Quantcast

środa, 27 stycznia 2021. Imieniny Anieli, Juliana, Przemysława

Chora? No, to jadę do garnizonu!

2020-12-05 19:47:36 (ost. akt: 2020-12-05 19:38:09)

Autor zdjęcia: Radosław Borysiuk

Ilekroć mnie lub komuś z mojej rodziny coś dolega — zapada jedna konstruktywna decyzja: trzeba jechać do garnizonu. I nie ma dyskusji. Jeśli tak się jednak składa, że decyzja zapada przy osobach postronnych, budzi najczęściej lekką konsternację. Gdzie...?

Sęk bowiem w tym, że całe lata w bezpośredniej bliskości do ówczesnego 103 Szpitala Wojskowego z Przychodnią w Olsztynie mieszkała moja babcia, która osiadłszy tam zaraz po przymusowej przeprowadzce z Wilna, uparcie określała cały teren mianem szpitala garnizonowego lub jeszcze krócej: garnizonu. No i skutek był taki, że na pytanie: — Gdzie mieszka twoja babcia? — jako mała, acz rezolutna dziewczynka odpowiadałam konsekwentnie: — Koło garnizonu.

Inna rzecz, że jako wnuczka pilota wojskowego od zarania żywota sama z siebie mam wielkie zamiłowanie do munduru, służb mundurowych i wszelkiej militarnej architektury. Nie bez kozery i nie przez przypadek mieszkam przecież w koszarach. I mimo że 103 Szpital Wojskowy w 2009 r. zmienił się w Szpital Uniwersytecki, a 3 lata później w Uniwersytecki Szpital Kliniczny (USK), do dziś uparcie i niezmiennie określam go mianem garnizonu. I jadąc do mojej pani doktor pierwszego kontaktu lub do jednego z wielu specjalistów, za każdym razem z dreszczem błogiej bojaźni wspominam widok żołnierza, który stał przy głównym wejściu, miał wielki, prawdziwy karabin, a w stosunku do mnie kompletnie nie wykazywał przyjaznego usposobienia — przeciwnie: stał tam uparcie i nie pozwalał na bliższą penetrację obiektów w głębi!

Historia

Tu, gdzie dziś stoi, prężnie działa i stale rozbudowuje się Uniwersytecki Szpital Kliniczny — szpital, a konkretnie lazaret zaczął się już pod koniec XIX w. A wszystko przez to, że 1 kwietnia 1884 r. z Braniewa do Olsztyna przeniósł się Wschodniopruski Batalion Strzelców Nr 1, czyli Ostpreußisches Jäger-Batallion Nr. 1. Początkowo stacjonował w koszarach przy dzisiejszej ul. Kromera, ale burmistrz Oskar Belian, sprowadzając do Allensteinu (dzisiejszego Olsztyna) kolejne jednostki, wciąż budował im nowe zespoły koszarowe. A ponieważ był zdeterminowany i konsekwentny, tuż przed wybuchem II wojny światowej garnizon olsztyński liczył prawie 4 tys. żołnierzy, a samo miasto — nieco ponad 46 tys.

Wiadomo, że przy tak dużym garnizonie dość prędko niezbędny stał się też szpital wojskowy. Kwatermistrzostwo zakupiło zatem od rodziny Hermenau grunt na terenie Dolnego Przedmieścia, przy ówczesnej Hohensteiner Straße, czyli ulicy Olsztyneckiej, a dziś Warszawskiej 30 — alei nie ulicy, bo latem tego roku dr Borysiuk, dyrektor USK, dopilnował i tej zmiany.

Dwa pierwsze budynki wzniesiono już w latach 1884-1885. Był to budynek szpitala i budynek szpitala chorób zakaźnych — dziś w pierwszym mieści się administracja USK, a w drugim — dziekanat Collegium Medicum. Jeszcze przed rokiem 1890 powstał kolejny pawilon dla chorych, rozbudowany następnie w latach 1905-1910 — dziś to oddział kliniczny rehabilitacji neurologicznej i ogólnoustrojowej. W latach 1890-1895 dobudowano dwa osobne pawilony, połączone następnie w jeden budynek, w którym w latach 70. XX w. mieściła się izba przyjęć, a dziś siedzibę mają Fundacja na Rzecz Regeneracji Komórek Nerwowych i katedra patofizjologii. W latach 1900-1905 powstały dwa kolejne budynki szpitalne, które również z czasem połączono w jeden — obecnie działa tam klinika chorób wewnętrznych, oddział kliniczny neurologii, a ostatnio także oddział covid…

Rozbudowując w latach 1905-1910 pawilon, szefostwo ówczesnego szpitala zdecydowało się też na budowę kantyny — dziś mieści się w niej Collegium Anatomicum. I tak to rozrastał się przedwojenny Garnison-Lazarett, a z nim cały Allenstein. Początkowo szpital obliczony został na przyjęcie ok. 300 chorych — pamiętajmy, że wojskowe lazarety nastawione były raczej na krótkotrwałą opiekę leczniczą i w przeciwieństwie do szpitali specjalistycznych nie wymagały tak dużego zaplecza gospodarczego czy cmentarza.
Co do kadry... W1892 r. pracowało w nim 8 wykwalifikowanych lekarzy, ale ta liczba szybko rosła i stale rośnie — dziś pacjentów USK leczy prawie 100 specjalistów. Zmieniała się też infrastruktura wokół garnizonu. W czasie I wojny światowej poprowadzono odcinek linii tramwajowej z mostu św. Jana do lazaretu, ułatwiając tym samym transport chorych i rannych przywożonych z frontu na stację Olsztyn Główny, ale w 1917 r. kursy zawieszono. Stale rośnie też standard świadczonej opieki: o ile kiedyś sale były 5-, 6-osobowe, to dziś pacjenci mogą wracać do zdrowia w najwyżej 3-osobowym gronie.

Po wojnie

Szczęśliwie większość budynków dawnego lazaretu przetrwała pożogę II wojny światowej, a nawet jeszcze gorsze dni wyzwalania Olsztyna. Teren i obiekty szybko przejęło Ludowe Wojsko Polskie i garnizon przekształcony został w 103 Szpital Wojskowy Ministerstwa Obrony Narodowej. W latach 80. XX w. powstał 103 Szpital Wojskowy z Przychodnią — Samodzielny Publiczny Zakład Opieki Zdrowotnej, a na jego terenie dobudowano też nową przychodnię i kotłownię. W 2009 r. Ministerstwo Obrony Narodowej przekazało całe mienie i teren Uniwersytetowi Warmińsko-Mazurskiemu i lazaret stał się Szpitalem Uniwersyteckim z Przychodnią SPZOZ UWM. A w 2012 r. senat UWM powołał Uniwersytecki Szpital Kliniczny — placówkę, która z jednej strony leczy pacjentów, ale z drugiej — studentów Collegium Medicum UWM przygotowuje do zawodu lekarza.

Przyrównując dzisiejsze budynki do zdjęć z początku XX w., z radością stwierdzam, że zmiany dotyczą jedynie niezbędnej rewitalizacji, ale przede wszystkim rozbudowy Szpitala o wciąż nowe budynki, a z nimi — kliniki, oddziały, pracownie, laboratoria, instytuty… W latach 80. i 90. wykonywano remonty bieżące związane z funkcjonowaniem szpitala i modernizacjami infrastruktury medycznej — choćby w budynku dzisiejszego dziekanatu dobudowano szyb windy. W 2009 r. budynek dawnej kantyny z wyjątkiem ściany frontowej obłożony został styropianem i pomalowany. Termomodernizacja objęła w międzyczasie także budynek Fundacji na Rzecz Regeneracji Komórek Nerwowych. W latach 2010-2013 powstały kolejne obiekty, w tym budynek dzisiejszej izby przyjęć oraz Centrum Medycyny Eksperymentalnej im. Emila Behringa.

Ostatnio żuraw dziarsko pracuje w północnej części działki — powstaje tam kolejne skrzydło Szpitala z nadbudową kotłowni, a z przeznaczeniem m.in. na pracownie rezonansu, angiografii, serologii, aptekę szpitalną, laboratorium, a także szatnie personelu i magazyny.

Ludzie

Miejsce miejscem i na pewno nie da mu się odmówić bogatej historii. Ale mnie jednak najbardziej ze wszystkiego zawsze interesują ludzie. A tu, w USK mam wyjątkowe szczęście — i jako pacjentka, i jako dziennikarka.

— Jak to było pierwszego dnia pani pracy w ówczesnym 103 Szpitalu Wojskowym?

— Właśnie, jak to było… Dobre pytanie — mówi Regina Potocka, pielęgniarka izby przyjęć. — Szczerze pani powiem, że pierwszego dnia w ogóle nie pamiętam. Znaczy — musiało chyba być normalnie i nie zdarzyło się nic nadzwyczajnego.

Po czym pada dokładna data zatrudnienia pani Reginy w 103 Szpitalu i szybko wychodzi na jaw, że aktualny dyrektor urodził się dokładnie 12 dni później!
No nic, takie życie…

— Wie pani, wśród pielęgniarek już tak jest, że z pierwszych rzeczy w pracy zawodowej pamięta się tę nieprzyjemną — kontynuuje pani Regina. — Dla mnie był to pierwszy zgon. Do dziś pamiętam dokładnie imię i nazwisko tej pacjentki, jej twarz… To była piękna kobieta, w wieku 50 lat, nie miała ani jednego siwego włosa, za to miała wielkie, lśniące czarne oczy! Jej twarz wciąż mam przed oczami, jakby to wszystko było dziś. Pewnie właśnie dlatego, że zmarła w pierwszych dniach mojej pracy, na oddziale chirurgii, w sali numer 5, na trzecim łóżku. A przyczyną jej zgonu był nowotwór piersi…

— Czy ta pacjentka była żołnierzem…?

— Nie, była żoną oficera, bo pacjentami naszego szpitala byli nie tylko żołnierze, ale też ich rodziny.

Czy pani Regina świadomie wybrała to miejsce?

— A gdzie tam! Ja do pracy w tym szpitalu przyszłam tylko „na chwilę”. Moje plany życiowe były wtedy zupełnie inne i do dziś nie wiem, jak to się stało, że wciąż tu jestem. Szpital się zmienił z wojskowego na uniwersytecki, a ja jakbym się wtopiła w tło. No ale czasem tak to już bywa, że człowiek planuje, a życie pisze własny scenariusz… Poza tym, podpisując umowę, wiedziałam, że pracować będę na oddziale chirurgicznym. Ale już na miejscu, ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, okazało się, że na tym jednym oddziale właściwie działają ich cztery… O czym oczywiście nikt w chwili zatrudnienia mi nie wspomniał! Oprócz chirurgii była tam też ortopedia, chirurgia szczękowa i ginekologia. Potem doszła do tego jeszcze urologia. Zatem na początku byłam dość sceptyczna, ale potem już się przyzwyczaiłam.

— W czasie tych wszystkich lat mocno się wszystko pozmieniało.

— Dziś to jest wszystko przebudowane! Do budynku, w którym był mój oddział chirurgii, w międzyczasie dobudowano nowe skrzydło i dziś jest tam neurologia, neurochirurgia, a na górze działa Klinika Budzik. Mój oddział zaczynał się od łącznika, a kończył właśnie na tych niedawno dobudowanych budynkach. Przedtem rósł w tym miejscu piękny, rozłożysty kasztanowiec... Dyżurka pielęgniarek wychodziła właśnie na jego koronę i co roku w maju, kiedy kwitł, otwierałyśmy nasze ogromne okno, jedną gałązkę zrywałyśmy i ona potem stała w tej naszej dyżurce. Za to od drugiego szczytu nasz budynek kończył się wielkim i pięknym tarasem na pierwszym piętrze. W słoneczne, letnie, upalne dni brałyśmy zatem naszych pacjentów na ten taras, oczywiście same w tym czasie też korzystając ze słońca!

— Co było pod tarasem?

— Pracownia rentgenowska i blok operacyjny.

— A w miejscu, gdzie dziś stoi przychodnia? Coś słyszałam o smacznych jabłkach...

— Bo tam był sad i przynajmniej kilka różnych odmian jabłoni i śliw. Pomiędzy nimi rosły warzywa — tak: warzywniak na potrzeby szpitala tam był. Mieliśmy wtedy własną kuchnię i używaliśmy tylko warzyw z własnej uprawy. Panie kucharki w ogóle gotowały bardzo smacznie, piekły ciasta, pączki. No, a do tego szpital miał chyba niepisaną umowę z jednym okolicznym mleczarzem. Codziennie o 4 rano, wozem zaprzęgniętym w konia przywoził nam mleko w wielkich kanach, a za to odbierał od nas ostatki po obiedzie z poprzedniego dnia. Do tego tym pielęgniarkom, które zamawiały, pod drzwiami izby przyjęć, chirurgii i innych zostawiał też mleko w słoikach. To była taka nasza wymiana handlowa. A i koń tego mleczarza bardzo mocno przyczyniał się, żeby ziemia w naszym sadzie połączonym z warzywniakiem była stale dobrze nawożona. Nic się nie marnowało!

— A konie w szpitalu były? Kilka osób twierdzi, że stajnia była w dzisiejszej klinice rehabilitacji neurologicznej i ogólnoustrojowej.

— Co do koni, to stajnia była przy dawnej izbie przyjęć, czyli mniej więcej tu, gdzie dziś jest Laboratorium Badań nad Komórkami Macierzystymi — wspomina pani Regina.

Czyli chociaż z tymi końmi wreszcie wszystko wiadomo na pewno.

— To był czerwiec 1983 roku — wspomina z kolei Krystyna Plewa, dziś pielęgniarka w poradni dermatologicznej, wtedy świeżo upieczona absolwentka szkoły pielęgniarskiej, choć jeszcze bez dyplomu.

— Tak! Jak już w końcu odebrałam dyplom, to miałam za sobą dobry miesiąc pracy zawodowej. A pierwszy dzień? Najpierw w biurze przepustek nie chcieli mnie wpuścić na teren szpitala, no bo przepustki nie miałam. Powiedziałam jednak, że przyszłam w sprawie pracy — skierowali mnie do pielęgniarki przełożonej. Czyli do budynku, gdzie dziś mieści się administracja USK, a za czasów szpitala garnizonowego mówiło się o nim: komenda. U pielęgniarki przełożonej czekała już na mnie siostra oddziałowa. Nazywała się Jadwiga Zawisza i była najcudowniejszą oddziałową w całej mojej karierze zawodowej! Traktowałam ją prawie jak mamę. Wciąż pamiętam, gdy pani Jadzia prowadziła mnie do budynku, w którym znajdował się mój oddział — dziś mieści się tam Centrum Innowacyjnych Technik Diagnostycznych i Terapeutycznych. Bardzo mi się podobał cały ten szpitalny kompleks. Mnóstwo zieleni, drzew, świeżo pomalowane ławki… I ten piękny szpaler lipowy po prawej stronie — krótko potem lipy zaczęły oszałamiająco pachnieć!

— Ja tych lip jakoś nie kojarzę. E tam, lipy! Mnie w tym czasie widocznie bardziej interesowali chłopcy, a Krysia się za lipami oglądała! — wtrąca pani Regina z wyraźną naganą. — Ale faktycznie, kiedy szło się do pracy czy przechodziło między budynkami, to tu było jak w lesie. O każdej porze roku inne kolory — soczysta zieleń wiosną, wszystkie odcienie żółci i czerwieni jesienią, zimą wszystko okryte białym puchem… W jednej chwili człowiek czuł się jak w parku, oderwany od świata, schowany jakby w jakimś bajkowym zakątku…

Skąd ten pośpiech w zatrudnieniu pani Krysi?

— Akurat w tym czasie trzy pielęgniarki spodziewały się dzieci i szpital musiał liczyć się z ich dłuższą nieobecnością. No i potrzebne były ręce do pracy. Mnie z kolei też zależało, bo w grę wchodziło miejsce w internacie. I tak otrzymałam umowę o pracę na czas określony. Generalnie marzyłam o pracy na chirurgii, ale skierowano mnie na oddział obserwacyjno-zakaźny. Dwa pierwsze dyżury miałam właśnie pod okiem siostry Jadwigi. A potem pierwszy nocny dyżur — już samodzielnie. Pacjenci po wieczornym obchodzie poszli spać, a ja robiłam inwentaryzację gabinetu zabiegowego — śmieje się pani Krysia. — W środku nocy, w kompletnej ciszy sprawdzałam, gdzie co leży i próbowałam wzrokowo wszystko dokładnie zapamiętać. Tak, żeby w razie nagłego wypadku bez wahania sięgać po to, co niezbędne. Żołnierze chorowali na ospę, odrę — nic szczególnego… Ja jednak cały czas bałam się, że któregoś dnia przyjmiemy na oddział chorego na zapalenie opon mózgowo-rdzeniowych, a ja nie będę wiedziała, gdzie leżą odpowiednie leki, materiały i sprzęt, zwłaszcza zestaw do punkcji. No i traf chciał, że dość szybko, na którymś kolejnym dyżurze przyjęliśmy na oddział pacjenta z podejrzeniem zapalenia opon. Przyjął go lekarz, potwierdził diagnozę, a ja już pamiętałam i po kolei podawałam mu narzędzia, materiały opatrunkowe… Bardzo mnie potem pochwalił!

— Jak to się stało, że dziś pracuje pan w Uniwersyteckim Szpitalu Klinicznym? — pytam dyrektora USK.

— Och, tak naprawdę do współpracy już w lutym 2012 r. zaprosiła mnie ówczesna dyrektor ds. lecznictwa — wspomina dr Radosław Borysiuk. — Zaproponowała, bym jako anestezjolog objął niektóre dyżury. Ja sam w tym czasie byłem zastępcą dyrektora ds. lecznictwa w Szpitalu Pulmonologicznym (Samodzielnym Publicznym Zespole Gruźlicy i Chorób Płuc), ale zgodziłem się i tak przez jakiś czas pracowałem w obu szpitalach. W 2016 r. zacząłem pracować z kolei na oddziale anestezjologii i intensywnej terapii USK, przez jakiś czas byłem nawet jego szefem. Potem już przyszedłem do USK na dobre — jako zastępca dyrektora ds. lecznictwa. A od 2018 r. jestem tu dyrektorem.

— Bo był konkurs na to stanowisko.

— Tak, a ja w swoim CV miałem choćby doświadczenia w pracy na SOR-ze szpitala w Mrągowie, konkretnie w czasie białego szkwału w sierpniu 2007 r. — był moment, że przywieziono tam 200 pacjentów! Musiałem działać rozważnie i tak zorganizować pracę swoją i innych lekarzy, żeby jak najszybciej tym ludziom pomóc. Bo w pracy lekarza z jednej strony bardzo ważne są kompetencje medyczne, ale dobra organizacja pracy znaczy niewiele mniej.

— A czym ten Szpital różni się od poprzednich miejsc pracy?

— To przede wszystkim i szpital, i miejsce z duszą, z ogromną i ciekawą historią w tle. Wiele znaczy dla mnie też unikalność poszczególnych jego oddziałów, zwłaszcza tych skoncentrowanych na leczeniu chorób serca i mózgu — szerzej: mózgowia i głowy. Bo mamy możliwości i specjalistów, którzy diagnozują i skutecznie leczą pacjentów. Wprawdzie brak nam jeszcze kardiochirurgii, ale klinika kardiologii prof. Gromadzińskiego to jeden z silniejszych tego typu ośrodków nie tylko w Europie, ale też na świecie. To samo dotyczy kliniki neurochirurgii prof. Maksymowicza — unikalny przecież ośrodek, w którym prof. Maksymowicz wraz z prof. Isao Moritą przeprowadzili pierwszy w Europie zabieg wszczepienia stymulatora do rdzenia mózgu pacjentce, która od wielu lat pozostaje w śpiączce. Ja sam znieczulałem tę pacjentkę — miała na imię Aleksandra.

— Co przez ten czas udało się zrobić, a co wciąż jest w planach — pana i Szpitala?

— Szpital jest jak organizm, w którym każda część musi działać sprawnie. Trudno zatem mówić o sukcesach moich, bez wspomnienia o moich współpracownikach. Udało nam się przede wszystkim stworzyć onkoinnowacje i wyposażyć pracownię endoskopową w najnowszy sprzęt i zaplecze dla niego — dziś to jeden z lepiej wyposażonych ośrodków diagnostyki chorób przewodu pokarmowego w kraju. Oczywiście sprzęt sam nie leczy — mamy więc też to szczęście, że pracują z nami najlepsi specjaliści w kraju. W październiku tego roku zaczęła działać z kolei pracownia histopatologii — wciąż ją doposażamy, bo covid parę spraw nam opóźnił, ale działa. Od 2018 r. budujemy też nowe skrzydło Szpitala — głównie będzie służyło pacjentom, ale też studentom Collegium Medicum. A 1 grudnia 2019 r. otworzyliśmy oddział udarowy. Nawet parking udało nam się stworzyć — prawie 50 miejsc, które codziennie służą naszym pacjentom.

Plany? Rozważamy rozbudowę Kliniki Budzik tak, żeby było tam przestronniej i było miejsce na nowe formy rehabilitacji pacjentów. Nową siedzibę w skrzydle północnym zyska wkrótce nasz oddział neurorehabilitacji. W planach jest też termomodernizacja paru budynków wraz z montażem instalacji fotowoltaicznej, bo chcemy być eko. Historia wymaga czasem rewitalizacji, a my chcemy łączyć stare z nowym. Dbać o przeszłość, ale i dotrzymywać kroku nowoczesności!

Historia na styku z nowoczesnością

W oczekiwaniu na rozmowę z dyrektorem Radosławem Borysiukiem spotykam panią Emilię i po kilku pierwszych zdaniach już się cieszę, że spotkanie u pana dyrektora nieco się przeciąga. Bo pani Emilia Komrowska, urodzona w połowie lat 80. XX w., zachłannie słucha moich opowieści z dzieciństwa i faktów z historii szpitala. Po czym natychmiast cieszy się, że dziś pracuje w jednym z tych najstarszych budynków i opowiada mi swoją historię.

— Ja trafiłam tu przez przeznaczenie i moją wewnętrzną chęć poznania historii tego miejsca — mówi pani Emilia, która prowadzi sekretariat dyrektora USK. — Dobre kilka miesięcy codziennie przechodziłam koło szpitala i kilka razy przemknęła mi przez głowę taka myśl, że chciałabym lub że będę tu pracować. No to jestem!

Przez architekturę i historię…?!

— Miałam to szczęście, że wychowałam się blisko przyrody, z jeziorem dosłownie za domem, wśród kwiatów, drzew i mnóstwa zieleni. Wychowałam się też wśród ludzi sporo ode mnie starszych, ale i sporo młodszych — mogłam wsłuchiwać się więc w głosy różnych pokoleń i na co dzień obserwować, jak odmiennie moje otoczenie reaguje na jedną i tę samą rzecz. Potem na studia pojechałam aż do Szczecina i w jednej chwili znalazłam się w betonowej dżungli. Przez cały pierwszy semestr przyjeżdżałam do domu w każdy weekend. Tak! Byłam tak zdeterminowana, aby choć kilka godzin pooddychać świeżym powietrzem, poprzebywać obok natury, popatrzeć na drzewa, przejść się brzegiem jeziora… — że co weekend spędzałam 11 godzin w pociągu w jedną stronę, późny wieczór i poranek w domu, i z powrotem 11 godzin do Szczecina!

Dopiero na drugim semestrze zaczęłam ten Szczecin zwiedzać, poznawać rozmaitych ludzi, zgłębiać historię tego miejsca. I to wtedy odkryłam, że Szczecin zbudowany został dokładnie na tym samym planie, co Paryż. Dostrzegłam wreszcie tę wymuskaną i dostojną architekturę… Taki Pałac Książąt Pomorskich — mnóstwo w nim pięknych detali, na które przechodnie rzadko kiedy zwracają uwagę! I tak jest też w naszym Szpitalu. Tu też cegły, mury, okna, drzewa — wszystkie coś nam mówią. O twórcach tego miejsca, o ludziach, którzy tu byli, pracowali, chorowali, wracali do zdrowia. O zmarłych nam mówią. Trzeba tylko umieć słuchać. Inna rzecz, że budynki, które powstały pod koniec XIX i na początku XX w. — one mówią innym językiem. Mnóstwo w nich szczególików, żaden nie jest taki sam, dopracowane zostały w każdym detalu, najczęściej ręcznie, bez maszyn, technologii, najprostszymi narzędziami. Teraz mamy budynki ze szkła i pudełka zapałek z lat 80. — proste kształty, bez osobowości i bez duszy. To Szpital inny niż wszystkie. Tu historia jest po prostu na wyciągnięcie ręki. Ja takie miejsca uwielbiam. Szkoda tylko, że młodzi ludzie nie bardzo przejmują się historią różnych miejsc, przechodzą, a nie zastanawiają się; mijają, a nie chcą się zatrzymać. Właśnie: nawet nie chcą się zatrzymać…  

*****************
Niech się zatem już nikt nie dziwi, że każda wizyta w dzisiejszym Uniwersyteckim Szpitalu Klinicznym — na jaki bym zabieg i w jakim celu bym tam nie szła — będzie dla mnie zawsze w jakiejś części powrotem do lat dzieciństwa. Do tej sielskiej, sennej uliczki, do siejącego postrach w 4-letnim jestestwie wojaka, do wizyt u babci, które niezmiennie kończyły się nowym bukietem ołówków, pachnących drewnem cedrowym i… babcią! I niech mnie nikt nawet nie próbuje przekonywać do zmiany nazwy. Dla mnie — niech pęknę! — to miejsce zawsze będzie garnizonem. I już!
Magdalena Maria Bukowiecka
m.bukowiecka@gazetaolsztynska.pl

dr Radosław Borysiuk: My chcemy łączyć stare z nowym. Dbać o przeszłość, ale i dotrzymywać kroku nowoczesności!

Dawna komenda

Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (1) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. Były ministrant 1964-71 w Olsztynie #3016652 | 37.248.*.* 6 gru 2020 08:10

    Za byłym lekarzem chirurgiem płk Piotrem A lekarzem tego szpitala.To wykańczalnia ludzi.Były komendant też mój sąsiad do śmierci dr.płk.Walenty B też nie chwalił.Takie były czasy sam leżałem tam w 1978 roku.

    Ocena komentarza: poniżej poziomu (-1) ! - + odpowiedz na ten komentarz pokaż odpowiedzi (3)