Maria Drozdowska: Pan Jezus złapał mnie kiedyś za język [ROZMOWA]

2020-11-08 12:10:23 (ost. akt: 2020-11-06 12:16:32)
Siostra Ewa Maria Drozdowska

Siostra Ewa Maria Drozdowska

Autor zdjęcia: Andrzej Grabowski

Na krzesłach poukładano papierowe serca z sentencjami, które miały wskazywać, co będziemy w życiu robić. W swoim przeczytałam: "zostaw wszystko i chodź moimi śladami" — mówi siostra Ewa, czyli Maria Drozdowska, pochodząca z Bisztynka misjonarka pracująca w Afryce.
— Jak to było z powołaniem młodej Marii do życia zakonnego?
— Kiedy miałam 14-15 lat dość mocno związałam się z kościołem i pracującymi w Bisztynku siostrami Katarzynkami. Razem z koleżankami pomagałyśmy w zakrystii, jeździłyśmy do Braniewa na rekolekcje dla dziewcząt. Wszystkie mówiły, że pójdą do klasztoru. Wtedy i ja powiedziałam, że to zrobię, no i pan Jezus "złapał mnie za język", a potem jeszcze napisał do mnie list.

— Jak to?
— Skończyłam Liceum Medyczne w Olsztynie i miałam być pielęgniarką. Myśl o zakonie nadal mi jednak towarzyszyła. W 1984 roku, tuż przed zrobieniem dyplomu pielęgniarskiego, pojechałam do Braniewa na kolejne rekolekcje. Modliłam się, aby uzyskać odpowiedź, czy iść do zakonu, czy nie. Odbywała się tam wtedy pewna zabawa. Na krzesłach poukładano papierowe serca z napisanymi sentencjami, które miały wskazywać, co będziemy w życiu robić. Usiadłam i w swoim sercu przeczytałam: "zostaw wszystko i chodź moimi śladami". Od tego momentu już wiedziałam, że pójdę do zakonu. Zrobiłam jeszcze dyplom pielęgniarski i wstąpiłam do zakonu Katarzynek.

— Po jakimś czasie wyjechała siostra aż do... Afryki.
— W domu zakonnym spędziłam cztery lata i złożyłam śluby czasowe. Na trzy lata, potem na kolejne trzy. Gdy byłam jeszcze w nowicjacie usłyszałam, że nasze zgromadzenie prowadzi w Afryce ośrodek misyjny. Już wtedy powiedziałam, że chciałabym tam pojechać. Na wyjazd musiałam jednak poczekać aż złożę śluby wieczyste. Złożyłam je w 1993 roku. Do Togo wyjechałam 1 marca 1994 roku. Tam byłam siedem lat. Początkowo pracowałam jako dyrektorka szpitalika na sawannie. Było tam wtedy bardzo mało takich placówek. Była porodówka, miejsca dla chorych. Zajmowałam się też pogadankami na tematy związane ze zdrowiem, głównie dzieci, i szczepieniami w poszczególnych wioskach. W każdej wiosce takie spotkania odbywały się raz w miesiącu. Przychodziły matki z dziećmi lub kobiety w ciąży. Mówiliśmy choćby o tym, jak leczyć i zapobiegać powszechnej tam malarii...


[...]

Czytaj e-wydanie

To tylko fragment artykułu. Cały przeczytasz w weekendowym (7-8 listopada) wydaniu Gazety Olsztyńskiej

Aby go przeczytać kliknij w załączony PDF lub wejdź na stronę >>>kupgazete.pl


***

Dołącz do nas!

"Maseczka to znak solidarności". To nasza kampania społeczna związana z koronawirusem. Zachęcamy wszystkich do wysyłania zdjęć w maseczkach! Będziemy je publikować na gazetaolsztynska.pl i w Gazecie Olsztyńskiej. Nie dajmy się zarazie. Żyjmy normalnie, ale "z dystansem".

Zdjęcia wysyłajcie (imię, nazwisko, miejscowość i ewentualnie zawód) na maila:
redakcja@gazetaolsztynska.pl