My z archipelagu COVID-19, czyli dni na szpitalnej planecie

2021-04-09 20:11:47 (ost. akt: 2021-04-09 15:14:34)
Pacjentom pozostaje czekanie i... walka. Mogą na siebie liczyć, wspierają się psychicznie, czasem dzielą jedzeniem

Pacjentom pozostaje czekanie i... walka. Mogą na siebie liczyć, wspierają się psychicznie, czasem dzielą jedzeniem

Autor zdjęcia: Władysław Katarzyński

Północ, słychać jęk karetki pogotowia. Podjeżdża pod izbę przyjęć. To codzienny obrazek, już nie robi na nas wrażenia. Na dworze zima walczy z wiosną, my z koronawirusem.

Jak ryby na piasku

Od 17 marca leżę na oddziale covidowym Powiatowego Szpitala Wielofunkcyjnego w Ostródzie ze stwierdzonym zakażeniem koronawirusem. Ze 170 łóżek, w tym tych z respiratorami, większość jest zajęta. Na ustawienie kolejnych miejsca już nie ma. Wykorzystano każdy kącik, nawet ten zwykle użytkowany przez pielęgniarki. Ubrane są tu niczym w filmach science fiction w grube biało-niebieskie lub niebieskie kombinezony. Do tego przyłbice, pod którymi dodatkowo kryją się maseczki. Na nogach białe kalosze.

Kiedy tylko zaświta, ruszą na sale. Po dyżurze, jak zdejmą już kombinezony, spocone padają z nóg. Któregoś dnia jeden z dyżurnych lekarzy dzwoni do nas i przeprasza, że nie był na obchodzie, ale ratował życie dwóm pacjentom. To codzienność.

Ledwie przybyli pacjenci natychmiast trafiają do łóżek. Przypominają wyrzucone na piasek ryby. Wstrząsają nimi drgawki, dławiący kaszel. Ja sam nie mogę wymówić słowa, to jakieś rzężenie. Niektórych podłącza się do tlenu. Syk tlenu, brzęczenie aparatury pomiarowej, tu i ówdzie komórek, dudnienie wózków z lekarstwami to uwertura do zbliżającego się kolejnego, ciężkiego dnia w ostródzkim szpitalu. — Siostro, siostrzyczko, duszę się, pomóż! — słychać z sali.

Pod kroplówką

Godzina 6.30. Dostaję prosto w żyłę kolejną dawkę antybiotyków w płynie, czuję w dłoni rozlewające się przenikliwe zimno. Takie zimno opanowało mnie przed przyjazdem do szpitala. Nie pomogły koce, nawet podwójnie ułożone. Skąd to się wzięło, mimo maseczki, mycia rąk!

Chwila narady w ekipie ratunkowej karetki, telefony, test, który okazał się pozytywny, decyzja o wyjeździe do Ostródy, bo tam jest miejsce. Od tej chwili czas stanął dla mnie w miejscu — ba, nawet się cofnął. Byłem przekonany, że jest już grubo po północy, a była godzina przed. Straciłem smak, apetytu zero, węchu, miałem zaburzenia równowagi. W pewnej chwili upadł mi na podłogę długopis. Sądziłem, że leży tuż obok, leżał metr dalej i znacznie niżej.

Nie jesteście pariasami!

Około dziesiątej obchód. Doktor Szadziewicz, lekarz dyżurny, wpada do naszej sali niczym „Lokomotywa” z wiersza Tuwima, dynamiczny, pełen energii, tryska optymizmem.

— Nie czujcie się pariasami w tym społeczeństwie! — oznajmia. — Jeszcze wiele osób znajdzie się w takiej jak wy sytuacji. Najważniejsze, żebyśmy stworzyli wspólny front i wygrali!

Szpital w Ostródzie dzień później. Nastrój podły. Na zewnątrz sypie śnieg. Widok z okna to kwadrat podwórza z kilkoma brzózkami, na których panoszą się pożerające je jemioły. Na chwilę na parapecie siada wrona i to cały świat przyrody.

— Mąż tej pani naprzeciwko dzień wcześniej umarł na koronawirusa, ale ona o tym jeszcze nie wie! – pokazuje pani Irena, od tygodnia w szpitalu. — Czekają, aż przyjedzie córka z Niemiec i zajmie się pogrzebem. Wtedy ją powiadomią.
Pani Irena jest chodzącą wiedzą o koronawirusie. Tak się jej przynajmniej wydaje. Rwie się do domu. A siostry na dyżurze zwijają się jak w ukropie. Każda z karteluszkiem w ręku, gdzie odnotowuje się np. poziom cukru pacjenta, ciśnienie tętnicze, wysokość saturacji czyli natlenienie krwi... Nie mam pojęcia, jak mogą się w tym połapać. Dane trafią do lekarza dyżurnego. Ułoży z nich skomplikowaną, wiadomą dla siebie łamigłówkę.

— Przydałby się wam komputer osobisty! — zwracam się do sióstr. — I jakieś wielofunkcyjne łóżka, bo te trzeba przetaczać.
— Ba! — mówi jedna z pielęgniarek. — Ale sprzęt kosztuje! Co tu mamy nowego? To jest nasz najnowszy sprzęt, monitor kardiologiczny, dar myśliwych Warmii i Mazur! — pokazuje.

Za chwilę zmiana pościeli. Przed śniadaniem dostaję swoją porcję tabletek. Różowa, brunatna, żółta, zielona, pół białej. I na „deser” insulina w brzuch, jak zresztą do każdego posiłku. Przed przyjazdem do szpitala nie brałem ani kropli. Ale też takie badania wcześniej zaniedbałem. A tu problem!

Najważniejsza jednak jest dawka leków, która bezpośrednio działa na pozbycie się z organizmu koronawirusa: steryd, antybiotyk, lek rozrzedzający. Muszę tu zostać na co najmniej pełne dwa tygodnie. Wahania poziomu cukru są u mnie przygnębiające. Od 97 do 473: To sprawka sterydów.

Pilęgniarki w kombinezonach

Posiłek jak rytuał

Po kilku dniach pobytu stwierdzam, że opieka medyczna w ostródzkim szpitalu jest bardzo dobra. Nie mam również zastrzeżeń co do szpitalnego jedzenia. Jest bardzo urozmaicone, a zarazem dietetyczne, dostarcza je firma cateringowa. Zresztą posiłki w szpitalu to cały rytuał. Liczysz upływające między nimi przerwy z zegarkiem w ręku. Aby dłużej spożywać i upajać się smakiem, który wrócił, kroję kromki chleba na drobniejsze. Co pan robi? — pyta siostra.— Kiedy stąd wyjdę, to założę szkołę przetrwania! — śmieję się.

Powoli poznaję innych towarzyszy niedoli. Pan Władysław z Jemiołowa pod Olsztynkiem, lat 88. Pięciu synów, trzy córki, część za granicą. Dzwonią nawet po 22.00. Przez wiele lat on pracował w kopalniach na Śląsku. Pewnego dnia przyjechali na Mazury, żeby odpocząć i mieli wypadek samochodowy. 16 lat jest na dializie, tu przeprowadzają zabieg w szpitalu. Żona pana Władysława, z ktorą przeżyli 64 lata zmarła na koronawirusa w grudniu zeszłego roku. Teraz jej mąż zastanawia się, co zrobi z przetworami, które zgromadziła.

Pan Henryk, lat 64, z Pietrzwałdu na Wzgórzach Dylewskich. 30 lat temu miał też wypadek samochodowy. Po nim dwa miesiące był w śpiączce. Problemy z wymową, formułowaniem zdań. Też na dializach. Mieszka w domu z partnerką. Hodują kury, gęsi. Opowiada mi o Jeziorze Francuskim, gdzie chłopi potopili żołnierzy napoleońskich, którzy zabierali się za ich kobiety. Znam tę historię, ale słucham uważnie.

Telewizor za dwa złote

Pani Maria, w życiu prywatna inicjatywa, produkcja oranżady w proszku. Znacie ten z smak? — pyta. — Ja go na dzisiaj nie czuję, ale wróci! Bo jak nie wróci, to co zrobić?

Zbliża się mecz Polska-Węgry, a w salach w naszym pionie tylko dwa telewizory i to u kobiet. A kobiety tu sportem się nie interesują. Wszyscy zresztą cierpią na brak dwuzłotówek, a telewizor jest na „wrzuć monetę”.
Końcówkę meczu jednak udaje mi się obejrzeć w smartfonie pana Kazimierza.

Z zawodu emerytowany lekarz weterynarii, który w telefonie posiada dzwonek w postaci fragmentu piosenki „Pojedziemy na łów”, jest wielkim miłośnikiem łowiectwa i psów. Opowiada, jak powita go Kaja, owczarek niemiecki. W tej chwili siedzi godzinami przy aucie pana i skowyczy: Dlaczego nie wracasz, przecież nigdy cię tak długo nie było!

W tygodniu pojawia się osobliwy pacjent, namiętny palacz. Zwraca na siebie uwagę, bo nawet do łóżka kładzie się w lakierkach. Od czasu do czasu, wymyka się do ubikacji i wypala papierosa. Na parapecie okna leżą niedopałki.

Szpitalny korytarz

Jest z kim porozmawiać

Dotąd leżałem w sali pięcioosobowej, w tym w łóżku z dostępem do tlenu, teraz go już nie potrzebuję. Po kilku dniach zostaję przeniesiony do dwuosobowej. Jest tu już pan Jerzy, lat 89, emerytowany nauczyciel z gminy Ostróda. Uśmiecha się szeroko, nareszcie ma z kim porozmawiać. Pan Jerzy, uwaga, jest po trzech operacjach prostaty, stopy cukrzycowej, czerniaka, wszczepieniu by-passów, czeka go też operacja zaćmy. Nawet tutaj sam sobie przygotowuje i wstrzykuje insulinę. Kiedy wróci, nikt w domu na niego nie czeka, bo żona, chora na Alzheimera, od trzech miesięcy przebywa w domu opieki. Nie ma z nią kontaktu. Od czasu do czasu odwiedza ich mieszkająca niedaleko córka.

— Jutro wychodzę! — cieszy się. A za chwilę po odebraniu telefonu: Nie, lekarz powiedział, że jeszcze dzień, dwa. Jeszcze mi się to diabelstwo gdzieś ukrywa w ciele!

Niepokoi nas stan pacjenta spod dwójki. Godzinami leży i się nie rusza. Aż któregoś dnia już go nie zastajemy.

Pan Jerzy zabija czas rozwiązywaniem krzyżówek. Ma ich pod rękę prawie 300 w zestawie. Mnie wzięto z Olsztyna bez żadnych książek, piszę więc wiersze, odnotowuję wydarzenia dnia, spisuję sobie nawet menu i leki, które biorę. W nocy spaceruję po korytarzu: 45 kroków w jedną stronę, 45 w drugą. Raz się pomyliłem, „za karę” więc jeden przemarsz więcej. Ponadto ćwiczenia gimnastyczne. A poza tym staranne prasowanie smartfonem prześcieradła. Na studium wojskowym robiłem to taboretem. Zawsze jakieś zajęcie.

Mijają dni, powoli „wypłukują” ze mnie to świństwo, jeszcze dwa ostatnie testy, żebym stwierdzić, czy jestem wyleczony i czy nie zarażam. W przeciwnym wypadku nie wypuszczą.

Jeden ze sprawdzianów, jakie szkody wyrządził w organizmie koronawirus to tomografia. Nabrać powietrza, oddychać, nie oddychać i tak pięć razy, brzmią nade mną niczym głos demiurga polecenia.

Moja własna roślinka

— Siostro, a dlaczego tu nie ma kwiatów? — pytam na koniec.
— Nie stać nas na ogrodnika! — odpowiada śmiejąc się.

Nazajutrz biorę jakąś zieleninę ze śniadania, wkładam do plastikowego kubeczka i już mam własny kwiatek. Jak z filmu „Leon zawodowiec”. Wychodzę, jak mi obiecali lekarze, po dwóch tygodniach. W tym czasie, bardzo trudnym, bardzo wspierała mnie żona Irena i reszta rodziny. Wychodzę w środę, 31 marca. Na zewnątrz słońce, ale to jeszcze nie wiosna.

Władysław Katarzyński

Komentarze (2) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Komentarze dostępne tylko dla zalogowanych użytkowników. Zaloguj się.

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. Aniela Maja #3064247 11 kwi 2021 09:19

    Każdy z nas różnie odbiera pobyt w szpitalu. Obiektywne spojrzenie jest trudne. Subiektywizm wpływa na interpretację historii. W szpitalach stykamy się z chorobą, bólem cierpieniem, śmiercią ale też z powrotem do zdrowia. Losy ludzkie czasami są zawiłe. Najważniejsze znaleźć w tym wszystkim równowagę. Dla każdej ze stron to ciężki czas. Dostrzegajmy w tym wszystkim jednak pozytywne aspekty.

    odpowiedz na ten komentarz

  2. zasx #3064245 10 kwi 2021 19:54

    To jest... no brak mi słów... Porównywać szpital do obozu koncentracyjnego?

    odpowiedz na ten komentarz pokaż odpowiedzi (2)

    2001-2021 © Gazeta Olsztyńska, Wszelkie prawa zastrzeżone, GRUPA WM Sp. z o. o., 10-364 Olsztyn, ul. Tracka 5

    GRUPA WM Sp. z o.o. realizuje projekt dofinansowany z Funduszy Europejskich w ramach działania 1.5 Dotacje na kapitał obrotowy Programu Operacyjnego Polska Wschodnia 2014-2020.

    Unia Europejska

    VISA MASTER CARD