Rozmawa z Katarzyną Sztramko z ełckiej Szkoły Walki Thor

2021-08-01 08:47:00 (ost. akt: 2021-07-30 15:02:19)

Autor zdjęcia: archiwum prywatne

Jako dziecko pragnęła bić Turka jak Wołodyjowski, potem zapowiadała się na niezłą piłkarkę, by finalnie odnaleźć swoją miłość w kickboxingu. O tym, co ją inspiruje i czym dla niej jest sport rozmawiamy z Katarzyną Sztramko z ełckiej Szkoły Walki Thor.
— Kasiu, może na początek nieco „standardowo” - od kiedy interesujesz się kickboxingiem? Czy na początku była to generalna fascynacja sportem, aby potem zakochać się w sztukach walk?
— Z relacji mamy zaczynałam od wcielania się w pana „Wołodyjowskiego” - biegałam po domu z szablą, naśladując sceny z filmu. Kiedyś powiedziałam mamie, że na przedszkolną choinkę mam być żołnierzem, mama z namaszczeniem przez całą noc robiła mi czapkę żołnierską. Wyobraź sobie, jakie było jej zaskoczenie, kiedy w przedszkolu okazało się, że miałam być śnieżynką, a nie żołnierzem. Ja byłam zadowolona, ale nie wiem jak pani przedszkolanka rozegrała sprawę śnieżynki w czapce wojskowej podczas choinkowego przedstawienia? Potem byłam długo, długo Brucem Lee i w 3 klasie szkoły podstawowej obejrzałam Rocky'ego IV, razem z Rockym robiłam brzuszki, skakałam na skakance, biegałam, byłam zafascynowana jego okresem przygotowania do walki, też tak chciałam. Niestety, w tamtym czasie mieszkałam w Niemczech w małym miasteczku, gdzie nie mogłam boksować, tam mogłam tylko grać w piłkę i grałam, oczywiście w drużynie dziewczęcej. Kiedy z rodziną wróciliśmy do Polski, byłam bardzo zaskoczona i zła, że nie mogę kontynuować gry w piłkę, ale nikt wtedy nie myślał nawet o możliwości uprawiania przez kobiety tego sportu. Na szczęście mój wujek Andrzej Zientarski i moi koledzy z podwórka, widzieli to inaczej i na równi z nimi biegałam po boisku, nawet mam dyplom jakiś z tego okresu, z rozgrywek podwórkowych. A potem obejrzałam krwawy sport i miłość odżyła. Boks i kopnięcia! Idealne! Wiedziałam, że też tak chce! Oczywiście w tamtych czasach, w małym mieście mogłam zapomnieć o karierze kickboxerki, pomyślałam: to chociaż na boks, ale tata powiedział, że to wstyd i żaden to sport dla dziewczyn (jak bardzo się mylił!), więc poszłam na karate z braku innych opcji. Aż któregoś dnia, moja przyjaciółka Aneta, przyszła do mnie i mówi „Kaśka, idziesz ze mną na kickboxing”. Nie pytała mnie – kazała - pamiętam jak dziś ten dzień, nie chciało mi się jak nigdy, ale poszłam. Weszłam na starą halę bokserską i już wiedziałam że stamtąd nie wyjdę. Ten zapach, ten klimat, pierwszy raz w życiu zobaczyłam ring, worki bokserskie, dźwięk uderzeń na worek, bajka. Tego nie da się opisać, poczułam się na swoim miejscu. Aneta zrezygnowała, ja zostałam. Do dziś śmiejemy się, że jest matką chrzestną mojego sukcesu.


— O proszę, mamy tutaj zatem do czynienia z multidyscyplinarną atletką, na wzór Gołoty, o którym mówiono, że fizycznie sprawdziłby się w każdym sporcie. A od kiedy Twoje sportowe zacięcie przekształciło się w świadomy kierunek rozwoju?

— Jako że sport jest moim równoległym światem, do którego zawsze uciekałam, i w którym zawsze się odnajdowałam, naturalne było że jeśli pójdę na studia to będzie to AWF. I tak też się stało, po maturze trafiłam do Wrocławia i rozpoczęłam studia, dostałam też pracę w świetlicy socjoterapeutycznej jako wychowawca, gdzie byłam odpowiedzialna za organizowanie zajęć sportowych (różnych dyscyplin). Niestety, prywatna sytuacja życiowa zmusiła mnie do przerwania studiów i na IV roku wróciłam do Ełku. Czy mam za sobą background w roli fighterki? Nie taki jak bym chciała i mogła, ale mam. Mam srebrny i brązowy medal z mistrzostw polski sprzed 25 lat, wtedy nie byłam świadomą zawodniczką. Pod okiem Rafała (Rafał Sztramko – szef ełckiego Thora) mam parę wygranych walk na warszawskich ligach, oprócz tego mnóstwo sparingów.


Fot. archiwum prywatne

— Jak to się stało, że zainteresowałaś się szkoleniem zawodników? Zostanie trenerką było Twoim wyraźnym celem, do którego zmierzałaś, czy wyszło samo z siebie?
— Po powrocie do Ełku trafiłam na treningi do Rafała, cały czas z aspiracjami na zawodniczkę, niestety mój wiek i sytuacja w jakiej znajdował się klub przewartościowały moje aspiracje.
Musieliśmy z Rafałem „od nowa” budować klub, aby miało to sens, trzeba było postawić wszystko na jedną kartę, wynająć lokal, zainwestować w wyposażenie, stworzyć więcej niż jedną grupę. Rafał sam by tego nie pociągnął, więc pomagałam mu na ile mogłam, ucząc się warsztatu od niego i pomagając na ile umiałam.

— Ełczanie kojarzą Twoją osobę oraz Rafała jako świetnych trenerów - macie przecież m.in. mistrzynię Oliwkę. Jak to się stało, że podjęliście współpracę? I to nie tylko na niwie zawodowej.

— Tak jak mówiłam wcześniej, razem tworzyliśmy klub od nowa, więc wszystko wyszło naturalnie, ja czerpię od niego, on czasem da coś sobie powiedzieć. Pewnie jako małżeństwo jest nam łatwiej, możemy więcej czasu prywatnego poświęcić na rozwój zawodników czy klubu, omawiać te rzeczy podczas obiadu, śniadania czy kolacji. To, że oboje patrzymy w jedną stronę i na tych samych rzeczach nam zależy, wiele ułatwia. Ostatnie słowo jeśli chodzi o zawodników należy do Rafała, z resztą ja w ten obszar się nie wtrącam. Uważam, że jest on jednym z najlepszych trenerów w Polsce, zjadł zęby na zgłębianiu procesu treningowego i na odkrywaniu niuansów techniki boksu czy kopnięć, a wszystko to potrafi przełożyć na wyniki. Czasem niechcący podrzucę mu jakiś pomysł, ćwiczenie czy poproszę, żeby więcej uwagi przeniósł na tę czy inną osobę, ale to wszystko. Stworzyliśmy układ idealny, on jako ekstrawertyk spełnia się w roli trenera, ja jako introwertyk ogarniam wszystkie niewidoczne na pierwszy rzut oka rzeczy, aby klub się kręcił... i jak na razie się kręci.

— Dobra renoma klubu przyciąga nowych adeptów. Po ilu treningach jesteś w stanie ocenić, czy dany „świeżak” nadaje się do dalszej obróbki i coś z niego może być?
— Czy nadaje się do dalszej obróbki? Po 5 minutach rozgrzewki. Czy coś z niego może być wychodzi w tzw. praniu. Jeżeli nasz „świeżak” jest motorycznie sprawny, zostają takie aspekty jak głowa, tzn. na ile odnajduje się w kickboxingu, na ile rozumie czego się uczy i po co, na ile jest w stanie pracować i poświęcić? Jak tu jest 100 proc. to zostaje jeszcze serce. Jak jest zajęcze to i technika opanowana do perfekcji nie pomoże.

— Co bardziej cenisz jako szkoleniowiec i praktyk kickboxingu? Na co kładziesz większy nacisk? Na czystą skuteczność i siłę tego sportu, czy też na umiejętności techniczne podopiecznych oraz ich przygotowanie motoryczne?
— Moim zdaniem i w naszej szkole panuje przekonanie, że bez solidnych podstaw nie masz czego szukać wśród zawodników. Jest sprawdzone powiedzenie, że zawodnik podczas walki w sytuacji stresowej zawsze będzie robił tak, jak go pierwszy trener nauczył, i niestety tak jest.
Wykonując tysiące powtórzeń nasz mózg wytwarza odpowiednią mapę dla danego ruchu, w skrócie automatyzuje je. Jeśli miałeś to nieszczęście utrwalić jakiś ruch błędnie, to przy odpowiednim nastawieniu podczas treningu możesz go skorygować, nauczyć się na nowo, ale w sytuacji stresowej, podczas walki, niestety mózg wraca do ustawień fabrycznych. Mamy już duże doświadczenie i widzimy różnice wśród zawodników których trenujemy od podstaw, a zawodników którzy przyszli do nas z innych klubów lub, nie daj Boże, samouków. Jak do tej pory, nie zdarzyło się, żeby po mistrza Polski czy wyżej sięgnął ktoś, kto przyszedł do nas i „już coś trenował”, a niejeden próbował. Także bez solidnego przygotowania motorycznego i podstaw nie zajdziesz za daleko.

Fot. Marcin Toczyłowski

— Może trochę więcej o Tobie – masz swoje kickboxerskie wzory lub np. ulubionych zawodników?
— Wzory może nie, ale jeśli jakieś trenujące dziewczynki to czytają, to na pewno dobrze byłoby zapoznać się z takimi sylwetkami jak Iwona Nieroda, Ewa Pietrzykowska, Kamila Bałanda, Pola Rogala, Paulina Saczuk, idąca teraz jak burza Martyna Kierczyńska, czy z czasów kiedy trenowały kickboxing - Róża Gumienna, Emila Czerwińska. Może nie na temat, ale lubię jeszcze Sashę Sidorenko (pięściarka zawodowa – przyp red.). Wśród mężczyzn też mamy sporo nazwisk. Ogólnie jestem fanką twardego kickboxingu, czyli formuły K1. Nasza szkoła próbuje łączyć twardy holenderski styl z radziecką szkołą boksu.

— Jak zachęciłabyś panie – te młodsze i nieco starsze – do trenowania kickboxingu? Co z istoty tego sportu mogą „wyciągnąć” dla siebie przydatnego w codziennym życiu?
— Chyba kobiet nie trzeba za bardzo zachęcać, z różnych powodów lgną do tego sportu. Niestety, przychodzą z różnymi oczekiwaniami, tak samo jak chłopaki, nie widzę tu różnicy i następuje zderzenie z rzeczywistością… Na to nie ma aplikacji. Raczej nie jesteśmy klubem, który by zachęcał i szukał zawodników, wolimy jak przychodzą do nas ludzie zmotywowani. Co kobiety mogą wyciągnąć dla siebie z tego sportu, to chyba sprawa indywidualna. Na pewno powody, które widać gołym okiem to sylwetka, a reszta? Zależy czego się szuka. Ja znalazłam wszystko. Miłość, sprawność, wieczną młodość, dobry humor, szczęście, radość, spokój, mądrość, ludzi z którymi się rozumiem i mnóstwo nieuchwytnych rzeczy, których się nie nazywa bo znikają. Jeśli ktoś szuka takich rzeczy to zapraszam!
— Dziękuję za rozmowę.

Maciej Chrościelewski
m.chroscielewski@gazetaolsztynska.pl