Jacek Pałkiewicz, pogromca Atlantyku i Amazonki

2021-07-30 20:31:38 (ost. akt: 2021-07-30 20:35:56)
Wyprawa z Jakucka do Ojmiakonu, najzimniejszego miejsca na świecie, gdzie na stałe żyją ludzie

Wyprawa z Jakucka do Ojmiakonu, najzimniejszego miejsca na świecie, gdzie na stałe żyją ludzie

Autor zdjęcia: Zdjęcia z archiwum Jacka Palkiewicza

Jestem człowiekiem spełnionym, nad wyraz uprzywilejowanym, który wygrał los na loterii. Zawsze robiłem to, co sprawiało mi przyjemność — mówi o swoim życiu Jacek Pałkiewicz, obywatel świata, podróżnik, dziennikarz, pisarz, twórca survivalu w Europie i odkrywca źródeł Amazonki.
Dlaczego lubi pan podróżować? Co dają panu podróże?

— Andrzej Stasiuk napisał, że podróżować znaczy żyć. A w każdym razie żyć podwójnie, potrójnie, wielokrotnie. Wychowałem się na pasjonujących książkach podróżniczych. Dla mnie sens podróżowania polega na ożywieniu wyobraźni, umiejętności zdumienia i zachwytu, czyli na nieustannej zachłanności i fascynacji światem. Dodajmy do tego odrobinę niebezpieczeństwa związanego z przekraczaniem granic możliwości, a otrzymamy esencję mojego globtroterstwa. Podróż związana jest zwykle z emocjami, radością, podekscytowaniem, nieraz także strachem. Taki koktajl uczuć przemienia zwykłe, pozornie na pozór wydarzenie w prawdziwą przygodę. Przygodę życia.

A jak się czuje ktoś, kto odkrył źródła Amazonki?

— W dzieciństwie było mi trochę żal, że nie urodziłem się w epoce epickich odkryć geograficznych i nie miałem szans doświadczyć tego, co przeżywali David Livingstone, Aleksander von Humboldt, czy im podobni. Okazało się, że stanowiące przedmiot kultu mapy geograficzne z napisem „Relief Data Incomplete”, rejon niecałkowicie zbadany, jeszcze istniały. Że było jeszcze miejsce na poszukiwania tego, co jest poza horyzontem. Od połowy ubiegłego wieku przewinęło się wielu pasjonatów przygody, którzy próbowali sformułować mgliste poglądy dotyczące źródła Amazonki. Nie wystarczyła technologia kosmiczna, aby ustalić dokładne miejsce narodzin największej rzeki świata, musiał tam pojechać człowiek. Prof. Jerzy Makowski z UW przypomina, że w badaniach głównego odcinka rzeki współczesna nauka wymaga uwzględnienia szeregu czynników: wielkości przepływu, długości, wysokości nad poziomem morza, profilu podłużnego i ukształtowania koryta, a nawet cech demograficznych i tradycji utrwalonych w historii czy kulturze regionu. Nasze kompleksowe badania rozwiązały tę zagadkę, z czego oczywiście jestem dumny. Nauka bywa jednak hermetyczna na odkrycia. Każda nowa prawda naukowa wprowadza zamieszanie w ułożonym, tkwiącym zwykle przy ortodoksyjnych pozycjach świecie wiedzy. Potrzeba było kilkanaście lat, by nasza teoria źródła Amazonki przeszła weryfikację w środowisku hydrologów i ugruntowała się w powszechnej świadomości.

Też uwielbiam podróżować i wiem, że nawet najlepiej zaplanowana podróż zawsze ma dla nas w zanadrzu parę niespodzianek. Jakie podróżnicze niespodzianki spotkały pana i jak się wszystko skończyło?

— Istnieją dwie szkoły. Niektórzy uważają, że to, co trafi się przypadkowo, może okazać się bardziej wartościowe od założonego celu. To nie leży w moim charakterze. Ja wyjeżdżam z konkretnym programem. Rzemiosła podróżowania uczyłem się na własnych błędach, bo gdy zaczynałem, pomocnych publikacji nie było. Bywało, że stawiając czoło zagrożeniom, musiałem balansować na wąskiej granicy między racjonalnym ryzykiem a realnym zagrożeniem, między odwagą a chłodną analizą. Moje wyprawy zawsze przygotowywałem bardzo pedantycznie. Nie improwizowałem, niczego nie pozostawiałem przypadkowi. Wspomagał mnie przy tym bogaty bagaż doświadczeń zdobytych wśród piasków pustyni, tropikalnego lasu czy syberyjskiej tundry. Nie bez znaczenia były też intuicja i… instynkt. Sumienne przygotowanie i unikanie improwizowania może nieraz ograniczać swobodę podróży, ale przynajmniej zapewnia sukces finalny. Z tego powodu nie odnotowałem jakiś szczególnych potknięć.

W drodze na biegun zimna w Jakucji
Fot. Zdjęcia z archiwum Jacka Palkiewicza
W drodze na biegun zimna w Jakucji

Z jakimi uczuciami wraca pan dziś z Birmy, Sahary, Patagonii — do Ełku?

— Z otoczonym malowniczymi jeziorami i prastarymi borami Ełkiem łączą mnie względy sentymentalne. Tam się wychowywałem, łowiłem raki, uczyłem się żeglarstwa, tam trafiłem do odrodzonego skautingu. Po raz pierwszy w życiu spałem w lesie we własnoręcznie zbudowanym szałasie. Nauczyłem się rozpalać w każdych warunkach ognisko, używać słońca zamiast kompasu, orientować w terenie. To była moja pierwsza w życiu szkoła przetrwania. To dlatego w 2010 r. tym chętniej podjąłem się roli ambasadora lobbingującego na rzecz Mazur w światowym plebiscycie 7 Nowych Cudów Natury. Zawsze zachwycałem się magnetyzmem tej krainy, unikalnym pomnikiem przyrody, gdzie można cieszyć się spokojem jezior, lasów i zjawiskowych leśnych stawów. W mrocznej Puszczy Rominckiej czułem się niczym w lesie kanadyjskim lub syberyjskiej tajdze. Lubię wyzwania i w firmowaniu walorów krajobrazowo-przyrodniczych tej krainy, której magię wysławiali artyści i poeci, widziałem niepowtarzalną okazję do budowania naszej marki narodowej i promocji Polski. Kraina Wielkich Jezior odniosła unikalny sukces, bo zyskała oficjalne miano najpiękniejszego regionu Europy. Znalazła się na liście czternastu ikon światowej przyrody, pokonując Malediwy, Wielki Kanion Kolorado, Galapagos czy Wodospad Salto Angel. Niestety, tej niepowtarzalnej okazji nie potrafiliśmy przekuć na eksportową markę.

Czy dziennikarz jest lepszym podróżnikiem? Czy podróżnikowi jest łatwiej w podróży, gdy na co dzień też zajmuje się opisywaniem świata — choćby i tego najbliższego?

— Tu chodzi o co innego, o zupełnie odmienne wojażowanie. W mediolańskiej szkole dziennikarstwa uczono mnie, że podróże reporterskie wymagają pasji i energii. To ciężki chleb, gdzie codziennością są spartańskie warunki, logistyczne trudności, upały i wysiłek fizyczny. Ten znojny trud wymaga solidnego przygotowania teoretycznego. Ponieważ nie mam dużej wyobraźni, nie potrafię napisać czegoś, czego sam nie doświadczyłem. Pisząc reportaż, muszę się przygotować i wzbogacić swoją wiedzę. Opisując autentyczne zdarzenia i autentycznych ludzi, powinienem też dodać refleksję. A ona wymaga zawsze rzetelnej wiedzy. Oczywiście, że nigdy nie narzekałem. Byłem świadkiem najważniejszych momentów historii XX wieku. Pamiętam przebojowe czasy dziennikarstwa, kiedy każdy miał ambicję, aby zdobyć materiał z górnej półki. Teraz redakcja zależna jest od „afrykańskiego tam-tamu”, który przybywa z agencjami prasowymi, zwykle już zdystansowanymi przez szybsze sieci cyfrowe. Nasza profesja traci na prestiżu, bo dziś każdy może rozpowszechniać w przestrzeni publicznej informacje, tak realne, jak i pokrętne lub zmanipulowane. W lawinie fałszywych doniesień, w sztuczny sposób napędzających poczytność, trudno jest rozpoznać prawdę. Ale pracę w „Corriere della Sera” wspominam z sentymentem. Wiele lat pełnych satysfakcji i sukcesów. Przypominają mi o tym publikacje z tamtej epoki, przechowywane niczym relikwie w prywatnym archiwum — zapraszam na www.palkiewicz.com. Największa gazeta włoska zapewniała swoim wysłannikom doskonałe warunki: bilet business class, dobry hotel i nielimitowane diety żywnościowe. W 1990 roku byłem w Szanghaju, aby opisać nadchodzące przemiany w Państwie Środka. Mieszkałem w legendarnym Peace Hotel, niegdyś Cathay, symbolu kosmopolitycznej grzeszności miasta w latach 30. XX wieku. Na moich oczach pojawiały się tam pierwsze fast foody, bogate centra towarowe i nocne życie. Ludzie zrzucili szare mundurki unisex na rzecz kolorowych ubrań, garniturów. Kobiety zaczęły nosić szpilki. Takich wspomnień jest bez liku. W ciągu 50 lat zrobiło się tego wszystkiego tak dużo, że ludzie, którzy nigdy nie wychylili nosa za próg własnego domu, przyjmują nieraz moje relacje z niedowierzaniem. Tak było też u Marco Polo. Kiedy na łożu śmierci rodzina i przyjaciele błagali Wenecjanina o sprostowanie swoich przekazów, „aby stał się bardziej wiarygodny”, on odparł, że nie zilustrował nawet połowy tego, co widział, gdyż nikt i tak by mu nie uwierzył. U mnie jest podobnie.

Chwila nieuwagi na indiańskiej pirodze kończy się taką przygodą
Fot. Zdjęcia z archiwum Jacka Palkiewicza
Chwila nieuwagi na indiańskiej pirodze kończy się taką przygodą

O czym jest pana ostatnia książka „palkiewicz.com”?

— To pasmo porywających doświadczeń, zarówno w krajach Pierwszego, jak i Trzeciego Świata oraz atencja dla ginących kultur i zwyczajów. Także spotkania z ludźmi, których trudno zapomnieć. Snuję chłodne refleksje nad nieodwracalnymi zmianami w naszej kulturze, nad surowymi prawami dżungli, które owładnęły współczesnym człowiekiem, i wreszcie nad życiowym bilansem oraz schyłkiem pewnej epoki. Większą część życia spędziłem we Włoszech, które stały się moim drugim domem. Cieszę się tam powszechnym szacunkiem, przy czym nigdy nie opuszczała mnie świadomość polskości. Z czasem udzieliło mi się poczucie europejskiej tożsamości. Żywiłem szacunek dla Europy, „soli Ziemi” i bardzo na nią liczyłem. Nie taję jednak, że musiałem przymknąć oko na nieskrywany przez zachodnią Europę dystans, poczucie wyższości i przewagi cywilizacyjnej czy przynajmniej protekcjonalność względem dawnego obozu socjalistycznego. Tak było nie tylko kiedyś, dziś jest podobnie i, co muszę podkreślić, taka mieszanka supremacji i pobłażliwości, zwykle zarezerwowana dla imigrantów z Trzeciego Świata, wciąż gnieździ się w głowach zachodnich prominentów działających w strukturach Unii Europejskiej.

W ubiegłym roku w filmie „A Life on Our Planet” sir David Attenborough mówił: „Świat przyrody kończy się. Dowody są wszędzie. Dzieje się to za mojego życia.” Co stało się z przyrodą za pana życia? Czy Sahara dziś jest taka sama jak w roku 1972?

— Ginie na oczach nas wszystkich. Nienasycona pazerność profitu wciąż rosnącego globalnego rynku bez reguł stała się motorem degradacji biosfery i środowiska. Swego czasu kierowałem misją kosmonautów, którzy poświadczali o chorobliwym stanie zdrowia naszego domu — Ziemi. Świat mówił o tym przez dwa dni, potem wszyscy zapomnieli. Dotknęła mnie gorycz i złość. Przegrałem, to wszystko mnie przerosło. Nie mogę mieć wpływu na zmianę głęboko zakorzenionego porządku światowego tam, gdzie nawet najbogatsze kraje są bezradne. Nie zdawałem jeszcze sprawy, że na naszych oczach rodził się „nowy porządek świata”, sterowany wcale nie przez Bilderberga, tajne gremium biznesowych gigantów lub Komisję Trójstronną czy masonów, uczestniczących w globalnej grze o władzę i bogactwo. Okazało się, że mamy do czynienia z systemem monstrualnego lobby, superorganizmu plenarnych powiązań biznesowych tytanów, wielkich koncernów kontrolujących światową gospodarkę, a zatem decydujących o losach ludzkości. Jak zauważył już Albert Einstein, nowoczesność zawiodła. Musimy zbudować nowy humanizm, w przeciwnym razie nie uratujemy planety. Rok temu papież Franciszek przypominał, że natura żywo reaguje na drapieżne zachowanie człowieka: „Jest takie hiszpańskie powiedzenie, które mówi, że Bóg zawsze wybacza, my, ludzie, czasami to robimy, czasami nie, ale Ziemia nie wybacza nigdy”.


Podobnie jak pan urodziłam się 2 czerwca. I podobnie do pana uwielbiam podróżować. Jakie było najbardziej niesamowite, najdziwniejsze, najmniej oczekiwane miejsce, w którym świętował pan któreś ze swoich urodzin?

— Tego dnia normalni ludzie dbają o jakąś wyjątkową oprawę imprezy rodzinnej. Ja zaś niejednokrotnie byłem wtedy daleko poza domem. 2 czerwca 1999 r. prowadziłem zajęcia survivalowe dla jednostek antyterrorystycznych w piaskach cieszącej się złą sławą pustyni Taklamakanu, co oznacza „wejdź, a już nie wyjdziesz”. Żar potęgował suchy wiatr, który ogołacał organizm z wody i wysuszał skórę. Czułem wzrastające tętno, bo w odwodnionym organizmie spadała objętość krwi. Wtedy dopadła nas burza piaskowa. Szara ściana gęstego tumanu pyłu i piasku połączyła ziemię z niebem utrudniając oddychanie. Furia nawałnicy napełniała uczuciem rosnącego niepokoju. Na szczęście dwa dni później dotarliśmy do oazy. Tam kurowaliśmy poranione stopy, kąpaliśmy się i piliśmy bez ograniczenia wodę. A wieczorem była urodzinowa kolacja.

Czy czuje się pan człowiekiem spełnionym?

— Jestem człowiekiem spełnionym, nad wyraz uprzywilejowanym, który wygrał los na loterii. Zawsze robiłem to, co sprawiało mi przyjemność. Były też i zaszczyty, a ponieważ nie mam agenta, sam muszę nieskromnie to przypominać. Szkoła podstawowa w Mostach na przedmieściu Lęborka przyjęła moje imię na swojego patrona. Dwóch prezydentów RP z różnych opcji uhonorowało mnie wysokimi odznaczeniami państwowymi. Otrzymałem krzyż Pro Ecclesia et Pontifice (Dla Kościoła i Papieża) od Benedykta XVI, a w Rzymie nagrodzono mnie Krzyżem Oficera Orderu Zasługi Republiki Włoskiej. Natomiast w Mokwie wybitny rosyjski artysta Iwan Korżew stworzył moje popiersie.

Magdalena Maria Bukowiecka

Kim jest Jacek Pałkiewicz?


Jacek Pałkiewicz, obywatel świata i jego odkrywca, podróżnik, dziennikarz, pisarz, twórca survivalu w Europie, ustalił miejsce narodzin Amazonki. Światowy rozgłos zyskał w 1975 r., pokonując samotnie Atlantyk w łodzi ratunkowej. Przecierał szlaki na Borneo i Nowej Gwinei. Jest weteranem Sahary, jak mało kto poznał najdalsze kresy Syberii. W 1994 r. w Górnym Orinoko dotarł do plemienia Janomamów, którzy nie utrzymują kontaktu z białym człowiekiem. Pracował w afrykańskich kopalniach złota i diamentów. Uczył kosmonautów i jednostki antyterrorystyczne strategii przetrwania w skrajnie surowych i niegościnnych środowiskach. Ambasador Polski na wszystkich kontynentach nie pozostaje bierny wobec waśni narodowej i stojąc ponad wszelkimi podziałami partyjnymi — występuje jako orędownik odnajdywania wspólnego języka. Jacek Pałkiewicz 31 lipca (godz. 16.00) będzie gościem na spotkaniu autorskim w ełckim Centrum Kultury, a 7 sierpnia autor bestsellerowych książek inspirujących dwa pokolenia polskich podróżników będzie obecny w Mikołajkach na X edycji wakacyjnego festiwalu „Lato z książką”, organizowanego przez ZyskMedia