Kto zapłaci za bon na posiłek?

2021-03-22 14:07:28 (ost. akt: 2021-03-22 12:13:41)

Autor zdjęcia: pixabay.com

Jak ratować gastronomię? Rząd myśli o wprowadzeniu tak zwanego bonu żywnościowego, który miałby wspomóc branżę. Zachęciłby zwykłych zjadaczy chleba do korzystania z restauracji albo zamawiania dań na wynos. Tylko czy pomysł rządu się sprawdzi?
Już można mieć apetyt na bon żywnościowy? Rząd chce go rozdać Polakom, żeby korzystali z restauracji. Jeśli będą otwarte — stacjonarnie. Jeśli cały czas będą obowiązywały obostrzenia, będzie można wykorzystywać go w zamówieniach na wynos i z dostawą. Jest jednak jedno "ale". Rząd chce w ten plan wciągnąć innych przedsiębiorców i sięgnąć do ich kieszeni. Szefowie mogliby kupować swoim pracownikom bony na przykład 100-złotowe, które miałyby wartość 200-300 złotych. Rząd dokładałby resztę.

— Jeśli ludzie dostaną takie pieniądze nie w gotówce, ale w bonie, to będą musieli je wydać. I to jest dobra wiadomość. Problem tylko w tym, że taki bon będzie składkowy... Jeśli pracodawca będzie musiał wyłożyć 100 zł, to może się nad wsparciem bonu zastanowić. Nie jest to może duża kwota, ale trzeba ją mieć — podkreśla Lucjan Bazydło, restaurator z Pisza. — W tej chwili moja restauracja sprzedaje tylko na wynos. Zainteresowanie taką formą posiłku jest dużo większe niż przed pandemią. Wydajemy o 60 proc. więcej takich dań. Ludzie zamawiają jednak tanie potrawy — często zupy albo dania dnia. Pracy jest sporo, ale to i tak kropla w morzu, bo najwięcej zarabialiśmy, gdy klient do nas przychodził i siadał przy stoliku. Zawsze jadł zupę i drugie danie. Zamawiał napoje, jakieś piwo, herbatę, kawę... Jadł też deser. Chciał nie tylko zjeść, ale przede wszystkim miło spędzić czas. Obrót na sali mieliśmy zdecydowanie większy. Teraz wytrwale czekamy aż obostrzenia się skończą. Oczywiście nieuczciwie byłoby powiedzieć, że nie otrzymałem od państwa żadnej pomocy. Ale nie w tym rzecz. Czekam na klientów, bo pragnę tego kontaktu wewnątrz lokalu. Restauracja żyje dzięki ludziom.

W zeszłym roku rząd zdecydował się na wprowadzenie bonu turystycznego. Jego celem była pomoc branży turystycznej, która przez epidemię koronawirusa stała się jedną z najbardziej poszkodowanych branż. Każda rodzina z dziećmi otrzymała bon na 500 zł na każde dziecko (w przypadku dziecka niepełnosprawnego — 1000 zł) do wydania m.in. na nocleg w hotelu czy pensjonacie. Bony nie były rozdawane w formie gotówki, a w formie cyfrowej — firmy, w których goście „płacili” bonem, dostawały potem zwrot od państwa. Teraz każdy posiadacz bonu żywnościowego — podobnie jak w przypadku bonu turystycznego — mógłby wykorzystać kupon w dowolnej restauracji.

— Bony same w sobie to dobry pomysł. Zastanawiam się tylko, jak będą rozliczane? — zastanawia się Marek Pawłowicz, restaurator z Olsztyna. — Gdy pracowałem w hotelu, goście rozliczali się bonami wakacyjnymi. Często płacili, gdy wyjeżdżali z hotelu. Bywało, że kilku klientów robiło to naraz. A gdy weźmiemy pod uwagę klientów z całej Polski, było naprawdę robiło się to trudne. Ta kumulacja tamowała system. Na szczęście można było gości poprosić, żeby regulowali płatności na przykład wieczorem, kiedy system nie wariował. A teraz proszę sobie wyobrazić, jak to będzie funkcjonowało w restauracji, gdy na raz kilka osób zechce opłacić swój rachunek. I będą płacić bonami. Zrobi się zadyma! Gdy ludzie zazwyczaj opłacają rachunek, to nie chcą czekać. Chcą zaraz wyjść z restauracji. Myślę, że nie będą mogli być też obsłużeni przez kelnera, bo będą zmuszeni podchodzić do baru. Tam, za pomocą komputera, będzie trzeba łączyć się z systemem.

Pan Marek zauważa jeszcze jedną rzecz. Wprowadzenie takiego bonu, choć ma pomóc, dołoży pracy restauratorom.

— Może szukam dziury w całym, ale obawiam się, że wprowadzenie bonu spowoduje kolejki. Że jedna osoba będzie odpowiedzialna za ich obsługę. A później za papierkową robotę. Bo zrealizowany bon będzie musiał mieć wydrukowaną wersję — chociażby dla księgowości. Będzie potrzebna podkładka — zauważa Marek Pawłowicz. — Kolejne pytanie: za co będzie można płacić takim bonem? Tylko za posiłki, czy za alkohol i napoje również? Wszystko musi być ustalone zanim bon się pojawi. I oby funkcjonował elektronicznie, bo jeśli będą to papierowe blankiety, to za chwilę pojawią się podróbki.

I dodaje: — Jestem restauratorem i też przedsiębiorcą. Zatem swoim pracownikom też będę musiał zafundować taki bon? Jeśli mam ich dwudziestu, to będę musiał wyłożyć 2 tys. zł?

Marek Pawłowicz zmienia oblicze restauracji Staromiejska
Fot. Zbigniew Woźniak
Marek Pawłowicz zmienia oblicze restauracji Staromiejska

— Czy ja dobrze rozumiem, że ten bon preferuje branżę gastronomiczną kosztem innych branż? Tak jakby one nie poniosły żadnych kosztów i strat związanych z pandemią. Mam wrażenie, że nie wszystkich będzie na to stać. Duże firmy i tak inwestują w pracowników. Mniejsze jednak ledwo wiążą koniec z końcem. Okrajają socjal, żeby przetrwać trudne chwile. Dodatkowo wiele firm ma problem, aby płacić wyższą składkę do pracowniczych programów emerytalnych. Płacą minimum, czyli ustawowe 1,5 proc. choć mogą nawet 4 proc. To są przecież koszty — zauważa dr Waldemar Kozłowski, ekonomista z UWM. — Sama idea bonu, jeśli państwo na to stać, jest dobra. Ja bym się jednak skłaniał, żeby nie pracodawca, ale pracownik dołożył do bonu. Wtedy będziemy mieli mechanizm kontroli. Nikt, jeśli byłaby taka możliwość, nie odsprzedałby swojego bonu.

I dodaje: — Ja bardzo chętnie zapłaciłbym za taki bon 100 zł, jeśli wiedziałbym, że połowę dołoży państwo. Wtedy mógłbym zamawiać pizzę ze świadomością, że "oszczędzam" połowę. Byłbym zadowolony, a jednocześnie wspierałbym gastronomię.

Przypomnijmy, że obostrzenia obowiązujące dotychczas w na Warmii i Mazurach zostały rozszerzone na całą Polskę. Lockdown został wprowadzony w sobotę 20 marca i będzie obowiązywał do 9 kwietnia. Nadal będą zamknięte restauracje i bary, a posiłki wydawane będą tylko na wynos.

ADA ROMANOWSKA