Krzysztof Beśka: Nie piszę dla literaturoznawców [ROZMOWA]

2021-02-05 18:01:01 (ost. akt: 2021-02-05 19:33:19)

Autor zdjęcia: Piotr Tutka

Nie chodzi o to, żeby tworzyć opowieści z cyklu „zabili go i uciekł” — mówi Krzysztof Beśka, autor kryminałów retro. O jego najnowszej powieści, „Duchach rzeki Pregel”, oraz literacko-filmowych marzeniach, z pisarzem rozmawia Daria Bruszewska-Przytuła.
— Pańscy fani mogą spać spokojnie, bo dba pan o to, żeby książki pojawiały się regularnie. To wymaga dyscypliny?
— Carlos Ruiz Zafón, nieżyjący już hiszpański pisarz, zauważał, że najgorszą rzeczą jest zmusić się do tego, by usiąść i zacząć pisać. Ja jestem też dziennikarzem, więc przed komputerem siedzę codziennie. To pozwala mi zostać dłużej i poświęcić czas na pisanie tekstu prozatorskiego. Dzięki temu dzień nie jest zmarnowany, bo jestem wierny metodzie Zbigniewa Nienackiego, który mówił, że trzeba napisać dwie strony dziennie. Nie więcej. Powtarzał, że poza tym trzeba mieć czas na lektury, na spacery z psem i listy od czytelników.

— Pan też odpisuje swoim czytelnikom?
— Tradycyjnych listów raczej nie dostaję, ale kontaktujemy się przez media społecznościowe i maila. Na Facebooku działa nie tylko strona „Krzysztof Beśka”, ale i „Krzysztof Beśka literacko”, gdzie chwalę się tym, co się u mnie dzieje. Teraz jest takie oczekiwanie, żeby pisarz nie tylko pisał, ale i promował swoje teksty, co jest bardzo trudne. Trzeba robić wokół siebie szum.

— To męczy?
— Nie, całkiem dobrze się z tym czuję. Nie mam tremy przed mikrofonem czy kamerą.

— Gdzie nas pan zabiera w swojej nowej książce, czyli powieści „Duchy rzeki Pregel”?
— Na północ od Olsztyna, ale całkiem niedaleko, do dzisiejszego Kaliningradu, który w mojej powieści jest jeszcze Königsbergiem, czyli Królewcem. Jej bohaterem jest Stanisław Berg, znany czytelnikom z książki „Amber-Gold”, której akcja rozgrywała się w Königsbergu, a także z trzech innych powieści („Trzeci brzeg Styksu”, „Pozdrowienia z Londynu” i „Dolina popiołów), w których rozwiązywał zagadki kryminalne w Łodzi i okolicach. W „Duchach rzeki Pregel” spotykamy Berga, który usiłuje wyjechać z Königsberga, ale ta sztuka mu się nie udaje i musi się zająć sprawą śmierci młodej dziewczyny, której zwłoki znajduje czworo studentów. Tak jak zwykle w moich powieściach, bohater nie jest automatem do rozwiązywania spraw, więc ma też swoje osobiste przeżycia czy problemy, bo np. nie może sobie ułożyć życia osobistego. W tej chwili może nad tym nie pracuje, bo jeszcze jest zrażony tym, co go spotkało jakiś czas temu w Łodzi, ale myślę, że za jakiś czas te wątki damsko-męskie powrócą.

Fot. Mat. prasowe

— Berg to też detektyw-dandys. Zależy mu na dobrym wyglądzie. A panu zależy chyba na tym, by ten wygląd dobrze opisać. A do tego trzeba się przygotować…
— Zgadza się. Czytuję książki o modzie przełomu XIX i XX wieku, ale czerpię też wiedzę z powieści pozytywistycznych, modernistycznych. Myślę, że to jest ważne, bo stwarza nie tylko tło, ale i buduje postać. Bohaterowi potrzebne są cechy charakterystyczne. To tak jak z Jamesem Bondem — wiemy, że jest elegancki, wiemy, co pije i jakim samochodem jeździ. Trzeba jednak pamiętać, że to wszystko, o czym teraz mówimy, to są dekoracje, a najważniejsza jest intryga i zagadka kryminalna.

— I jest jeszcze jeden ważny element: namysł nad złem, nad tym, skąd się ono bierze, jak się rodzi.
— Oczywiście. Nie chodzi o to, żeby tworzyć opowieści z cyklu „zabili go i uciekł”. Chcę, żeby czytelnik się dowiedział, co powodowało zabójcą, dlaczego dopuścił się zbrodni. To wszystko jest dość skomplikowane.

— Nawet dla kogoś, kto wydał 18 powieści?
— Pisanie przychodzi mi teraz łatwiej i staram się robić wszystko, by nie nudzić czytelnika, bo chcę, żeby spędził miły zimowy wieczór albo przyjemny dzień na plaży. Nie piszę dla literaturoznawców, ale dla czytelników. Wciąż za mało czytamy, dlatego zależy mi na tym, żeby ludzie więcej czasu spędzali z książką, a nie z telefonem, internetem czy telewizorem. To taka moja cegiełka w tym gmachu, który budujemy.

— Ale od tego telewizora czy internetu może nie warto się tak zupełnie odżegnywać? Nie myśli pan o tym, by poflirtować ze światem filmu?
— Myślę. Myślę o tym intensywnie, ale ani w myśleniu, ani w przełożeniu tych myśli na czyny, nikt nie chce mi w tej chwili pomóc. Nigdy nie pisałem scenariusza filmowego, przygotowywałem tylko słuchowiska, czyli coś „pomiędzy”. Mam świadomość, że to wymaga określonych umiejętności.

— A byłby pan gotów oddać książkę w ręce innego scenarzysty?
— Tak. Jestem po stronie tych, którzy mówią, że człowiek powinien zajmować się tym, do czego ma kompetencje. Ja, po polonistyce w Olsztynie, wciąż zajmuję się językiem polskim, więc jestem na swoim miejscu. Niech więc i ktoś, kto skończył studia dla autorów scenariuszy, ma taką szansę. Rzecz w tym, że scenarzyści są bardzo zajęci.

— A gdyby scenariusz już był — gdzie mógłby powstać film?
— Technicznie najlepszym miejscem byłaby Łódź. Trzeba byłoby tylko zdjąć znaki drogowe i reklamy, posypać asfalt ziemią i już można byłoby kręcić. Tym bardziej że na ścianach budynków stojących w okolicach Piotrkowskiej są jeszcze rosyjskie napisy. To niesamowite.

— Z Królewcem by tak łatwo nie poszło.
— Niestety, to dawne miasto już nie istnieje, zniknęło z powierzchni ziemi pod koniec II wojny światowej. To, co Rosjanie odbudowali, niewiele ma wspólnego z Königsbergiem. No, może oprócz katedry. Gdyby więc chciało się zekranizować przygody Berga w Królewcu, inne miasto musiałoby go grać. Może Gdańsk, może Elbląg?


— Odzywa się we mnie lokalna patriotka, gotowa zachęcać pana, człowieka jezior, bo przecież urodził się pan w Mrągowie i mieszkał w Iławie oraz w Olsztynie, żeby pomyśleć o nowym rozwiązaniu. Może trzeba umieścić akcję kolejnej powieści na Warmii i Mazurach?
— Jest to rzecz godna rozważenia.

— Trzeba przyznać, że nie zaniedbał pan zupełnie swoich rodzinnych stron, bo region pojawiał się na kartach powieści z Tomaszem Hornem w roli głównej. W tej samej trylogii poświęcił pan też uwagę Kopernikowi, a to ponoć jeszcze nie wszystko, co chce pan o nim napisać…
— To prawda, jest on jednym z moich ulubionych Polaków (śmiech).

— O, i tu się otwiera pole do wielkiej narodowej dyskusji! Czyj jest ten Kopernik: Torunia, Olsztyna? (śmiech)
— Jestem zdania, że należy się nim bardzo sprawiedliwie dzielić. Co ciekawe, w ostatnią podróż życia, do lekarza, Kopernik wyruszył do Königsberga, więc mam zamiar wykorzystać to w kolejnej powieści. Zresztą o licznych zasługach tego astronoma niech świadczy to, że rozmawiamy niedługo po obchodach 500-lecia obrony olsztyńskiego zamku przed Krzyżakami, którą właśnie Kopernik przecież dowodził. Kiedy wracałem jakiś czas temu z Festiwalu Kryminału Retro w Gostyniu, zatrzymałem się w Grudziądzu i znalazłem tam Kopernika podobnego do tego, którego mamy w Olsztynie. Ten „grudziądzki” trzyma jednak w ręku sakiewkę. To pamiątka po jego pobycie w Grudziądzu i wygłoszonej tu mowie o sile pieniądza.


— Jest pan nie tylko fanem Kopernika, ale i miłośnikiem komunikacji szynowej…
— Tak, to prawda. W moich powieściach zawsze pojawiają się pociągi lub tramwaje. W „Duchach rzeki Pregel” Berg chce wyjechać z miasta właśnie pociągiem. Co ciekawe, w tym czasie, w którym ten bohater przybywa do Königsberga, uruchomiono tam linię tramwajową. Czasem żartuję, że kiedy w Prusach Wschodnich jeździły pierwsze elektryczne tramwaje, ludzie w Warszawie skakali jeszcze po drzewach.

— Königsberg powróci wraz ze Stanisławem Bergiem jeszcze w tym roku, prawda?
— Tak, jesienią ma się ukazać kolejna powieść „Szpiedzy i sufrażystki”.

— Już napisana?
— Dochodzi, jak bigos, na małym ogniu.

— A w planach czwarta część, ta z Kopernikiem?
— Zgadza się. Oczywiście Berg i Kopernik się nie spotkają, ale astronom pojawi się w retrospektywach.

— Polubił pan chyba tego Berga, skoro nie zamierza się pan z nim rozstawać. A czy wymyślając tę postać, myślał pan o tym, że dobrze by było, żeby się podobała też czytelnikom? A konkretniej, bądźmy szczerzy: czytelniczkom, bo statystycznie to kobiety czytają więcej?
— Myślę, że tak. Tworząc Berga, miałem na uwadze to, jak go będą odbierać czytelnicy i czytelniczki. Chociaż… panie to chyba wolą takich grubiańskich bohaterów, prawda?

— To wszystko przez Bonda, Jamesa Bonda! (śmiech) Lubi go pan, prawda?
— Tak, jestem wielkim fanem Bonda i zawsze jak film jest emitowany w telewizji, to go oglądam. Tą pasją zaraziłem też mojego 13-letniego syna. A teraz kibicuję Tomowi Hardy'emu, żeby został kolejnym Bondem.

— Dzielę tę nadzieję, Hardy to także mój typ. Dlaczego na niego pan stawia?
— O, między innymi dlatego, że ma coś wspólnego z kryminałem retro: wystąpił w świetnym, ośmioodcinkowym serialu „Tabu”, którego akcja rozgrywa się na początku XIX wieku w Londynie. To wspaniała produkcja! Ten brud, to błoto, to wszystko jest odczuwalne dla widza. To jest tak różne od „Belle Epoque” TVN-u, w którym bohater przechadza się wyczyszczoną ulicą Floriańską w Krakowie i nawet w żadną kupę końską nie wejdzie, bo zapomniano o tym, że ta Floriańska wyglądała zupełnie inaczej niż dzisiaj. W „Tabu” widać realizm.

— Domyślam się, że właśnie takiej ekranizacji swojej prozy by pan sobie życzył?
— Zdecydowanie!

— A jeśli Daniela Craiga zastąpi nie Hardy, ale jakaś kobieta? Co by pan na to powiedział?
— Spore zmiany w postaci Bonda zaszły już za sprawą Craiga. Agent 007 nie jest już taki lalusiowaty, zdarza mu się biegać w podartej koszuli i z krwią na twarzy, potrafi się boksować…

— I ma też sporo uczuć. Choćby wobec swojej szefowej, M., granej przez Judi Dench.
— Oczywiście. Nigdy się jednak nie zgodzę z tym, że Bondem powinna zostać kobieta czy osoba czarnoskóra. To zbyt duże zmiany.


— Wspomniał pan o festiwalu w Gostyniu. Co decyduje o tym, że polskie kryminały retro są już marką samą w sobie?
— Wszystko zapoczątkował Marek Krajewski swoją serią o Eberhardzie Mocku, dziejącą się w dawnym Wrocławiu, do której dołożył kolejną serię o Edwardzie Popielskim działającym m.in. w przedwojennym Lwowie. Później zaczęli się pojawiać inni autorzy, którzy postanowili iść w podobnym kierunku. Zawsze żartuję, że trzeba sobie znaleźć dobry okres i zająć odpowiednie miasto, żeby móc spokojnie operować bohaterem na istniejących (lub nieistniejących) ulicach. Marcin Wroński tak zrobił z Lublinem, Paweł Jaszczuk — z Lwowem. Ja zająłem niezajętą jeszcze Łódź i niewyeksploatowany Königsberg.

Fot. Stanisław Beśka

— Zaczęłam się obawiać, że skoro trzeba „zajmować miasto”, to relacje pisarzy mogą być nie najlepsze. Skoro jednak spotkaliście się przy jednym stole w Gostyniu, to znaczy, że się dogadujecie i nie walczycie, wyrywając sobie z ręki prawa do miejsca akcji (śmiech).
— To prawda. Lubimy się, szanujemy i nie wchodzimy sobie w drogę. Ten festiwal był naprawdę świetną okazją do tego, żeby porozmawiać. Na co dzień też się wspieramy, polecając na przykład swoje książki, pisząc blurby na okładki. Co ciekawe, tego festiwalu w Gostyniu nie byłoby, gdyby nie wiceburmistrz tej miejscowości, Grzegorz Skorupski, autor kryminałów, który akcję swoich powieści umieszcza właśnie w swoim mieście. Druga edycja festiwalu ma się odbyć w czerwcu, więc będzie kolejna szansa na spotkanie.

— Czy poza przełożeniem pańskich historii na język filmu, ma pan jakieś pisarskie marzenia?
— Chciałbym, żeby za jakiś czas można było pojechać do Kaliningradu i przejść się śladem Stanisława Berga. Ja sam byłem tam w 1983 roku i dobrze zapamiętałem tę podróż, która w końcu dała plon w postaci książek.

— Miał pan szansę tę podróż powtórzyć, zanim zaczął pan pisać?
— Nie, zawierzyłem swojej wyobraźni, starym mapom, albumom. Tam i tak nie ma już tego miasta, które opisuję. W miejscu, gdzie stały kamienica przy kamienica, teraz jest pusty plac z samotną katedrą. Teraz można tam pojechać tylko po to, by zapłakać nad tym, co zostało utracone.


Krzysztof Beśka:
urodził się w Mrągowie, dorastał w Iławie, liceum i studia (polonistyczne) skończył w Olsztynie.
Jest autorem 18 powieści oraz czterech tomików poetyckich, a także opowiadań, piosenek i słuchowisk radiowych. Za „Fabrykę frajerów”, w której opowiadał o zapomnianym przez olsztyniaków Liceum Wojskowym na ul. Leśnej, w którym sam się zresztą uczył, został wyróżniony Wawrzynem – Literacką Nagrodą Warmii i Mazur oraz Wawrzynem Czytelników. Od jakiegoś czasu publikuje przede wszystkim kryminały retro.

2001-2021 © Gazeta Olsztyńska, Wszelkie prawa zastrzeżone, GRUPA WM Sp. z o. o., 10-364 Olsztyn, ul. Tracka 5

Unia Europejska

GRUPA WM Sp. z o.o. realizuje projekt dofinansowany z Funduszy Europejskich w ramach działania 1.5 Dotacje na kapitał obrotowy Programu Operacyjnego Polska Wschodnia 2014-2020.