Pracownik Urzędu Miejskiego z Giżycka wyruszył do stacji Polskiej Akademii Nauk. Wszystko po to, aby spełnić marzenia z dzieciństwa

2021-08-22 20:02:05 (ost. akt: 2021-08-21 13:53:17)

Autor zdjęcia: arch. Jarosława Maculewicza

O pobycie na końcu świata opowiada Jarosław Maculewicz z Giżycka, pracownik Urzędu Miejskiego, który na bezpłatnym urlopie wyruszył do stacji Polskiej Akademii Nauk, żeby pod kołem biegunowym na Wyspie Króla Jerzego spełniać swoje marzenia z dzieciństwa.
— Wyprawa na Antarktydę... Brzmi to niewiarygodnie, a jednak odkrywał pan nowe lądy…
— To spełnienie marzeń z dzieciństwa. Zawsze byłem fanem powieści podróżniczych. Kusi człowieka, żeby zobaczyć coś nowego, nieznanego. Jak szaleć to szaleć.

— Czy trzeba było się wybrać aż na Antarktydę?
— Dalej już nie można pojechać. To jest przygoda, wyzwanie. Trudno to opowiedzieć. Po prostu inny świat.

— Jak to się stało, że dołączył pan do zespołu?

— Pomyślałem sobie, że jestem w miarę sprawny i chcę coś ciekawego przeżyć. Na przykład przygodę na Antarktydzie. Znalazłem w internecie ogłoszenie Polskiej Akademii Nauk o kompletowaniu zespołu na wyprawę. Szukali między innymi elektryka i sternika. Mam takie uprawnienia. Zgłosiłem się. Przeszedłem pozytywnie testy, badania, potem szkolenie i wyruszyłem w nieznane. Wypłynęliśmy z Gdyni do polskiej stacji polarnej. Rejs trwał 40 dni i był wspaniały. Za drugim razem było podobnie. Procedura była taka sama, ale zakwalifikowałem się na stanowisko energetyka, a na stację polecieliśmy samolotem przez Dubaj, Rio de Janeiro, Buenos Aires, potem autobusem do Mar det Plata, a stamtąd statkiem na Szetlandy Południowe.

— Pierwsza wyprawa na Antarktydę to 2014 rok. Druga niedawno
— Była to 39. wyprawa antarktyczna Polskiej Akademii Nauk na wyspę Króla Jerzego na Szetlandy Południowe u wybrzeży Antarktydy, które zaliczane są do Antarktyki. W polskiej stacji badawczej spędziłem rok. Pojechałem jako szyper elektryk. Za drugim razem uczestniczyłem w wyprawie jako energetyk. Odpowiadałem za produkcję energii elektrycznej, ogólnie za zaopatrzenie w wodę, smary, paliwo, prąd i oczywiście za całą elektrykę w stacji. Dosyć odpowiedzialna funkcja.

— Jak się żyje pod kołem podbiegunowym?
— Teoretycznie wszystko mamy podane pod nos. Jedzenie, spanie i codzienna praca. Człowiek psychicznie odpoczywa od wszystkiego. Tam pieniędzy się nie bierze, bo są niepotrzebne. Wyprawa trwa rok, ale część ekipy jest tam tylko latem. Na zimę zostaje tylko kilka osób. Można tam spotkać naprawdę bardzo ciekawych ludzi z całego świata. Przyjeżdżają tam naukowcy z Meksyku, Turcji, Brazylii, Argentyny, Chile, Nowej Zelandii, Anglii. Ameryki. Cały świat się przewija. Naukowcy badają życie zwierząt i roślin, których jest niewiele, ale za to są bardzo ciekawe. Rośliny bardzo powoli się rozwijają, ten proces wygląda inaczej niż na Mazurach. Natomiast środowisko jest tam bardzo czyste. To jest niesamowite.

— Naukowcy prowadzą badania, a pan dba o sprzęt?
— I prąd oraz transport. Na stacji wszystko jest zasilane prądem, który produkuje się za pomocą trzech agregatów, z czego dwa odpoczywają, a jeden chodzi non stop. Funkcjonowanie stacji zależy od energetyka. Jest też tam sprzęt pływający, więc odwiedzaliśmy różne miejsca, by naukowcy mogli pobrać próbki do badań. Zespół techniczny stacji jest od tego, by pomagać naukowcom, dbać o sprzęt, by zawsze był sprawny.

— Ile osób pracuje w polskiej stacji badawczej?
— Latem około 36 osób maksymalnie. Na zimę zostawało 6-8 osób przez siedem miesięcy.

— Tyle czasu na biegunie polarnym. Jak sobie radziliście?
— To wyzwanie. Zimą żyje się w mroku. Jest naprawdę ciężko. Latem jest ruch, przyjeżdżają naukowcy, coś się dzieje, są prowadzone badania. Nie można się nudzić. Zima to siedmiomiesięczna „kwarantanna”. Nie ma telewizji, radia, internet jest bardzo słaby. Na szczęście jest biblioteka. Jest taki zwyczaj, że każdy bierze swoje ulubione książki na wyprawę i je zostawia. Księgozbiór się powiększa. Jest też serwer z tysiącami filmów. Jest muzyka, są też gry. Siłownia i sala gimnastyczna. Można sobie czas urozmaicić. Czasem przez tydzień wieje taki wiatr, że człowieka przewraca. Wówczas nie opuszcza się bazy. Człowiek jest rozdrażniony, czasem sfrustrowany i przygnębiony. Trzeba mieć silną psychikę. Wokół jest szaro i buro. Nie ma kolorów, zapachów. Dieta staje się uboższa.

— Posiłki to głównie dania z mrożonek i puszek? Kto gotuje?
— Dostarczanie żywności do bazy odbywa się dwa razy w roku. Całe zaopatrzenie przywożone jest wraz z przybyciem do stacji zespołu badawczego oraz przy wyjeździe "letników". Tak. Przede wszystkim to mrożonki, słoiki i puszki. Po tak długim czasie najbardziej tęskni się za świeżymi warzywami i owocami. Jak się zjeżdża ze stacji, człowiek kotlet by oddał za pomidora czy szczypior. Kucharka w bazie jest tylko latem. Zimą ci, którzy zostają na stacji, pełnią dyżury w kuchni.

— A co ze zwierzętami?
— Zasada jest taka, że są najważniejsze. To ich terytorium. Jeżeli spotyka się słonia morskiego na drodze, to trzeba go ominąć. Jak położy się przy schodach, nie wolno go odgonić. Pingwiny też mają pierwszeństwo. Jest ich obok stacji kilka tysięcy. Nie boją się ludzi, można je głaskać i godzinami obserwować.

Fot. arch. Jarosław Maculewicz

Fot. arch. Jarosław Maculewicz

— Czego można się od nich nauczyć?
— Mój ulubiony przykład. Kiedy nadchodzi moment usamodzielnienia się małych pingwinów, rodzice przestają im pomagać. Muszą sobie radzić. Dorosłe pingwiny trzymają go na dystans. Młody musi nauczyć się sam zdobywać pożywienie. Jak mawiają polarnicy, taki pingwin idzie do żłobka, gdzie się tego uczy pod okiem kilku dorosłych pingwinów – opiekunów.

— Atmosfera, współpraca, relacje… Jak to wygląda?
— Przyjeżdżają tam ludzie otwarci. Niezależnie czy jest profesorem, doktorem, mechanikiem czy kierowcą ciągnika. Wszyscy współpracują. Na stacji jest też zwyczaj, że bez względu na pełnioną funkcję każdy ma dyżur w kuchni i przy sprzątaniu całej stacji. Jesteśmy drużyną. Kolejna zasada to niemarnowanie żywności.

— Jak wygląda kontakt z bliskimi?
— Na stacji jest telefon internetowy. Jest to trochę śmieszna rozmowa, bo na odpowiedź czeka się kilka sekund, do czego człowiek nie jest przyzwyczajony. Dużo zależy od pogody. Jak jest silny wiatr, trudno jest uzyskać połączenie. Generalnie kontakt z rodziną jest stały. Kilkadziesiąt lat temu działało tam radio Gdynia. Można było raz w miesiącu zadzwonić do Polski na pięć minut i koniec. Teraz jest inaczej.

— To praca czy raczej wakacje na Antarktydzie?
— Jeżeli wszystko dobrze się przemyśli, zorganizuje, zaplanuje, to nie jest praca, ale bardziej wypoczynek. Ale trzeba pamięta, że jest to też obowiązek. Nie można pójść na kilkugodzinny spacer, czy pojechać sobie w odwiedziny do stacji brazylijskiej na dwa dni. W tym czasie może coś się w stacji wydarzyć i trzeba szybko reagować.

— Przychodzi jednak czas na powrót?

— Najpierw trzydniowy rejs statkiem na Falklandy, potem samolotem do kraju. Niektórzy wykorzystują ten czas na zwiedzanie Ameryki Południowej. Inni, w tym ja, wracają bezpośrednio do domu. Kiedy stanąłem na stałym lądzie, to położyłem się na trawnik z żółtymi mleczami. Był zielony i pięknie pachniał. Wyjątkowe przeżycie. A potem oczywiście wybrałem się na piwo. Jak człowiek wraca do domu, to ogarnia go niezwykłe uczucie, które naprawdę trudno jest opisać. Trzeba to przeżyć.

— Kiedy kolejna wyprawa?
— Kusi mnie…

Renata Szczepanik