Opalenizna? Tak, ale tylko zdrowa

2020-07-26 21:27:23 (ost. akt: 2020-07-24 14:44:37)

Autor zdjęcia: Pixabay

„Na plaży słońce praży. Tu bladość ciał zanika...” — śpiewały Wały Jagiellońskie we Władysławowie, a echo tę pieśń niosło pod sam Hel…! Był rok 1985, nie było kremów z filtrem ani takiż okularów. A ludzie na tej plaży jakoś dawali radę…
Piękna Monika, dziewczyna ratownika, tym się odznaczała, że miała „ciało opalone, prawie nieosłonione”. I budziła szczery zachwyt męskiej części plażowiczów. A co na to lekarze? Jak to jest z tym prażącym słońcem? I co zrobić, by oprócz wspomnień z wakacji zachować na długo oliwkowy odcień skóry?

Zofia Siłakowska, dermatolog z Olsztyna, przed nadmiernym opalaniem przestrzega przede wszystkim osoby z dużą liczbą znamion barwnikowych, popularnie zwanych pieprzykami. — To pierwsza rzecz, o jaką pytam w kontekście kąpieli słonecznych — mówi. — Jeśli jest ich dużo, a dodatkowo jesteśmy obciążeni genetycznie, bo mama i tata też mają takich znamion dużo — to intensywne opalanie się odradzam kategorycznie. Trzeba wtedy bardzo chronić skórę i to kremami ochronnymi z filtrem od 50 w górę. Przy jasnym fototypie skóry to absolutna konieczność. Od kremów z wysoką ochroną zaczynamy także wtedy, kiedy w danym sezonie w ogóle nie korzystaliśmy z promieni słonecznych, a wyjeżdżamy do któregoś z ciepłych krajów — dodaje.

Jak mówi, niektórzy popełniają też inny błąd: smarują się kremem ochronnym zaraz po przyjściu na plażę i uważają, że skutecznie zablokowali promienie słońca. — To nieprawda, bo przecież pocimy się, kąpiemy — i ten krem po prostu schodzi z naszej skóry, szczególnie po kąpieli w morzu — stwierdza dr Siłakowska. — Schodzi nawet krem, który producent na opakowaniu oznaczył jako wodoodporny. Trzeba więc smarować się mniej więcej co dwie godziny, tym bardziej że światło odbite od tafli wody operuje jeszcze silniej.

Należy przy tym pamiętać, że słońce opala nas nie tylko na plaży. Przebywając na otwartym słońcu, szczególnie w krajach, gdzie operuje ono naprawdę intensywnie, musimy także dbać o ochronę naszej skóry. — Dlatego obfitą warstwę kremu z filtrem powinniśmy zastosować już około pół godziny przed wyjściem na zewnątrz, a nie tylko na plaży, w dodatku jednorazowo. Wtedy rzeczywiście możemy mieć pewność, że kosmetyk na słońcu działa i skutecznie chroni nas przed poparzeniem — radzi Zofia Siłakowska.

Bardzo ważna jest także ochrona głowy. — Najlepszy jest słomkowy kapelusz, przewiewny i lekki, ale bawełniana chusta lub czapka z daszkiem też będą dobre. Grunt, żeby były w jasnym kolorze, bo wtedy odbijać będą światło. A przebywanie na intensywnym słońcu kilka godzin może niekiedy skończyć się nawet udarem — zaznacza. — Pamiętajmy też o naszych najmłodszych. Skóra dziecka jest szczególnie wrażliwa na działanie słońca i balsamy przeciwsłoneczne dla dzieci powinny zawsze znaleźć się na pierwszym miejscu w bagażu rodzinnym. Tu też wspomnę o ludziach starszych, u których ekspozycja na słońce może skutkować pojawianiem się zmian skórnych przednowotworowych. W tej chwili dostępność specjalistycznych dermokosmetyków ochronnych przeciwsłonecznych dostosowanych do wieku, problemów skórnych, np. trądziku różowatego, cery naczynkowej czy bielactwa — jest bardzo duża. Wzrasta też świadomość zachorowania na czerniaka, co skłania nas do bardziej wnikliwej oceny zmian na naszej skórze.

A co robić, gdy skóra zaczyna piec, a na jej rozognionej powierzchni występują pęcherze?
— Przede wszystkim natychmiast zejść ze słońca! — odpowiada stanowczo doktor Siłakowska. — Następnie te najbardziej zapalne miejsca posmarować jakimś mocno nawilżającym balsamem. Także pić dużo płynów. I jak najszybciej udać się do lekarza, bo jeśli nawet poczujemy chwilową ulgę, poparzeń słonecznych nie da się wyleczyć kosmetykami i zwykłymi, domowymi sposobami. Swoich pacjentów bardzo często przestrzegam też przed spaniem na słońcu. Ten rodzaj odpoczynku grozi nie tylko udarem, ale też odwodnieniem organizmu. Poza tym taki sen naprawdę nie odpręża: budzimy się najczęściej zmęczeni, wewnętrznie rozbici, a dodatkowo narażamy się na poważne problemy ze zdrowiem.

Rady radami, ale życie jednak bardzo często po swojemu weryfikuje osiągnięcia medycyny.

W czasach mojej licealnej młodości, którejś pięknej wiosny zaczęłam cierpieć na tzw. trądzik młodzieńczy. Był to ten etap mojego życia, kiedy stanowczo zaczęłam unikać luster, a na moje czoło intensywnie wybiły najmroczniejsze czeluści mojej duszy. Lekarz pierwszego kontaktu zapisał mi jakieś kremy, maści, coś do łykania... Sceptycyzm bił z niego po oczach — a pragnę zaznaczyć, że gotowa byłam wtedy wypić jednym haustem butelkę zajzajeru...! W końcu poddał się przy trzeciej wizycie i odesłał do dermatologa.

Wiosna mijała, wielkimi krokami zbliżało się lato, wakacje, a moja twarz wciąż nie nadawała się do użytku publicznego! Pani doktor dermatolog zapisała nowe mikstury, ponoć silne i sprawdzone, oraz antybiotyk. Stanowczo też przestrzegła przed wystawianiem tej kostropatej twarzy na słońce. — Promienie tylko spotęgują stan zapalny, a i ten antybiotyk ze słońcem mocno reaguje. Mogą zostać blizny na całe życie — powiedziała mi na odchodne.

Przestróg przestraszyłam się średnio, a dla wzmocnienia kuracji zaczęłam pić na czczo herbatkę z bratka, w pełni godną tego zajzajeru, i tak uzbrojona wyjechałam na trzy tygodnie do Władysławowa.

Bratki na czczo to nawet piłam. O tabletkach zapomniałam jednak już trzeciego dnia, a o maści — niedługo później. Jak wiadomo, Bałtyk to nie jest Morze Czarne i nie bez kozery polskie plaże usiane są od wczesnych godzin tymi nieszczęsnymi parawanami.

Przez cały dzień zatem — a pogoda tego lata była więcej niż piękna — albo taplałam się w wodzie, albo plackiem leżałam na piasku, albo spacerowałam wzdłuż i wszerz Władysławowa. Nie muszę mówić, że na głowie nie miałam żadnego nakrycia, bo wiatr wiał oczywiście sztormowy, a filtrów nie lubię, bo się kleją i brudzą ubrania.

Po tak spędzonych trzech tygodniach stawiłam się na wizytę kontrolną u swojej dermatolog. Humor miałam szampański, opaleniznę w kolorze gorzkiej czekolady, a na twarzy... ani jednego pryszcza!

Pani doktor spojrzała na moje lico, spojrzała do karty, jeszcze raz na lico...
— No, tak... — skwitowała z filozoficzną zadumą. — Słoneczko zrobiło swoje...
Trzeba więc słuchać rad lekarzy, trzeba pilnować, by nie przesadzić z opalaniem i nie nabawić się oparzeń, warto zainwestować w dobre kosmetyki skutecznie chroniące przed nadmiarem słońca, ale czasem warto zwyczajnie pokierować się zdrowym rozsądkiem. A słoneczku pozwolić, by zrobiło swoje! Wiadomo, opalenizna „na skwarkę” już od dawna jest passé, ale — ostatecznie — na widok opalonej Moniki większość plażowiczek „palce gryzła do kości”...!

Magdalena Maria Bukowiecka


Czytaj e-wydanie
Gazeta Olsztyńska zawsze pod ręką w Twoim smartfonie, tablecie i komputerze. Codzienne e-wydanie Gazety Olsztyńskiej, a w piątek z tygodnikiem lokalnym tylko 2,46 zł.

Kliknij w załączony PDF lub wejdź na stronę >>>kupgazete.pl

Komentarze (7) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Komentarze dostępne tylko dla zalogowanych użytkowników. Zaloguj się.

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. iksa #2971126 | 93.175.*.* 11 wrz 2020 18:59

    ja sie ostatnio przestałam opalac, a kolo skóry sobie podkręcam samoopalaczem. pat&rub wypuścił swój i jest on przemega. zero smrodu, zero smug itd.

    odpowiedz na ten komentarz

  2. Justyna #2955729 | 185.11.*.* 3 sie 2020 12:35

    U mnie odpada wystawianie się na słońce. Ogólnie nie mam koloru skóry do tego, bo jestem blada i bardzo szybko się spalam, ale przy moim trądziku różowatym to już w ogóle... Cały czas tylko u mnie na twarz leci wszystko co możliwe żeby ten rumień się nie rozlewał.

    odpowiedz na ten komentarz pokaż odpowiedzi (1)

    1. Professor #2953677 | 95.160.*.* 29 lip 2020 00:52

      Długo już chodzę po tym świecie i powiem tak: producenci kosmetyków (mydła, szampony, i inne diabelstwa – poczytaj skład napisany drobnym druczkiem i w obcym języku, żebyś za wiele nie wi(e)dział/a!) znaleźli „kozła ofiarnego” w postaci słońca. Znajdą się także sprzedajni naukowcy, którzy na podstawie sponsorowanych badań potwierdzą tezę o zgubnym działaniu słońca. Znamienne, że wcześniej, tj. kilkadziesiąt lat temu, kiedy nie było tej wspaniałej chemii kosmetycznej, jakoś nie słyszałem o czerniakach i innych defektach skórnych. Przecież człowiek został stworzony do przebywania pod słońcem, które daje mu energią życia, a nie zabija go. Kiedy nie było kombajnów i kosiarek ludzie latem całymi dniami pracowali przy żniwach w skwarze słońca, i tak co roku. To wszystko widziałem, jako świadek, ale żaden z pracowników nie chorował raka skóry, a dożywali sędziwego wieku.

      Ocena komentarza: warty uwagi (1) odpowiedz na ten komentarz

    2. Ona #2953026 | 80.187.*.* 27 lip 2020 10:48

      Ja sie nie opalam, tzn nie leze plackiem, ogolnie jestem biala , wiecznie slysze latem, jaka ty blada. Oczywiscie od zjaranych aloncem i solara kolezanek. Mam to w nosie , wole byc blada i ze zdrowa skora noz wygladac jak rodzynka. Zapamnietajcie solarki, damy sie nie opalaja.

      Ocena komentarza: warty uwagi (4) odpowiedz na ten komentarz

    3. Kebiz #2953024 | 88.156.*.* 27 lip 2020 10:38

      Niestety większość lekarzy mówi i postępuje jak agitatorzy koncernów farmaceutycznych. Ciekawe,że nie wspomniano o zbawiennym wpływie słońca na pozyskiwanie witaminy D3, której niedostatek cechuje większość mieszkańców Europy , zwłaszcza północnej !

      odpowiedz na ten komentarz

    Pokaż wszystkie komentarze (7)