Powtórka z 1973 roku byłaby bardzo miłą niespodzianką, ale szanse są niewielkie

2021-03-31 18:04:20 (ost. akt: 2021-03-31 12:52:31)
Polska zagra w środę w Londynie bez Roberta Lewandowskiego

Polska zagra w środę w Londynie bez Roberta Lewandowskiego

Autor zdjęcia: pzpn.pl

Reprezentację Polski - pozbawioną kapitana i najlepszego piłkarza - czeka dzisiaj na Wembley spore wyzwanie. W buty Roberta Lewandowskiego będą musieli wejść zawodnicy, którzy nigdy wcześniej nie byli liderami biało-czerwonych.
W Londynie Polacy zagrają nie tylko bez kontuzjowanego Roberta Lewandowskiego, ale i bez kolejnych dwóch zawodników, którzy zagrali ostatnio z Andorą (3:0). Kadrowicze przeszli kolejne testy na obecność koronawirusa SARS-CoV-2, no i – niestety – w przypadku Kamila Piątkowskiego i Grzegorza Krychowiaka przyniosły one pozytywne wyniki (zakażony jest również Jakub Kwiatkowski, rzecznik PZPN). W związku z tym jednak, że Krychowiak jest ozdrowieńcem, PZPN podjął rozmowy z UEFA w sprawie dopuszczenia pomocnika Lokomotiwu Moskwa do dzisiejszego spotkania z Anglią (g. 20.45). Brany jest pod uwagę scenariusz, że zawodnik doleci do Anglii prywatnym samolotem.

Przypomnijmy, że są to kolejne przypadki koronawirusa wykryte podczas marcowego zgrupowania reprezentacji: wcześniej pozytywne wyniki badań mieli Mateusz Klich i Łukasz Skorupski. Dziś na Wembley nie zagra też kontuzjowany Robert Lewandowski, który podczas niedzielnego meczu z Andorą doznał uszkodzenia więzadła pobocznego prawego kolana. Kapitan biało-czerwonych wrócił już do Monachium, gdzie przejdzie kolejne badania i będzie przechodził rehabilitację.

Przypominamy, że bezpośredni awans na mundial wywalczy tylko zwycięzca grupy, a kolejna trzymeczowa tura eliminacji MŚ została zaplanowana na wrzesień, kiedy to Polacy zmierzą się kolejno: u siebie z Albanią (2.09), na wyjeździe z San Marino (5.09), a także rozegrają rewanż z Anglią (8.09).

* Grupa I, dziś grają: Anglia – Polska, Andora – Węgry, San Marino – Albania (wszystkie o godz. 20.45).
* Dotychczasowe mecze: Andora – Albania 0:1, Anglia – San Marino 5:0, Węgry – Polska 3:3, Albania – Anglia 0:2, Polska – Andora 3:0, San Marino – Węgry 0:3.

GRUPA I
1. Anglia 6 7:0
-------------------------------
2. Polska 4 6:3
3. Węgry 4 6:3
4. Albania 3 1:2
5. Andora 0 0:4
6. San Marino 0 0:8

Żeby wyjechać z Londynu z dorobkiem punktowym, będziemy potrzebować zaskakującego bohatera. Kto może wcielić się w rolę pogromcy dumnych Synów Albionu? Patrząc na historię, to tak naprawdę… każdy. Przeszłość naszej kadry jest pełna takich postaci, a najsłynniejszą legendę – Jana Domarskiego – stworzyło właśnie Wembley.

Jan Domarski, Anglia – Polska 1:1, 17.10.1973

Kiedy myślimy o „cudzie na Wembley”, to na myśl przychodzą nam dwa nazwiska – broniącego jak w transie strzały gospodarzy Jana Tomaszewskiego oraz zdobywcy jedynej bramki dla biało-czerwonych Jana Domarskiego. I o ile po Tomaszewskim cały naród spodziewał się fenomenalnych interwencji, o tyle po napastniku Stali Mielec, który nigdy w karierze nie wyrósł ponad „solidnego ligowca”, nikt się nie spodziewał cudów. Poza tym gdyby nie wcześniejsza kontuzja Włodzimierza Lubańskiego, którego miejsce w składzie „Orłów Górskiego” musiał zająć właśnie Domarski – to dzisiaj pewnie niewielu pamiętałoby o napastniku pochodzącym z rzeszowskiej Drabinianki.
Była 57. minuta meczu, meczu, który decydował o awansie na mistrzostwa świata w Niemczech. Grzegorz Lato pędził z piłką lewym skrzydłem, dograł do środka do niepilnowanego Domarskiego, który zdecydował się na płaski strzał z 16 metrów. Chciał uderzać przy dalszym słupku, piłka zeszła mu jednak na zewnętrzne podbicie i wpadła do bramki pod brzuchem nieudolnie interweniującego Petera Shiltona.

– Przyszła, naszła, zeszła i weszła – opisywał to zdarzenie po latach sam bohater i dodawał: – Fuksy są. I do dzisiaj, ponad czterdzieści lat od meczu, o tym wspominamy. Było to dzieło przypadku, bo Shilton równie dobrze mógł ten strzał obronić.

Dla Jana Domarskiego był to jeden z zaledwie dwóch goli strzelonych w biało-czerwonych barwach i przedostatni mecz w kadrze, który zagrał w pełnym wymiarze czasowym. Lokalna gwiazda Podkarpacia, dzięki niezwykle szczęśliwemu uderzeniu, stała się bohaterem wielu pokoleń Polaków. A że Domarski nigdy nie był wybitnym napastnikiem? Cóż, czasami po prostu trzeba się znaleźć w odpowiednim miejscu i w odpowiednim czasie.

Marek Citko, Anglia – Polska 2:1, 9.10.1996

Na kolejną bramkę strzeloną przez biało-czerwonych na Wembley musieliśmy czekać blisko 23 lata. W 7. minucie meczu eliminacji - do mistrzostw świata w 1998 roku - z prawej strony dośrodkował Henryk Bałuszyński, Krzysztof Warzycha piłkę przepuścił, w efekcie trafiła pod nogi Marka Citki, 22-letniego zawodnika Widzewa Łódź. Dla młodego pomocnika to był debiut w meczu o punkty w narodowych barwach, jednak presja nie spętała mu nóg. Wykorzystał szansę daną mu przez Antoniego Piechniczka, przyjmując dokładnie piłkę i z zimną krwią kierując ją obok wychodzącego z bramki Davida Seamana.

– Gol, gol, gol, gol proszę państwa! 23 lata czekaliśmy na to, żeby Polacy strzelili bramkę na Wembley. Marek Citko i na ekranach strapiona twarz Glenna Hoddle’a – komentował spotkanie w TVP Dariusz Szpakowski. – Chciałbym zobaczyć tę twarz za półtorej godziny. Znakomita akcja, którą rozpoczął Bałuszyński. Citko w takich sytuacjach nie przebacza – dodał współkomentujący spotkanie obecny prezes PZPN Zbigniew Boniek.

Niestety oblicza Anglików już wkrótce się rozchmurzyły po dublecie ich supersnajpera Alana Shearera. To jednak nie przeszkodziło polskim kibicom w pokochaniu młodego chłopaka z Białegostoku, który dał im radość z niespełna 20-minutowego prowadzenia na Wembley. W kraju wybuchła „Citkomania” – zawodnik zwyciężył w plebiscycie na najlepszego sportowca Polski 1996 roku, zostawiając za plecami m.in. złotych medalistów igrzysk olimpijskich w Atlancie. Czy reakcja fanów futbolu, którzy wynieśli pod niebiosa zawodnika, który zdobył jedną bramkę w i tak przegranym meczu, była przesadzona? Na pewno, ale w dobie futbolowego marazmu każdy promyczek nadziei był na wagę złota. Cała historia, podobnie jak mecz na Wembley, nie miała jednak happy endu. – Gol z 1996 roku nie odmienił, a trochę popsuł mi życie. Kiedyś przejście 20 metrów po Piotrkowskiej zajęło mi pół godziny. Citkomania była udręką, przeszkadzała – przyznał Citko w rozmowie z „Przeglądem Sportowym”. Do tego doszły kłopoty zdrowotne – zerwanie w 1997 roku ścięgna Achillesa, które zablokowało jego transfer do Premier League (mówiło się nawet o Liverpoolu). W efekcie jego reprezentacyjny licznik zatrzymał się, podobnie jak w przypadku Jana Domarskiego, na dwóch golach. Klątwa Wembley?

Grzegorz Bronowicki, Polska – Portugalia 2:1, 11.10.2006

Najsłynniejszy mecz pod wodzą Leo Beenhakkera i – biorąc pod uwagę olbrzymią różnicę w umiejętnościach piłkarzy – jedna z najbardziej niesamowitych wygranych w trenerskiej karierze Holendra. Spotkanie na Stadionie Śląskim w eliminacjach do Euro 2008 miało wielu bohaterów, w tym zdobywcę obu bramek „Ebiego” Smolarka czy fenomenalnie broniącego Wojciecha Kowalewskiego. Najbardziej niezwykłą historię napisał jednak boczny obrońca Grzegorz Bronowicki, dla którego było to drugie spotkanie w naszej kadrze i pierwsze przed własną publicznością. Chłopak z Legii, który niewiele wcześniej łączył grę w niższych ligach w Górniku Łęczna z pracą w kopalni, zagrał na poziomie największych obrońców świata. Wyłączył z gry Cristiano Ronaldo i Simao Sabrosę w sposób, którego mogłoby mu pozazdrościć wielu słynnych defensorów. Do tego dołożył siatkę założoną Ronaldo, która stała się symbolem luzu i pewności siebie, jaką Bronowickiego natchnął Beenhakker.

– Wiadomo, jaki kunszt prezentuje Cristiano. Jakie ma zwody, szybkość. Nie tacy jak ja byli przez niego ośmieszani. Choć to, rzecz jasna, żadne usprawiedliwienie. Jeżeli zagram, zrobię wszystko, by go zatrzymać. Portugalczycy to świetni piłkarze, ale tylko ludzie – podkreślał przed spotkaniem. I okazało się, że Bronowicki nie rzucał słów na wiatr. Później wspominał, że przez całe spotkanie powtarzał sobie, żeby nie podchodzić za blisko do CR7. Ta prosta taktyka, w połączeniu z maksymalną ambicją i koncentracją, dała efekt i była jednym z ważnych elementów, które razem złożyły się na niezwykle cenną wygraną. Niestety, podobnie jak w przypadku Marka Citki później było już tylko gorzej. Bronowickiego skusiła perspektywa transferu do Crvenej Zvezdy Belgrad, gdzie zaczęły go prześladować kontuzje. Mistrzostwa Europy, do awansu na które wydatnie się przyłożył, musiał oglądać sprzed telewizora. Kiedy widział, jak koledzy wychodzą na mecz z Niemcami, nie był w stanie powstrzymać łez. Jego licznik występów w kadrze zatrzymał się na 14.

Sebastian Mila, Polska – Niemcy 2:0, 11.10.2014

Tak jak dla „Orłów Górskiego” mitem założycielskim był zwycięski remis na Wembley, tak dla reprezentacji Polski prowadzonej przez Adama Nawałkę takim meczem stała się eliminacyjna wygrana z Niemcami. Ta sztuka udała się biało-czerwonym dopiero w 19. oficjalnym starciu z naszymi zachodnimi sąsiadami.

]Na ogromne słowa uznania zasłużył cały zespół, ale w pamięci kibiców najmocniej zapisały się fenomenalne parady Wojciecha Szczęsnego oraz gole Arkadiusza Milika i Sebastiana Mili.

Ten drugi po wejściu z ławki na ostatni kwadrans rzucił Niemców na łopatki, strzelając gola na 2:0. Tym samym Mila Dołączył do grona bohaterów naszej kadry, na których niewielu liczyło.

W całym spotkaniu Niemcy strzelali celnie pięć razy częściej od Polaków, ale co z tego, skoro dwa z trzech naszych celnych uderzeń wpadły do siatki? To właśnie skuteczności zawdzięczamy jeden z piękniejszych wieczorów na Stadionie Narodowym. Kiedy Sebastian Mila w 77. minucie szykował się do zmienienia Arkadiusza Milika, Adam Nawałka zachęcał go do jak najdłuższego utrzymywania się przy piłce z dala od naszej bramki, aby odciążyć defensywę. Holender nie mógł się spodziewać, że 32-letni pomocnik Śląska Wrocław dołoży do tego bramkę. 11 minut po jego wejściu na boisko, Robert Lewandowski fenomenalnie zastawił się w polu karnym rywali, dostrzegł wychodzącego na czystą pozycję wypoczętego „Rogera”, a ten technicznym uderzeniem przy dalszym słupku nie dał szans Manuelowi Neuerowi.

– Nie wiedziałem, że w ogóle tyle osób mnie zna, ile dzisiaj skandowało moje nazwisko. Zawsze strzelenie bramki w reprezentacji to jest spełnienie marzenia. Strzelenie na Stadionie Narodowym, coś jeszcze większego. A strzelić na Narodowym Niemcom i wygrać spotkanie? Absolutny szok – opowiadał tuż po spotkaniu dziennikarzom Sebastian Mila. Dla zawodnika, który jako młodzian uchodził za wielki talent i który dziesięć lat wcześniej w barwach Groclinu Dyskobolii Grodzisk Wielkopolski eliminował z Pucharu UEFA Manchester City, ten wieczór na Stadionie Narodowym był kropką nad „i”, która sprawiła, że przestało się o nim mówić jako o niespełnionym potencjale, a zaczęło nazywać „pogromcą Niemców”. Bramka zdobyta z tym rywalem była jego pierwszą w kadrze po ponadośmioletniej posusze, kiedy jego kariera znacznie wyhamowała. Na Euro do Francji ostatecznie nie pojechał, ale do dziś jest jednym z bardziej kochanych przez kibiców byłych reprezentantów Polski.

Michał Pazdan, Polska – Niemcy 0:0, 16.06.2016

O ile naszą eliminacyjną wygraną z Niemcami można nazwać szczęśliwą, o tyle niecałe dwa lata później na mistrzostwach Europy we Francji zagraliśmy tak dobrze, że bezbramkowy remis należy odbierać w kategoriach drobnej niesprawiedliwości. Jednym z fundamentów, na których zespół Nawałki opierał swoją świetną postawę, był stoper Legii Warszawa Michał Pazdan.

Przed wyjazdem na Euro jedną z głównych obaw polskich kibiców była właśnie obsada miejsca obok Kamila Glika w linii obrony. Pazdana dla reprezentacji Polski odkrył Beenhakker, zabierając swoją „Piranię” nawet na Euro 2008. Tam jednak obrońca nie zagrał ani minuty, a upodobanie doświadczonego Holendra do tego ligowca było traktowane przez większość obserwatorów jako niezbyt groźne dziwactwo. Nawałka, który był dawniej asystentem Beenhakkera, widział jednak w mierzącym zaledwie 180 cm wzrostu stoperze to samo, co jego dawny pryncypał – ogromny potencjał i ambicję. Pazdan dobrze spisywał się już w eliminacjach, ale ostatecznym chrztem bojowym, po którym pokochał go cały naród, było Euro 2016, a w szczególności mecz z Niemcami.

Stoper Legii kompletnie wyłączył z gry Mario Goetzego, wygrywając z nim wszystkie sześć pojedynków i tylko raz faulując. Po godzinie Niemiec ze spuszczoną głową zszedł z boiska. Agresywna gra pressingiem, ambicja i świetne przewidywanie gry sprawiły, że Niemcy tak naprawdę nie zagrozili poważnie polskiej bramce, a o Pazdanie… zaczęto śpiewać piosenki. „Kogo chcesz dziewczyno, ja wiem! Pazdana!” śpiewane na melodię zespołu Tarzan Boy na stałe weszło do kanonu polskiej piosenki kibicowskiej, a łysy obrońca został pokochany przez fanów biało-czerwonych.

* Według ekspertów z firmy Totolotek, reprezentacja Polski pod nieobecność Lewandowskiego będzie skazana na pożarcie. Za jedną złotówkę postawioną na wygraną biało-czerwonych Totolotek wypłaci aż 10,49 zł (minus podatek). W opinii bukmachera bardziej prawdopodobne jest, że zespół Paulo Sousy wyjedzie z Londynu bez goli (kurs 1,76) niż że cokolwiek strzeli (1,99). Po męczarniach z mocniejszymi rywalami za kadencji Jerzego Brzęczka i niespecjalnie efektownym początku pracy Paulo Sousy, kibice nie mają wielkich oczekiwań. Wszystko inne niż bezbarwna porażka zostanie odebrane jako iskierka nadziei na lepszą przyszłość. Paulo Sousę czeka karkołomne zadanie, ale właśnie w takich chwilach rodzą się przecież wielkie drużyny.
red, pes


Podczas Euro 2016 Michał Pazdan był jednym z najmocniejszych punktów polskiej kadry
Fot. Maciej Gillert