Koronawirus: Od agresji do obojętności

2020-04-20 20:17:03 (ost. akt: 2020-04-20 16:32:36)

Autor zdjęcia: Pixabay.com

Pandemia, wymuszona nią kwarantanna, lęk o zdrowie, zwyczajne zakupy w spożywczaku, które raptem zaczęły wymagać ściśle opracowanych posunięć strategicznych - to wszystko nas przerosło. I wywołuje różne, czasem skrajne uczucia.
Właściwie weszliśmy w tę kwarantannę jakoś tak niepostrzeżenie, po cichu, płynnie. Z dnia na dzień na ulicach robiło się coraz bardziej pusto, cichły gwary przed szkołami i przedszkolami. Galerie, salony fryzjerskie i kosmetyczne, jakieś butiki i sklepy z walizkami zaczęły się zamykać, wycofywać… Tylko sklepy spożywcze, drogerie i hipermarkety — te zaczęły tętnić życiem jakby podwójnie, za wszystko i wszystkich.

Pierwsze zgrzyty usłyszałam w dniu, kiedy rządowym rozporządzeniem zaostrzone zostały zasady wykonywania zakupów w swojskich spożywczakach.
— Ludzie dziś po prostu na nas plują! — alarmowała ekspedientka na antenie jednej ze stacji radiowych. — Wyżywają się za to, że nie może być więcej niż po trzy osoby na kasę, że muszą dezynfekować przy wejściu ręce i zakładać rękawiczki. A przecież to nie są moje ustalenia, ja tylko wykonuję i pilnuję tego, czego od nas wszystkich wymaga państwo. Ludzie! Przecież to dla waszego własnego bezpieczeństwa!

Pomóżcie nam zrobić zakupy
Następny był apel lekarki z Łodzi, którą po 48 godzinach dyżuru starsze panie wyrzuciły ze sklepu.
— Jestem twarda, ale się popłakałam — wyznała w szczerym do bólu apelu do społeczeństwa. Nie chodzi jej bowiem o głośne, pokazowe gesty — bicie służbie zdrowia braw na balkonach. Bardziej marzyłyby się jej drobne, mało spektakularne gesty: pomoc w godzeniu ciężkiej pracy ze zwykłymi codziennymi obowiązkami, opieka nad dzieckiem, zakupy, sen… Te zwyczajne rzeczy, na które my, zmuszeni do kwarantanny, utyskujemy wniebogłosy — a dla lekarzy i innych pracowników służby zdrowia w dobie pandemii stały się luksusem.

— Nie bijcie nam braw — apelowała zatem lekarka. — My tych braw nie słyszymy. Kiedy jedziemy karetką w pomarańczowych kombinezonach, włączony jest sygnał alarmowy. Kiedy jesteśmy na intensywnej terapii, wokół nas rozlega się dźwięk sprzętu, respiratorów, monitorów. Prosimy — pozwólcie nam zrobić zakupy bez kolejki. Pozwólcie nam wejść do sklepu między 10 a 12. Pozwólcie nam wejść na pocztę.

— Mój syn jest ciężko chory. W niczym nie może mnie wyręczyć. Kiedy wychodzę na dyżur, muszę mu zapewnić wszystko. Wczoraj wróciłam do domu po 48 godzinach w pracy. Poszłam do sklepu. Było 10 minut po godzinie 10. Zostałam wyrzucona przez kilka starszych pań, bo nie mam 65 lat. Mam 62 lata. Jestem twarda, ale się popłakałam. Wpadłam do domu na 12 godzin i nie mogę zapewnić mojemu dziecku jedzenia na następne 48 godzin. W Lidlu jest specjalna kasa dla pracowników służby zdrowia, ale co z tego, jeżeli ja muszę godzinę odstać przed sklepem, żeby tam wejść? Bo kiedy chodzi o tak prostą rzecz jak przepuszczenie w kolejce, to nikt tego nie chce zrobić. A to byłoby takie ludzkie, takie zwyczajne. Proszę, nie bijcie nam braw. Pomóżcie nam zrobić zakupy — prawie błagała.

Kilka dni później po oczach uderzył mnie tytuł w jednym z dzienników: „Dostajemy brawa na balkonach rano, a pogardę w sklepie wieczorem”. To pielęgniarz zwierzał się, że rano dostaje brawa — a wieczorem oddelegowanie na inny oddział; że w memach cieszy się powszechnym szacunkiem, ale w sklepie otrzymuje pogardę — gratis. — Przyszła pandemia z, wydawałoby się, futurystycznych książek. W społecznym podejściu do pracowników służby zdrowia i ich pracy powinien pojawić się przełom, ale nic się nie zmieniło… — podsumował gorzko.

A na koniec znalazłam wpis jednego z olsztyńskich pisarzy w mediach społecznościowych — też impresja ze sklepu osiedlowego.
— Ja się nie boję — mówiła mu jedna ze znajomych ekspedientek. — Gorzej, że ludzie zwariowali. Skaczą sobie do oczu. Wyzywają się… — kręciła ze smutkiem głową.

I poczucie wspólnoty, jakiejś solidarności w tej biedzie, nawet ta cisza — zaczęły zgrzytać… Kilka dni spędzonych w domu, z zupełnie innym rozkładem i rytmem dnia, w innych warunkach, otoczeniu, z rodziną zamiast koleżanek i kolegów wokół nas — i pojawiła się jakaś frustracja. A za nią chęć wyładowania tych negatywnych emocji.

Skąd ta agresja?
Jak zwykle postawiłam natarczywe pytanie: dlaczego? Przebywamy przecież we własnych pieleszach, budzik nie wyrywa nas w środku nocy ze snu, nie musimy w szaleńczym pędzie szykować siebie i dzieci do pracy i szkoły, a i poranne korki na ulicach też przestały być naszym problemem. Mało tego. Wiem, że osoby z pokolenia naszych dziadków i rodziców wciąż mogą zmagać się z traumą po stanie wojennym, kiedy nie dość że przemieszczanie się było mocno ograniczone, wprowadzono godzinę milicyjną, półki w sklepach świeciły pustkami — i dziś mogą obawiać się, szczególnie o te puste półki. Mimo wszystko szturm na sklepy w kraju, gdzie od dekad działa wolny rynek, jest dla mnie zjawiskiem nie bardzo zrozumiałym. Zwłaszcza, że na oko sądząc po twarzach szturmujących — w stanie wojennym prawdopodobnie nie było ich jeszcze na tym świecie…

No dobrze. Ale szturm szturmem, walka o mięso, artykuły sypkie i papier toaletowy — może być jakąś odmianą od dotychczasowej monotonii dostatniego życia, ale skąd ta agresja?

— Pandemia, jak każda sytuacja kryzysowa z dużą dozą niepewności, co do jej przebiegu, u osób duchowo i mentalnie nieprzygotowanych na tego rodzaju zdarzenia fizycznie wywołuje dwa typy skrajnych emocji — mówi Zenon Waldemar Dudek, lekarz psychiatra, prezes Fundacji Instytut Psychologii i Kultury Eranos. — Pierwszym jest lęk i uczucia mu pokrewne: niepokój, przerażenie, trwoga, panika, strach. Drugim odczuciem jest agresja i jej pokrewne doświadczenia mobilizujące do walki, czyli frustracja, złość, wściekłość, nienawiść. Agresja jako zachowanie, a mówiąc bardziej precyzyjnie — złość jako przeżycie — to uczucie steniczne, pobudzające, wyzwalające siłę. Natomiast lęk jest uczuciem astenicznym, osłabiającym, demobilizującym. Agresja, którą ludzie w obliczu pandemii wyrażają wobec świata i rzeczywistości — u jednych jest objawem frustracji, u innych wyrazem reakcji na straty, cierpienie, porażki, przewidywane kłopoty. Często jest to także próba przełamania lęku przed niewidzialną w istocie chorobą, która czai się gdzieś za rogiem. Agresja jest zachowaniem w przyrodzie i społeczeństwie naturalnym i nieuniknionym w relacjach międzyludzkich, pełni funkcje obronne, obronno-atakujące i zdobywcze.

— Agresja obronna jest niezbędna, aby uniknąć ataku ze strony agresora: zwierzęcia lub osoby o skłonnościach psychopatycznych — kontynuuje dr Dudek. — U osób z silną komponentą lęku — neurotycznych, depresyjnych, po doświadczeniach traumy i przewlekłego stresu — agresja zanika lub nie jest wyrażana na zewnątrz. Niewyrażone i niezakomunikowane emocje złości i zablokowane impulsy agresywne w dłuższej perspektywie stają się podłożem i/lub jednym z czynników zaburzeń psychosomatycznych — choroby wrzodowej, migren, nadciśnienia tętniczego czy zaburzeń czynności tarczycy, niepłodności i wielu innych. Zablokowane emocje złości u osób lękowych i nieświadomych swoich negatywnych emocji zwykle przekształcają się w zachowania autoagresywne, których skrajną formą są depresje, uzależnienia, samobójstwa, w tym samobójstwo rozszerzone.

Sama pandemia zatem i ten niewidzialny wróg koronawirus — to jedna przyczyna zachowań nie do końca racjonalnych, czasem nielogicznych. Do tego dochodzi jeszcze kwarantanna — jakby nie brał, jakaś forma odosobnienia, izolacji. Czemu ona, zamiast wyciszać i uspokajać, także wzbudza, a u niektórych wręcz wyzwala agresję, przemoc — jakieś zło?

— Bez wątpienia izolacja to stan uwięzienia — potwierdza dr Dudek. — W kulturach pierwotnych, żyjących w naturze, a potem w starożytnych, które dopiero budowały cywilizację, główną karą było wypędzenie z plemienia, wioski, stolicy, wywiezienie poza mury miasta, zrzucenie ze skał czy topienie w morzu. Z czasem zaczęto stosować kary polegające na uwięzieniu skazańca, choćby zamykanie w lochach. Nasza cywilizacja za główną karę uznaje zamknięcie. Podyktowane kwarantanną pozbawienie wolności, w tym skrajne ograniczenie ruchu, kontaktów społecznych, bezpośredniego dostępu do bodźców zmysłowych, jak ulubione kolorowe widoki, zapachy przyrody, dźwięki, hałasy — wywołują zatem frustrację wynikająca z deprywacji. Nie tylko system psychiczny potrzebuje stałego dopływu pewnych bodźców, ale również sam mózg zdrowego człowieka domaga się bodźców, aby niejako potrenować sobie i wyregulować system poznawczy, emocjonalny, uwagę, pamięć. Poza tym mózg działa i jako system analityczny, i integracyjny.

Zmiana zestawu bodźców oraz ich natężenia wywołuje odruch orientacyjny i poszukiwanie znaczenia zmiany, jaka go zaskoczyła. Mózg sonduje rzeczywistość, aby znaleźć niezbędne informacje, które pozwolą dokonać nowej syntezy. Im większa różnica, przeskok informacyjny, początkowa ciekawość zostaje zastąpiona niepewnością, lękiem, a w miarę narastania niepewności i pogłębiania się stanu dezorientacji może wystąpić gwałtowny przyrost frustracji i „obronna” reakcja lękowa przez nierozpoznanym „wrogiem”. Kiedy ten wróg jest nieosiągalny jak niewidoczny wirus, w stanie dysonansu poznawczego osoby z niską świadomością i niewytrenowanymi zdolnościami regulacji swojego napięcia fizycznego i emocjonalnego szukają zastępczego wroga — takiego kozła ofiarnego, by skumulowany stres rozładować w formie agresji.

Konieczna rzeczywistość społeczna
— Jedyną rzeczywistością, w obrębie której człowiek kształtuje się i żyje, jest rzeczywistość społeczna — dodaje dr hab. Mirosław Piróg, adiunkt w Instytucie Filozofii Uniwersytetu Śląskiego. — Ta rzeczywistość powstaje w procesie złożonych interakcji pomiędzy ludźmi. Nie można być człowiekiem poza społeczeństwem — pisał o tym już Arystoteles. Odosobnienie, zwłaszcza narzucone okolicznościami zewnętrznymi, a nie wybrane dobrowolnie, powoduje, że nieprzygotowana jednostka staje albo w obliczu samotności, albo relacji ograniczonych do wąskiego kręgu, np. rodziny. Cóż więc dziwnego, że reaguje agresją albo przemocą? Odosobnienie stawia nas przed swego rodzaju lustrem, a nie każdy, prawdę mówiąc — prawie nikt, nie umie zajrzeć do swego wnętrza i zachować jednocześnie spokój…

Są jednak przypadki skrajnie odmienne, wyzute nie tylko z agresji, ale z wszelkich innych emocji, pełne obojętności, wręcz apatii. Sąsiadka, której rodzaj wykonywanej pracy nie pozwala na formę zdalną, zwierzyła mi się kilka dni temu, że jej koleżanka do zakładu przyprowadza niekiedy dzieci…
— Przecież to skrajna nieodpowiedzialność! — prawie wykrzyknęłam. — Naraża nie tylko was, ale też siebie i te dzieci. Tym bardziej, że tyle się mówi o potwierdzonych przypadkach, że dzieci, choć same na koronawirusa nie zapadają tak łatwo, ale łatwo go przenoszą na innych…

— Szczerze ci powiem, że ja nawet nie wiem, jak ona ma na imię. I ciężko mi było zwrócić jej tak uwagę. Bo my tylko pracujemy na jednym piętrze. Ona jest z innego działu — sąsiadka odpowiedziała mi beznamiętnie.

Chciałam zapytać, czy gdyby jakiś nieznajomy zaczął na nią kasłać choćby w kolejce do spożywczaka lub apteki — też by nie zareagowała. Ale zamilkłam i pomyślałam sobie, jak różna jest natura ludzka. Jak bardzo człowiek, w obliczu tej samej sytuacji, tego samego zagrożenia — potrafi zaprezentować odmienne postawy.

— Zwierzęta mają do wyboru różne rodzaje reakcji na zagrożenie — zachowanie sąsiadki próbuje mi wytłumaczyć dr Piróg. — Zwykle jest to wybór pomiędzy „walcz albo uciekaj”. Ale jest jeszcze jedna — to zamrożenie, udawanie martwego. Tę reakcję często spotykamy w świecie zwierząt, ale obserwujemy ją także u ludzi. Gdy nie możemy walczyć — a jak walczyć z niewidzialnym wirusem? Gdy nie możemy uciekać — bo gdzie mamy uciec, gdy musimy iść do pracy albo po zakupy? Wtedy wybieramy ową trzecią reakcję, czyli właśnie zobojętnienie, apatię. To pełne rezygnacji pogodzenie się z istniejącą sytuacją. I nie możemy mieć pretensji do osób, które ją wybierają, bo w mojej ocenie jest to najpowszechniejszy sposób zachowania się w trudnych sytuacjach.

Życie toczy się dalej
— Kryzys odsłania nasze indywidualne schematy i skłonności, wyolbrzymia różnice postaw, poziom wiedzy, możliwości radzenia sobie w trudnych warunkach — dodaje dr Dudek. — Widzimy wtedy, że matka za priorytet uznaje bezpieczeństwo swojego dziecka, a nie innych osób. Ten „egoizm macierzyński” znamy z codziennego życia. Otoczenie ma problem z taką sytuacją, bo zwrócenie uwagi matce — to jednocześnie „krzywdzenie” jej dziecka. Z drugiej strony obecność dzieci w pracy, pomijając czynnik pandemii, może irracjonalnie odwracać uwagę od stresu, przynosić nadzieję. Jest znakiem, że życie toczy się dalej. To są paradoksy wojny. Ludzie ignorują część racjonalnych zakazów, bo chcą pokazać, że nie boją się śmierci. To odwaga, która może okazać się brawurą, zagrywką hazardową i — niestety — nieodpowiedzialnością.

Bywam nadwrażliwa, spontaniczna i generalnie emocjonalna. W obliczu niebezpieczeństwa staram się jednak prezentować postawę: tylko spokój może nas uratować. Koleżance w pracy grzecznie zwróciłabym uwagę, uwypuklając przede wszystkim zdrowie i bezpieczeństwo jej dzieci. W kolejce do kasy stoję jednak karnie, z zachowaniem odstępu, w rękawiczkach, w maseczce i… spokojnie. Bo tego wirusa naprawdę nie widać i ciężko powiedzieć, z której strony i na kogo on dziś zaczai się i napadnie. Półek sklepowych też nie ogałacam, bo wierzę w prawa rynku, ale fakt: zakupy staram się robić rzadko, więc ten mój wózek jest pewnie pełniejszy niż zwykle. Ale za obostrzenia wprowadzane przez premiera nie wyżywałabym się na widywanych przecież regularnie ekspedientkach. Już prędzej na premierze, ale z jego zaleceniami, póki co, w całości się zgadzam. I czekam na szczepionkę lub lek na koronawirusa — z niecierpliwością, ale i spokojnie.

Magdalena Maria Bukowiecka


Czytaj e-wydanie


Gazeta Olsztyńska zawsze pod ręką w Twoim smartfonie, tablecie i komputerze. Codzienne e-wydanie Gazety Olsztyńskiej, a w czwartek i piątek z tygodnikiem lokalnym tylko 2,46 zł.

Kliknij w załączony PDF lub wejdź na stronę >>>kupgazete.pl


W poniedziałkowym (20 kwietnia) wydaniu m.in.

Kiedy i jak wybierzemy prezydenta?
Konia z rzędem temu, kto powie kiedy odbędą się wybory prezydenckie w Polsce. Mamy coraz większy mętlik i przeciętny Kowalski zaczyna się głęboko zastanawiać, w co grają politycy. A do tego dochodzi jeszcze strach przed koronawirusem.

Roman Klasa - Operator 112Ludzie potrafią pluć jadem
Roman Klasa przez sześć lat pracował jako operator numeru 112 w Centrum Powiadamiania Ratunkowego. I mówi: „dziś wiem, jak brudne i niemoralne jest społeczeństwo". Napisał o tym książkę „Operator 112”.

Pracuje nad szybkim testem na koronawirusa
Po maturze wyprowadził się z Lubawy, aby rozpocząć studia. Dziś jako doktor inżynier pracuje nad tanim i szybkim testem do wykrywania koronawirusa. To wyścig z czasem i pełne poświęcenie.

Komentarze (4) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Komentarze dostępne tylko dla zalogowanych użytkowników. Zaloguj się.

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. Zytasub #2910181 | 83.5.*.* 22 kwi 2020 13:03

    Bydlak chodzi po mieście i kopie w samochody. Uwaga

    odpowiedz na ten komentarz

  2. Tokyo #2909784 | 83.9.*.* 21 kwi 2020 15:27

    Autorka napisała : "Bywam nadwrażliwa, spontaniczna i generalnie emocjonalna. " Mam pytanie, czy w tych emocjach usunięto moje komentarze? Myślę, że usunięcie komentarzy nie zmienia poziomu artykułu :-)

    Ocena komentarza: warty uwagi (6) odpowiedz na ten komentarz

  3. Adolf Hitler #2909488 | 185.220.*.* 20 kwi 2020 23:02

    Dziś moje 131-sze urodziny. Czy ktoś złoży mi życzenia?

    Ocena komentarza: poniżej poziomu (-5) odpowiedz na ten komentarz pokaż odpowiedzi (4)

    1. Tigra #2909450 | 195.136.*.* 20 kwi 2020 21:28

      Lekarzu, Ratowniku, Salowo, Pielęgniarko- powiedz mi w kolejce że pracujesz w służbie zdrowia a wpuszczę Ciebie przed siebie.

      Ocena komentarza: warty uwagi (15) odpowiedz na ten komentarz

    2001-2021 © Gazeta Olsztyńska, Wszelkie prawa zastrzeżone, GRUPA WM Sp. z o. o., 10-364 Olsztyn, ul. Tracka 5