Zabójstwo na klatce schodowej w Dobrym Mieście. To bestie, nie ludzie — mówią mieszkańcy

2021-09-20 18:50:28 (ost. akt: 2021-09-20 19:56:07)
Mordercy zostali złapani przez policję w Dobrym Mieście

Mordercy zostali złapani przez policję w Dobrym Mieście

Autor zdjęcia: zrzut ekranu

To bestie nie ludzie — mówią mieszkańcy Dobrego Miasta wstrząśnięci tragedią sprzed tygodnia. Dwaj młodzi ludzie znęcali się nad 45-letnim Tomkiem. Zakatowali go na śmierć. Powodem miało być 50 złotych, które miał być winien swoim oprawcom.
Choć od tragicznych zdarzeń minął tydzień, mieszkańcy Dobrego Miasta i rodzina Tomasza wciąż nie mogą uwierzyć w to, co się stało.

— Czy kogoś, kto katuje człowieka na śmierć, można określić mianem człowieka? — pytają. — To bestie! Człowiek nawet żadnego zwierzaka nie skrzywdzi, a tu tak się znęcać nad istotą ludzką. Ile bólu i cierpienia musiał doświadczyć w ciągu tych kilku godzin? Dotychczas takiej okrutnej zbrodni w naszym mieście nie było. Brak nam słów — mówią.

Tomka znali wszyscy. Lubił wypić, ale nikomu nigdy krzywdy nie robił. — Na taką śmierć nie zasłużył. Jak można tak skatować człowieka. Trzeba nie mieć sumienia, żeby sprawiać takie cierpienia bezbronnej osobie — pytają.

Koszmar rozegrał się w nocy z niedzieli na poniedziałek w Dobrym Mieście. Sąsiadka, która mieszka w tym domu od kilku lat, rano znalazła ciało Tomasza na klatce schodowej i powiadomiła policję.

45-latek trochę pracował na budowach, czasem zbierał złom czy butelki. — Jest... Była nas czwórka rodzeństwa, ja jestem najstarsza — opowiada Iwona Woźniak, siostra zamordowanego Tomasza. — Brat żył po swojemu, miał problem z alkoholem, ale nigdy nikomu krzywdy nie robił. Był kilka razy na odwyku, staraliśmy się mu pomóc, jednak on żył swoim życiem. Taką drogę sobie wybrał... Jeszcze w niedzielę rano spotkaliśmy się u cioci, ogoliłam go, obcięłam mu włosy. Był taki radosny. A kilka dni później zobaczyłam go już w trumnie. To dla nas szok, żaden człowiek nie zasłużył na to, co spotkało mojego brata. Nie umiem sobie wyobrazić ile bólu musiał znieść, konał w męczarniach, zakatowali go na śmierć. Nie po to mama dała mu życie, żeby ktoś mu je w taki sposób odebrał. Cierpimy bardzo, bo nikt w taki sposób nie powinien umierać. Nie wybaczę im nigdy...

Nikt nawet nie wyszedł


Sylwester S. (19 l.) i Łukasza B. (21 l.) mieli pastwić się nad ofiarą pół nocy. I choć w kamienicy mieszka sześć rodzin, nikt nie wyszedł z domu, ani nie zawiadomił policji.

Fot. Iwona Woźniak

— Nie wierzę, że nikt nie słyszał, co się dzieje. Mieszkanie Tomka było zdemolowane i myślę, że on wzywał pomocy. Oni rzucali nim o ściany, mam żal, że nikt nie zareagował, że nikt nie wezwał policji — mówi Iwona, starsza siostra pana Tomasza. — Jeden z katów mojego brata pomieszkiwał u niego. Podobno on dał bratu pieniądze na wódkę. Tomek poszedł do sklepu, pewnie kupił alkohol i nie wrócił do domu. Może go wypił. Potem oni po niego przyszli pod sklep i z nimi wrócił do domu. Tam na tej imprezie podobno było więcej osób, ktoś robił nagrania telefonem z tego, jak katowali brata. W Dobrym Mieście jest już wiele różnych plotek. Mam nadzieję, że prawda wyjdzie na jaw, a winni zostaną ukarani. Mam też żal do sąsiadów, że nikt nie interweniował, nikt mu nie pomógł. Może gdyby ktoś wezwał policję, Tomek by żył?

Sylwester S. i Łukasza B. są dobrze znani w Dobrym Mieście. Jeden niedawno wyszedł z więzienia, drugi siedział w poprawczaku. Sąd Rejonowy w Olsztynie po rozpoznaniu wniosku prokuratora wydał postanowienie o zastosowaniu wobec obu tymczasowego aresztowania na trzy miesiące, żeby "zapewnić prawidłowy dalszy tok postępowania".

Mężczyźni usłyszeli zarzut zabójstwa. Grozi im dożywocie


— Nikt nie wróci nam brata — mówi pani Iwona. — Siostra z ciocią była podczas wizji lokalnej. Mówiły, że to, co ci kaci robili z Tomkiem, przechodzi ludzkie pojęcie. Rzucali Tomkiem o ściany, połamali mu ręce, żebra, wybili zęby, uderzali głową o ścianę, oddawali na niego mocz... Na koniec jeden z nich podniósł Tomka i wyrzucił go na korytarz. Kiedy zobaczyłam brata w trumnie na twarzy miał wiele zasinień, zadrapań i ślady po przypalaniu papierosami. Wciąż myślę o bracie i łzy mi płyną. Tak mi go brakuje. Był, jaki był. Rano, jak czekałam na przystanku na autobus do pracy, to on przychodził. Czasem dałam mu bułkę, kilka złotych. Mówił do mnie: "Biała, poratuj brata". Teraz już na mnie nie czeka, zamykam oczy i widzę go. W nocy nie mogę spać, tylko myślę o nim. Najtrudniej pogodzić się z myślą, że jego śmierć była taka bezsensowna, niepotrzebna. Przecież ludzkie życie to największa wartość. A tu okazało się, że kaci mojego brata wycenili je na 50 złotych.

Joanna Karzyńska