, wpojono nam, że trzeba dużo i ciężko pracować. Nie ma przyzwolenia społecznego, by ktoś otwarcie przyznał, że cały dzień spędził na kanapie. Jeszcze kilka lat temu, jeśli spotykało się kogoś znajomego, to zwykle taka osoba mówiła, że jest w tzw. amoku pracowym i realizuje kilka projektów naraz, na nic innego poza pracą nie ma czasu. To znaczyło, że jest się kimś ważnym w życiu. Dziś, kiedy słyszę jak ktoś opowiada, jak to pędzi, jak to wiele rzeczy realizuje, w ilu projektach uczestniczy, to czuję smutek i współczuję, bo wydaje mi się, że praca ponad siły jest już passé.

— Mówisz o tym, by wyznaczać w swoim planie chwile na przyjemności. To o nich zapominamy najczęściej?
— Tak, to jest punkt, który do planu wprowadzamy na samym końcu. Najpierw w listę zadań wpisujemy wszystkie nasze obowiązki, co powoduje, że jest ona zwykle przeładowana i tak naprawdę nas blokuje – zadań jest tak dużo, nie wiemy, od czego zacząć i jak to realizować. Na taką listę trafia na przykład sprzedaż samochodu, którą planujemy dopiero za kilka tygodni. Wydaje mi się, że lepiej skupić się na tu i teraz, i wpisać na listę tylko trzy najważniejsze rzeczy, które są do zrobienia w tym momencie. Uczucie, że udało się skreślić z listy wszystkie pozycje z listy motywuje i dodaje skrzydeł. Odkładanie przyjemności na później powoduje, że nigdy nie mamy na nie czasu. Zawsze powtarzam, że jeśli nie zaplanujemy przyjemności, to jej najprawdopodobniej nie będzie. Odłożona praca zawsze do nas wróci. Człowiek będzie musiał wziąć nadgodziny, pracować nocą, ale zawsze trzeba będzie ją wykonać. A z przyjemnościami tak nie ma – przepadają i już. Proponuję więc, by zacząć choćby od 20 minut wyłącznie dla siebie, każdego dnia. Wprowadzanie takiej „przyjemnościowej rutyny” uczy wszystkich, że to nikomu nic nie zabiera, wręcz przeciwnie – może przynieść wiele korzyści. Zawsze mówię mojej rodzinie, że jeżeli pozwolą mi w ciągu dnia na drzemkę, to wrócę do nich jak zupełnie inny człowiek. Po prostu – to się wszystkim opłaca.

Bożena Kowalkowska – pochodzi z Lubawy. Absolwentka filologii polskiej na Uniwersytecie Warszawskim, dziennikarka, autorka książek. W lipcu nakładem Wydawnictwa Wielka Litera ukazała się jej najnowsza książka
Fot. BK Troels Jepsen
Bożena Kowalkowska – pochodzi z Lubawy. Absolwentka filologii polskiej na Uniwersytecie Warszawskim, dziennikarka, autorka książek. W lipcu nakładem Wydawnictwa Wielka Litera ukazała się jej najnowsza książka "Poza czasem".

— Piszesz też o tym, że dziś szalenie modnym słowem, które brzmi trochę złowrogo, jest prokrastynacja. Kiedyś coś odwlekało się na później, zwlekało z wykonaniem określonego zadania, a dziś po prostu się prokrastynuje.
— Prokrastynacja brzmi groźnie, ale kiedy sprawdzi się jej definicję, to okazuje się, że główną ideą prokrastynacji jest dobrowolność. Odkładasz, bo możesz. Nikt nas przecież nie zmusza, żeby rozliczać PIT ostatniego możliwego dnia, prawda? Oczywiście pytanie brzmi: czy to co odłożymy na później nie zniknie na zawsze? Ja przede wszystkim uważam, że prokrastynacja jest po prostu bardzo ludzka. Wszystkim wydaje się, że jeśli napisałam książki o planowaniu czasu, to jestem poukładaną osobą. No nie. Wciąż są rzeczy, z którymi walczę. Wiem oczywiście, jaki system pracy wprowadzić, żeby coś poszło szybciej kiedy trzeba, ale też popełniam błędy. Jestem typem osoby, która odkłada pracę na ostatnią chwilę. Pogodziłam się z tym. Oczywiście ma to swoje minusy, bo kiedy robi się coś na ostatnią chwilę, ryzyko wystąpienia błędu czy pomyłki niestety rośnie. Nie każdy też potrafi pracować pod presją czasu. Ale kiedy człowiek zna siebie, łatwiej mu to ryzyko oszacować. Ja wolę otwarcie przyznać sama przed sobą, że przeciąganie leży w mojej naturze i przestałam się tym zadręczać. Wiem już ile czasu mi coś zajmie, dlatego maksymalnie skupiona siadam w ostatniej chwili i już.

— Planowanie naprawdę pozwala na spontaniczność?
— Faktycznie uważam, że plan powinien być elastyczny. Być może nieświadomie tworzę definicję czegoś nowego. Być może rzeczywiście tworząc plan, trzeba go realizować punkt po punkcie. Mnie się jednak wydaje, że nie trzeba. Lubię naszkicowywać plan, który w zależności od potrzeb, będzie można modyfikować. Są takie rzeczy, które planuje się bardzo skrupulatnie np. wycieczki czy ślub, ale w codzienności na plan mają wpływ przeróżne przypadki. Ktoś złapie grypę żołądkową, komuś babcia spali welon w trakcie prasowania – prawdziwa historia (śmiech). I cały plan idzie do kosza. Nie lubię sztywnego harmonogramu, bo wiem jak wiele rzeczy może pójść nie tak. Wolę elastyczne podejście. Jeśli plan jest zaplanowany co do minuty to wiadomo, że coś gdzieś się sypnie. Zawsze więc pozostawiam zapas. W planowaniu stawiam na luz.

— Lubisz, gdy mówią o Tobie Królowa Organizacji?
— Nie. Nigdy nie zgadzam się, by mnie tak postrzegano. W moim domu również często panuje okropny bałagan. Robię wtedy zdjęcia i wysyłam różnym osobom. To komunikat: „hej, mnie się to też zdarza”. Dom, w którym jest rozgardiasz pokazuje, że on żyje. Coś się w nim dzieje. Oczywiście wiem, że potrafię być zorganizowana. Zdaję sobie sprawę, że zawodowo potrafię poprowadzić projekty, z którymi wiele osób nie dałoby rady. Wiele firm przekazuje kontakt do mnie, bo wie, że jestem ekspertem od gaszenia pożarów. Tak, mam zmysł do organizacji. Każdy ma w życiu jakiś talent. Ja akurat potrafię poukładać rzeczy, zaplanować, spiąć w całość. Może to być zaplanowanie promocji książki albo wyjazdu, innym razem porodu domowego – nie ma to znaczenia. Ja po prostu tyle razy byłam w tarapatach czasowych, że siłą rzeczy nauczyłam się z nich wychodzić. A teraz dzielę się tą wiedzą z innymi.

Bożena Kowalkowska – pochodzi z Lubawy. Absolwentka filologii polskiej na Uniwersytecie Warszawskim, dziennikarka, producentka. Była sekretarzem redakcji „Magazynu A4”, „Vice”, „Kikimora” oraz ostatniego wydania „Twojego Weekendu”, który zdobył nagrody na całym świecie, m.in. Grand Prix w Cannes w kategorii projektów zmieniających świat. Na co dzień zajmuje się organizacją czasu, pisze teksty i prowadzi warsztaty oraz wykłady poświęcone tworzeniu kalendarza i planowaniu. Autorka poradnika „Odzyskać czas” (Wydawnictwo Wielka Litera). W lipcu premierę miała jej najnowsza książka „Poza czasem. O potyczkach z codziennością” (Wydawnictwo Wielka Litera). Mama 9-letniej Marianny i 6-letniego Tadeusza.

Katarzyna Janków-Mazurkiewicz
k.jankow@naszolsztyniak.pl