Jedni znaleźli się tu na własne życzenie, inni z przypadku. A będzie ich tylko więcej i więcej...

2021-03-08 10:05:03 (ost. akt: 2021-03-10 00:09:41)

Autor zdjęcia: Kamil Foryś

Jedni poza burtą znaleźli się na własne życzenie, inni z przypadku lub z powodu coraz bardziej dającej we znaki pandemii. Są też tacy, którzy wciąż z trudem balansują, by utrzymać się na powierzchni. Niedzielne obiady dla potrzebujących na rynku przy Grunwaldzkiej w Olsztynie to kalejdoskop ludzkich twarzy, historii i zdarzeń.
Mężczyzna z lubością nachyla się nad miską. Dobra ta zupa, gulaszowa! Kucharzem z wykształcenia jestem, to się znam! — siorbie z uznaniem. — Zaraz, zaraz? To pan nie powinien być tu z tej drugiej strony i zupę częstować zamiast brać? — pytam.

— Może i powinienem, przez jakiś czas nawet gotowałem w MOPSie na Partyzantów, a jak się zwolniłem, to od razu wszyscy wiedzieli i czuli, że mnie już tam nie ma. Ale nie tak łatwo być zwykłym kucharzem, gdy się królem narkotyków było. Milion w rok zarobiło! A potem pół życia przesiedziało. Osiem więzień po drodze zaliczyłem… Sztum, Czarne – co tylko chcesz. Przenosiłem się tyle razy — mówi z zapałem machając łyżką.

—To się tak da przenosić?— zastanawiam się. Mężczyzna chrząka ciesząc się, że może wytłumaczyć "amatorce" — Za różnymi naukami, pracami, kursami to się da. Tak, żeby się nie zaszufladkować. Teraz została mi tylko ta darowana zupa, ale niech pani przynajmniej napisze, że star dealer z Partyzantów jest już czysty, że odkupił swoje winy — mówi pewnym, tubalnym głosem.

Fot. Kamil Foryś

Koniec lat 90. 21-latkowi umiera matka, a dwie nieletnie siostry wołają: jeść! Dobrze pamięta ten moment, gdy jedna z nich cała we łzach wybierała się do szkoły. To był pierwszy dzień, gdy w lodówce nie było już nic. — Skombinowałem jakieś żarcie. Zaniosłem jej na przerwie. Przyszedłem do domu, rozpłakałem się i pomyślałem, że to pierwszy i ostatni raz — wspomina.

Jeszcze tego samego dnia pokój po matce wynajął „Armeńcom”. Za pierwszy czynsz kupił narkotyki, za drugi jeszcze więcej narkotyków. Interes szedł dobrze.

— Chyba niezły w tym byłem, bo bańkę w rok zarobiłem. Chyba nikt nie przytulił wtedy więcej. Nie mieliśmy kasy, a ja wtedy nie wiedziałem, co to jest pomoc społeczna. Młody byłem po prostu i musiałem jakoś żyć! I żyłem! Przez rok jako bogacz! Jako narkotyków król! Moja dawna kobieta ma do dziś dom pod Biskupcem na pamiątkę po tamtych czasach, a ja cóż...nie mam domu. I nie mam nic... od dziś to już zwłaszcza — zawiesza głos i szybko dodaje: — Mam dzieci, ale żyją ze swoją matką. Przepraszam, idę po paczkę. Jak nie pójdę teraz, to potem może nie być. Zobacz jaki tu tłum ludzi, jak się tam pchają — mówi, po czym się oddala.

Zaraz wraca. Pytam czy sam się nie uzależnił. — Nie, bo miałem dostęp. Na zasadzie - mogę, ale nie muszę. To tak jak z papierosami. Jak nie masz papierosów to nie rzucisz palenia, bo cały czas o nich myślisz. Rzucić możesz tylko wtedy, gdy wiesz że w każdej chwili możesz sobie na nie pozwolić. Ważne było, że rodzina ma co jeść. W każdym razie nie wymyśliłam sobie, że będę gangsterem. Zrobiłem się gangsterem wtedy, kiedy musiałem — opisuje.

Za mężczyzną trudna noc. Podobno policja opuściła wynajmowaną przez niego stancję o 4 nad ranem. — Okradli mnie! Miałem kilka tysięcy odłożonych dla dzieci, zarobionych jeszcze latem na budowlance. Córka ma komunię. Dziś pierwszy raz jestem na tej zupie. Kolega „zaprosił”. Pierwszy raz, ale chyba nie ostatni. Bo gdzie ja się teraz odkuję? Wszystko stoi, może elewacje znów ruszą jak się zrobi ciepło? Ale popatrz, na razie pandemia...i śnieg!

Bo faktycznie zaczyna śnieżyć. Po chwili zacina. Solidnie też wieje. Ludzie kulą się za swoimi maskami i w swoich kołnierzach, ale nikt nie ucieka. Zapach domowego ciepła roztaczający się po wielkim placu - okrzyki, śmiechy a czasem utyskiwania i małe sprzeczki dają wrażenie jakiegoś normalnie toczącego się życia, jakiejś jedności we wspólnej niedoli.

— Ja powiem tak, że jak kasa jest, to kobiety są, dzieci są, a jak się kruszy, to wszyscy się zwijają! — rzuca ktoś z boku.

— Oj chłopy, chłopy nie wiecie co wy mówicie, że wy niby tacy poszkodowani jesteście! Tu nie tylko o pieniądze chodzi, ja dam sobie ręką uciąć, że żaden z was świętoszek nie jest! — mówi szybko jakaś pani z kwiatkiem pod pachą, bo dziś na Grunwaldzkiej oprócz zupy i zwyczajowych paczek, z okazji zbliżającego się Dnia Kobiet każda kobieta dostała kwiatek, perfumy i ciastka. Kobieta wygląda na bardzo wzruszoną.

— Oczy mam mokre, bo się nie spodziewałam. 10 lat chyba nikt mi nie dał kwiatka, nie wiem czy ktoś pamięta, że jestem jeszcze kobietą – smutno patrzy na swoje sfatygowane, zgrabiałe ręce, po czym próbuje się oddalić.

Kobiety pojawiające się na niedzielnych obiadach serwowanych przez grupę wolontariuszy niechętnie rozmawiają. Tę zdążę zapytać tylko: Jak pani myśli? Dlaczego tu jest dużo więcej mężczyzn niż kobiet? — Pewnie się wstydzą — wzrusza ramionami i już jej nie ma.

Spoglądam na kolegę, który zabrał "króla narkotyków" na dzisiejszą zupę. Czysty, ciekawie ubrany, tylko ta maseczka trochę przybrudzona. W siatce jogurty, jakiś chleb. Dostał przed chwilą, zaraz potem jak się zupa skończyła.

— Dlaczego tu jestem? Przez młodość i głupotę. Samochód ukradłem. Dobry, fajny...— uśmiecha się na to wspomnienie. Oczami wyobraźni oboje widzimy jak młody chłopak dwadzieścia lat temu niesiony adrenaliną i głupim kozactwem zasuwa przed siebie luksusowym autem. Ale nie chciał nim długo jeździć. Chodziło o okup.— Szybko wpadłem. Ale potem przyszły inne kradzieże.

Od 2017 jest już czysty. Mówi, że stara się żyć inaczej. Dotyka moją szelkę od plecaka. — Teraz nawet paseczka bym pani nie wziął. Mam spokój w głowie. Czasem koledzy proszą, żebym wracał na stare śmieci, ale jakoś sobie radzę —zaznacza nie bez dumy. — A jak człowiek wie, że wokół są jacyś dobrzy ludzie, którzy pomagają jak ci tu — wskazuje ręką wolontariuszy — to aż głupio by było dać plamę — mówi z namaszczeniem, aż chce się wierzyć, że szczerze;

Mieszka u rodziny. Renty, jako że ma niepełnosprawność w stopniu umiarkowanym, dostaje 600 zł. Matce daje w gotówce 200 zł. 300 zł jest w bonach na jedzenie, czasem udaje się jakoś skromnie za to razem przeżyć. Zostaje 100 zł. — Kilka piwek, bilet autobusowym i też nie ma. Ale przez te kilka lat żadnych afer. Co najwyżej mandat za spożywanie w miejscu publicznym — tłumaczy. Czy go stare życie nie kusi ? — Nie kusi. Teraz lepszy mi ten chleb ze smalcem na wolności, niż szynka w więzieniu — mówi.

Dobrze pamięta moment, gdy życie mu się załamało. Środa 8.30. Ma czternaście lat, wstaje i wybiera się do szkoły. Ojciec się nie podnosi: zawał. Ceniony, wykształcony, jeszcze wtedy młody facet — inżynier geodeta. Nie takiej przyszłości dla syna by sobie życzył. — Jakby żył, to by w karbach trzymał, a tak? Brat starszy lepiej sobie poradził. Ja jak do pracy pójdę, to zabiorą zasiłek, może i ubezpieczenie w końcu. A ja grupę mam. Bardziej się opłaca dorabiać. Trochę u brata na hydraulice, ale zleceń mało. Coraz mniej. A brat to...hmm., kiedyś u niego też różnie bywało, a teraz "hoho"...teraz to ma chyba alkomat w nosie — mruga porozumiewawczo.

— Nie pchać się. Jedni przychodzą, drudzy odchodzą, po kolei. Tu nie może być bałaganu! I masek nie zdejmować! — dochodzi spod wiaty, gdzie przybyli ustawiają się w długich kolejkach. Większość już skończyła obiad, ale organizatorom udało się na dziś zdobyć jeszcze pączki.

— Nie wszyscy tu przychodzą, bo są leniami, bo im się nie chce. Albo bo się stoczyli. Przychodzą ci co muszą. Zobacz, ile tu jest starszych ludzi, którym nie starcza z emerytur — odzywa się jakiś głos za mną.

Jego właściciel to mężczyzna mniej więcej w moim wieku, jest z nim kolega, a z kolegą jest "Zosia", drobna suczka. — Robię sushi w Olsztynie. Teraz miejsce mojej pracy znów jest zamknięte. Dostaję 300 zł postojowego, a przecież 700 płacę za pokój. Z robotą inną ciężko. Prawdę mówiąc, nie wiem jak wielu z nas, z gastronomii będzie dalej żyć.... — zastanawia się.

Kolega z Zosią na smyczy potakuje głową. — Ja się zajmuje remontami. A wszystko stoi! Nawet ci co mają chęć na remont, ci nieliczni co jeszcze mają pieniądze, boją się kogokolwiek przez wirusa wpuszczać do domu. Wszyscy tkwimy w letargu, tylko takim, że jeść coś i tak trzeba — zauważa.

Mężczyzna do sushi przypatruje mi się badawczo.— A skąd pani jest? Z gazety? Ha! Jeszcze niedawno gazety pisały o mnie prawie jak o jakimś bohaterze, gdy wyciągałem wózek dziecięcy na Wilczyńskiego, jak jakiejś pani wpadł do stawu. Nie, nie. Szczęśliwie dziecka tam nie było. Ale w pierwszej sekundzie myślałem, że tak. Aż nogi się pode mną ugięły — wspomina.

Jak opisuje — mężczyzna długi czas nie wiedział, że jest "słynny". — Ojciec poznał mnie na udostępnianym przez media monitoringu. Niestety, czasy się zmieniły, już dawno nie czuję się jak bohater. Dlatego tu jestem — zauważa gorzko.

Natomiast prawdziwymi bohaterami mogą się czuć ludzie, którzy od kilku miesięcy z tygodnia na tydzień: również przy wielkich mrozach i wiatrach pojawiają się co niedziela przy olsztyńskim rynku przy Grunwaldzkiej, by wspomóc potrzebujących. "Niedzielne obiady dla bezdomnych" — bo pod takim hasłem można znaleźć aktywistów w sieci, to inicjatywa prywatna, choć ostatnio wspomagana przez kilka instytucji m. in. Bank Żywności.

Pani Magdalena, jej koordynatorka swą działalność na rzecz tych, którym gorzej się powodzi, zaczęła rok temu podczas stworzonej przez młodych ludzi olsztyńskiej akcji „Spotkajmy się przy herbacie”. — Młodzież się rozjechała, a ja nie chciałam, żeby inicjatywa upadła. Dodatkowo — widząc jak wielkie są potrzeby i to że rozdawane wtedy kanapki i herbata to wierzchołek góry lodowej i kropla w morzu potrzeb — chciałam poszerzyć działania — opowiada.

Podczas ubiegłorocznej akcji poznała Cezarego — mężczyznę, który sam otarł się o bezdomność. Postanowili działać razem. — W związku z tym, że Czarek sam wyszedł z bezdomności swoim przykładem chce teraz pokazać innym, że to realne. Pomoże każdemu kto tej pomocy potrzebuje np. w wyrobieniu dokumentów potrzebnych do pracy. Tylko trzeba naprawdę chcieć, a z tym bywa różnie — zauważa olsztynianka.

"Spotkajmy się przy herbacie" rok temu się rozwiązało, ale kobieta nie czekała długo: już w tym roku nadała akcji kolejny, nowy szyld i założyła internetową zbiórkę. Najpierw wsparli ją znajomi, potem znajomi znajomych, za sprawą zainteresowania mediów — zbiórką na jedzenie zainteresowały się jeszcze szersze kręgi. Samych wolontariuszy jest tylko siedmioro. Zbierają, kupują, gotują, sprzątają, dzielą i pakują. Za środek transportu dziesiątek paczek służy im czasem tylko mała corsa pani Magdy.

— Bywa ciężko, przygotowania do akcji trwają w zasadzie cały tydzień, a niedziela to już tylko taka przysłowiowa wisienka na torcie, kiedy widzę, że to co mnie tak bardzo przez cały tydzień tak bardzo zajmuje, poza pracą i opieką nad synem, naprawdę ma sens — opisuje kobieta.

Chwilę po 16.00 plac powoli pustoszeje, choć pod wiatę, gdzie jeszcze przed chwilą z garów lała się gorąca zupa, a ludzie tłumnie stali po paczki z żywnością, wpadają spóźnialscy.

— Szefowo! A może uda się zorganizować jakieś buty? Może chociaż leginsy? Jakiś polar? A może będzie chemia? — pytają.

— Nie wiem, wszystko zależy od tego jak pójdzie zbiórka. Dziś z ledwością dopięliśmy budżet, choć dla pań udało się sprawić małe podarunki. Ale nie mogę myśleć o chemii i sprzątaniu, gdy nie ludzie są głodni — odpowiada przychodzącym. — Ale zrobimy co w naszej mocy – obiecuje.

Młodzi i starzy. Schorowani i tacy wyglądający na zupełnie zdrowych. Kobiety, mężczyźni. Niektórzy po solidnych przejściach. Jedni poza burtą znaleźli się na własne życzenie, inni z przypadku lub z powodu coraz bardziej dającej we znaki pandemii. Są też tacy, którzy wciąż z trudem balansują, by utrzymać się na powierzchni. Rynek przy Grunwaldzkiej w niedzielę to kalejdoskop ludzkich twarzy, historii i zdarzeń. W większości tych nieprzyjemnych.

— Najbardziej zaskakujące było to, że przychodzą tu nawet ludzie z dziećmi. To już musi świadczyć o tym, że jest naprawdę źle. A dziś to już było wyjątkowo gęsto. Zaczęło się od przed świętami kilkunastu osób, a teraz zbliżają się kolejne święta i chyba padł jakiś rekord. Myślę, że było grubo ponad setka. Jeśli ludzie dobrej woli wpłacają, to jakoś to się kręci. Ale aż strach bierze jak przestaną. Chciałoby się by potrzebujących było jak najmniej, ale patrząc na to co się dzieje na świecie, będzie ich tylko więcej i więcej…. — zauważa z niepokojem kobieta. Jak na zawołanie wspólnie spoglądamy na zaniedbany plac, gdzie wiatr przetacza pozostawione gdzieniegdzie puste miski.

Fot. Kamil Foryś


Agnieszka Porowska