Piotr Domalewski: Pracuję z ludźmi, których jestem ciekaw. Rozmowa z reżyserem filmu „Jak najdalej stąd”

2021-06-26 20:04:06 (ost. akt: 2021-06-25 14:18:37)

Autor zdjęcia: Archiwum prywatne

Prosto z warszawskiej gali, na której realizowany w naszym regionie film „Jak najdalej stąd” otrzymał dwa Orły, Piotr Domalewski przyjechał do Olsztyna, by przyjąć Medal Nagrody im. Biskupa Ignacego Krasickiego. Z reżyserem rozmawiamy o jego kinie i o tym, co go urzeka w Warmii i Mazurach.

— „Cichą noc” i „Jak najdalej stąd” łączy motyw emigracji. Pan, człowiek z Podlasia, też się czuje migrantem w wielkomiejskiej rzeczywistości?
— Tak, ten gen emigranta silnie we mnie funkcjonuje... Jestem z bardzo małej miejscowości. Te wszystkie piękne miejsca, w których mam szansę żyć i pracować, nie są jednak moje. Dopiero kiedy wracam w rodzinne strony, mam poczucie, że jestem u siebie. Nie umiem powiedzieć, skąd się to bierze... To chyba coś, co się czuje? To, że się skądś „jest”?

— Nie wiem, bo nie mam podobnego doświadczenia. U mnie migrowanie odcisnęło inne piętno. Mój dom jest tam, gdzie są moi bliscy.
— A ja całe nastoletnie życie spędziłem w jednym miejscu. Moje najdalsze wycieczki były do miasta oddalonego o 17 kilometrów. Wtedy wydawało się to dużym dystansem.

— Kiedy jest się dorosłym, ma się większe możliwości, świat się kurczy...
— Świat się chyba w ogóle kurczy... O rzeczach, o których kiedyś byśmy usłyszeli za dwa tygodnie, dzisiaj wiemy w dwie minuty.

— Skoro o wiedzy mowa... Dzięki temu, co powiedział pan w czasie olsztyńskiej prapremiery „Jak najdalej stąd”, powiedział pan, że ta historia jest historią Piotra Sobocińskiego. Ale może i pańską? Pamiętam, że kiedy to usłyszałam, pomyślałam, że dziecku nauczyciela może być blisko do dziecka emigranta. Bo dobrze wie, jak to jest jednocześnie mieć i trochę nie mieć rodzica, dzieląc się nim z innymi.
— Hmm. Może rzeczywiście coś w tym jest...? Tak. Coś w tym jest.

— Pan też miał okazję wcielić się w rolę nauczyciela. Praca z Zosią Stafiej, debiutującą pod pana okiem w trudnej roli w „Jak najdalej stąd”, była wyzwaniem? Wymagała innego podejścia?
— Staram się być bardzo delikatny podczas pracy z aktorami i ekipą, więc nie musiałem wprowadzać jakichś szczególnych zmian. Jeśli chodzi natomiast o wsłuchiwanie się w emocje młodego pokolenia, to mam wrażenie, że te podstawowe są takie same dla nas wszystkich, niezależnie od naszego wieku. Może być tak, że im starsi się stajemy, tym mniej rzeczy nam wypada, ale gniew jest ten sam, radość jest taka sama. Inaczej się tylko objawiają.

— Rozumiem zatem, że praca z aktorkami z „Sexify”, które też dzieli od pana różnica wieku i doświadczeń, nie była wielkim wyzwaniem. A przedstawienie Warszawy innej od tej, do której przyzwyczaili nas już twórcy polskich seriali?
— Warszawę można opowiadać na różne sposoby. W „Sexify” staraliśmy się wydobyć z niej obraz ładnie skomponowanego socrealizmu.

— Miałam wrażenie, że ta Warszawa jest też trochę umowna. To chyba fajne z punktu widzenia netfliksowego, globalnego widza.
— Trochę nam też na tym zależało... Chcieliśmy, żeby Warszawa miała ten nasz wschodnioeuropejski sznyt, ale żeby to nie były przestrzenie, które wydadzą się niewiarygodne. Myślę, że wielu z nas ma już dość tej nieznośnej „nibylandii”, którą nam się czasem pokazuje.

Fot. Jakub Klepański

— A pan jest reżyserem „realnym”?
— Staram się.

— Ciekawe, że użył pan tego sformułowania, bo pańscy bohaterowie temu „staraniu się” nadają chyba spore znaczenie. Ola z „Jak najdalej stąd” w pewnym momencie zaczyna doceniać to, że jej ojciec „się starał”, a w „Cichej nocy” o tym, że się „starała”, mówi matka głównego bohatera. To jakaś recepta na rodzicielstwo?
— A czy to nie jest recepta na wszystko? Można przecież robić tylko to, co się da, w ramach posiadanych przez siebie umiejętności. Lubię na koniec dnia — i myślę, że wszyscy to lubimy – mieć poczucie, że w tych warunkach i w tej dyspozycji, w której byłem, zrobiłem wszystko, co możliwe. To daje satysfakcję. Może są ludzie, którzy lubią nic nie zrobić, a dostać wiele, ale wydaje mi się, że jednak więcej jest takich osób, które wolą na wszystko sami zapracować.

— A może to kwestia wychowania, pokolenia?
— Jestem z pokolenia wyżu demograficznego, więc to bardzo możliwe. Kiedy nasze roczniki wypłynęły na rynek, konkurencja była ogromna.

— Jesteśmy w podobnym wieku, więc jako czynnik determinujący nasze postawy możemy wskazać rodziców, którzy wierzyli właśnie w to „staranie się”. „Ucz się i pracuj, a dojdziesz do celu”. „Skończ studia, to zapewni ci dobrą pracę”. A potem zderzamy się z realiami i uświadamiamy sobie, że możemy sobie opowiadać taką anegdotę, jaką siostra cytuje bratu w „Cichej nocy”: za 5 tysięcy złotych czeka praca na budowie, ale do pracy za 1,5 tysiąca to już trzeba mieć jakieś studia.
— Mit wykształcenia okazał się moim zdaniem zgubny. Dużo ważniejsze jest, by mieć pasję i w niej się realizować.

— Nadzieja w tym, że dzisiejsi maturzyści są tego bardziej świadomi. I, przede wszystkim, ich rodzice.
— Jadąc do Olsztyna, słyszałem w radiu hasło „Nie chwal się świadectwem, chwal się dzieckiem”. Więc może te oceny przestają być powoli takie ważne?

— A skoro o ocenach mowa: jak ocenia pan pracę na planie „Sexify”?
— To była zupełnie inna przygoda. Po pierwsze z uwagi na gatunek, w którym się nigdy nie próbowałem, po drugie z uwagi na inny tryb pracy i odpowiedzialności wobec sześciogodzinnej fabuły.

— No właśnie: odpowiedzialność. Powiedział pan kiedyś, że reżyseria jest czymś, co pana bardziej pociąga od aktorstwa, bo pozwala panować nad całością filmu. W „Sexify”, reżyserią i pracą nad scenariuszem podzielił się pan z Kaliną Alabrudzińską. To było wyzwanie?
— Nie, bo zawsze podczas pracy nad filmem mam poczucie, że kopiemy do jednej bramki. Mam szczęście pracować z ludźmi, których jestem ciekaw. Nie wynajmuję ludzi do realizacji swojej wizji, ale potrzebuję ich autorskiego wkładu artystycznego.

reżyser filmu Piotr Domalewski
Fot. Jarosław Kowalski
reżyser filmu Piotr Domalewski

Piotr Domalewski i Zofia Stafiej, odtwórczyni głównej roli w filmie "Jak najdalej stąd"

— Wkrótce zobaczymy na ekranach efekt kolejnej pańskiej współpracy. To historia zainspirowana milicyjną akcją „Hiacynt” wymierzoną w środowisko peerelowskich homoseksualistów. Jaka Warszawa się tam pojawi?
— W „Hiacyncie”, który zadebiutuje w sierpniu lub wrześniu, skupiliśmy się na powojennym warszawskim modernizmie. Jeśli chodzi o sam film, to muszę przyznać, że kiedy o nim myślę, to się uśmiecham, bo myślę, że udało nam się wydrzeć rzeczywistości. To będzie kawałek fajnego gatunkowego kina. A nie było to łatwe, bo kręciliśmy w szczycie pandemii. Aktorzy chorowali na covid, pracowaliśmy w maskach... A mimo tego wydaje mi się, że zrobiliśmy dobry film. Mam nadzieję, że trafi on do widzów.

— To wyjątkowy rozdział w pańskiej karierze?
— Tak, to na pewno coś innego. Choć i trochę podobnego, bo zawsze skupiam się na jednostce, na wewnętrznej podróży, którą bohater odbywa.

— Filmy stały się dla pana przestrzenią do wyrażania emocji, o których nie był pan chyba nauczony i przyzwyczajony mówić?
— To prawda. Po „Cichej nocy” dostałem kredyt zaufania i informację, że są sprawy, które poruszają nie tylko mnie, ale i innych. Że w tych podstawowych uczuciach jesteśmy sobie bliscy, mimo tych podziałów, które dzisiaj są tak rozbuchane... Film jest elementem pracy nad własną psychiką i świadomością. Wiele rzeczy przepracowuję przez swoich bohaterów, przez ich zmagania z rzeczywistością.

— Pod tym względem to chyba praca aktora daje więcej możliwości? Jako reżyser i scenarzysta musi pan przecież te swoje emocje powierzyć w czyjeś ręce i liczyć na to, że zostaną dobrze zrozumiane i pokazane nam, widzom.
— I na tym też polega moje zadanie, żeby tak się stało! To zresztą naprawdę bardzo fajne. Przypomniała mi pani, że bardzo lubię swoją pracę.

— Nie sądziłam, że człowiek, który wraca z gali z nagrodami dla swojego filmu i pojawia się w Olsztynie, by odebrać kolejną, potrzebuje takich przypomnień (śmiech).
— Te gale to taka trochę kłopotliwa sprawa. Bo miejsce filmowca jest na planie albo w montażowni. Ale przy okazji takich sytuacji mamy szansę zobaczyć, ilu nas jest i jak wyglądamy w eleganckich ubraniach. Zazwyczaj ubieramy się przecież jak alpiniści (śmiech).

Fot. Bogumił Osiński

— Na dobre wpisał się pan do filmowej historii Warmii i Mazur, bo oba swoje pełnometrażowe filmy realizował pan właśnie w tych stronach. Czy nie spotkał się pan z zarzutem, że pokazuje pan więcej brzydoty niż piękna naszego regionu? Także tego symbolicznego?
— Nie uważam, żeby film, który stawia sobie na celu zrobienie pocztówki jakiegoś regionu, miał sens. Cieszę się, że Warmińsko-Mazurski Fundusz Filmowy nie oczekuje takich propozycji. Zresztą myślę, że dopiero wtedy będziemy pogodzeni sami ze sobą, kiedy zaakceptujemy miejsce, z którego jesteśmy i to, jacy jesteśmy. Próba koloryzowania wizerunku zawsze pachnie jakąś ściemą. A współcześni ludzi są bardzo wyczuleni na ściemę. Warmii i Mazur nie trzeba pokazywać tylko na zdjęciach ze słonecznego rynku.

— No, powiedziałabym nawet, że akurat pan nie ma to zbyt wielu szans, bo filmy realizuje pan wtedy, kiedy słońca jak na lekarstwo! (śmiech)
— Zdradzę pani tajemnicę: ja strasznie nie lubię gorąca! Jak mam pracować, to wolę to robić, kiedy jest zimno.

— A ja myślałam, że ta plucha pozwala panu wydobyć szarzyznę – także tę w naszych duszach.
— W Olsztynie wcale nie jest łatwo o taką szarość. To jest miasto o wielu twarzach. Już przy samym dworcu te różnice oblicza widać: obok siebie stoją dworzec, cerkiew, kościół, stacja benzynowa i... McDonald's! Myślę, że nie trzeba pewnych rzeczy zasłaniać, żeby opowiedzieć o swoim miejscu.

— Warmia i Mazury nie były „pana” miejscem, a jednak to ta przestrzeń do pana przemówiła. Czuje pan tu atmosferę zbliżoną do tej, która panuje w pana rodzinnych stronach?
— Myślę, że tak. Choć ludzie tutaj są chyba bardziej otwarci.

— I przyjezdni.
— O, to prawda. Ja się dobrze czuję wśród migrantów, więc może to być powód tego, że tu się odnajduję.

— Odnajduje się pan także w tematach dotyczących relacji. Ma pan jeszcze jakieś inne sprawy do przepracowania wspólnie z widzami?
— Ostatnio dużo uwagi poświęcam temu, co to znaczy być dorosłym: w aparacie państwowym, społecznym... Zapytałem ostatnio listonosza, czy ma coś dla mnie. Nie miał, więc powiedziałem, że to w sumie dobrze, bo w pewnym wieku dostaje się już tylko rachunki, mandaty i wezwania, a nie np. pozdrowienia. Przyznał mi rację (śmiech).

— Ale jakieś uroki dorosłości są?
— O, tak. Przekonałem się na przykład, że dorosłym wielką radość sprawia znalezienie miejsca parkingowego w cieniu drzewa. Potrafią się tym cieszyć pół dnia (śmiech).


— Mówiliśmy o ściemie. A chyba nic nie pachnie ściemą tak bardzo jak show biznes. Pan tymczasem chce zrobić film o Beacie Kozidrak. To aktualne?
— Tak. Chociaż muszę przyznać, że przez całą drogę do Olsztyna myślałem o tym, jak ten film powinien wyglądać. Jestem człowiekiem, który kontestuje swoje pomysły, więc jak mi się coś układa w głowie, to szukam powodów i sposobów na to, by przemyśleć to na nowo.

— To strategia?
— Raczej rodzaj autokorekty. W przypadku tego tematu wiem, że nie chcę zrobić filmu, który będzie jakiś slapstickowy czy dziennikarsko-popkulturowy.

— Zagrożeń jest sporo: można podążyć w stronę laurki, można w stronę plotkarską.
— A mnie nie interesuje ani jedno, ani drugie.

— Beata Kozidrak, której fenomen jest dla mnie zagadką, sama jest też postacią, o której — właściwie — niewiele wiemy. To chyba nie ułatwia pracy nad filmem, choć pewnie czyni ją bardziej interesującą...
— To prawda. Chciałbym, żeby ten film był przejmujący. Tym bardziej że w życiorysie Beaty Kozidrak, i artystycznym, i prywatnym, jest na to miejsce. To jakieś świadectwo przemian, których doświadczyliśmy my wszyscy.

— Jak już zdecydujecie się na konkretną ścieżkę, to za materiał do scenariusza posłuży autobiografia Beaty Kozidrak?
— Też. Ale nie tylko. Myślę, że znajdzie się również jakiś element kreacyjny, bo pokazanie „jak było”, to dla mnie za mało na film. W głowie mam już pewien pomysł na większą metaforę, ale nie wiem, czy w tym kierunku podążymy.

— Wyobraźmy sobie, że nic pana nie ogranicza: budżet, prawa autorskie, nic. Jaki film pan kręci?
— „Gwiezdne wojny”!

— Seqel, preqel?
— Spin-off!

— Cóż by tam się działo?
— Nie mogę opowiedzieć fabuły, bo ktoś mi ją zaraz podwędzi, ale chciałbym zrobić film o zwykłym człowieku, który działa w Rebelii, ale nie jest żadnym rycerzem Jedi ani nikim ważnym. Czyli znów byłby to film psychologiczny w uniwersum Gwiezdnych wojen (śmiech). Bardzo podobał mi się „Łotr 1”, który przypomniał nam, że te wojny w tytule z czegoś się wzięły.


— Pamięta pan film, który sprawił, że postanowił pan zostać człowiekiem kina?
— Chyba nie potrafiłbym wskazać takiego konkretnego tytułu.

— Ale były filmy oglądane dziesiątki razy?
— Oczywiście! „Dzień świra” i „Gladiator”! A jak byłem młodszy, to bardzo lubiłem westerny.

— Oglądane rodzinnie?
— Przede wszystkim z bratem. Ale tego przełomowego filmu, po którym zapragnąłem zostać reżyserem, nie umiem przywołać. Zresztą w moich stronach bycie reżyserem było zarezerwowane dla innego uniwersum. Można było marzyć, że będzie się aktorem, ale na pewno nie reżyserem. Nikt nie miał nawet pojęcia, jak to się robi.

— Pana chyba w ogóle interesuje to, co nieodkryte?
— To prawda. Na koncercie interesują mnie ci, którzy rozstawiają scenę. W restauracji — to, co się dzieje na zapleczu. Mam jeszcze wiele miejsc, do których nie zajrzałem. A chcę.

Daria Bruszewska-Przytuła
d.bruszewska@gazetaolsztynska.pl

Fot. Jakub Klepański

Kapituła nagrody im. Krasickiego nagrodziła reżysera za „podejmowanie w twórczości filmowej niezwykle istotnych problemów Polaków, wykorzystywanie w realizacji filmów scenerii związanych z regionem Warmii i Mazur oraz konsekwentną współpracę z Warmińsko-Mazurskim Funduszem Filmowym”.