Marzenia większe od rozsądku. Historia braci Ejsmontów

2019-10-06 18:30:20 (ost. akt: 2019-10-13 19:50:22)
Głaz ku czci braci Ejsmont w węgorzewskim porcie jachtowym

Głaz ku czci braci Ejsmont w węgorzewskim porcie jachtowym

Autor zdjęcia: Stefan Weker

Nawet po sławnej odwilży w 1956 roku swobodny wyjazd za granicę nadal nie był dla większości mieszkańców PRL możliwy. W tej sytuacji wiele osób decydowało się w tamtych czasach na nielegalne opuszczenie kraju. Tak jak pochodzący z Węgorzewa dwaj bracia Ejsmontowie.
Dwaj młodzi węgorzewianie, urodzeni w 1940 roku w Grodnie bliźniacy Mieczysław i Piotr Ejsmontowie, od dziecka marzyli o dalekich, morskich wyprawach. Nie mogąc legalnie wyjechać z kraju, dwukrotnie podjęli próbę ucieczki. Za pierwszym razem, pod koniec sierpnia 1959, młodzieńcy pojechali dwaj młodzieńcy do Szczecina, gdzie w tamtejszym klubie żeglarskim wypożyczyli małą, sześciometrową mieczówkę o romantycznej nazwie „Powiew”. Taki mały jachcik sportowy trzeba prowadzić bardzo uważnie, ponieważ każdy błąd grozi wywrotką.

A jednak młodzi żeglarze wyruszyli pod osłoną nocy na Bornholm. Oficer dyżury WOP nie chciał wypuścić ich w morze w związku z ostrzeżeniem sztormowym, przekonali go jednak, że – jak to potem opisali w „Panoramie Północy”: „będzie to właśnie okazja do wypróbowania naszych możliwości”. Przy wietrze rzędu 6-7 B musieli co pół godziny wylewać z kadłuba ok. 30 wiader wody. Płynąc bez świateł byli na morzu niewidoczni i dosłownie cudem przeszli tuż przed dziobem dużego statku.

O świcie dotarli do stolicy Bornholmu Rønne, gdzie poprosili tylko o wodę i o żywność. Tamtejsze władze odstawiły ich jednak do polskiej ambasady w Kopenhadze, skąd zostali deportowani do kraju. Pół roku musieli odczekać w Centralnym Więzieniu w Goleniowie na rozprawę sądową, w czasie której usłyszeli zarzuty nielegalnego przekroczenia granicy i uprowadzenia jachtu. Jak napisał po latach na łamach „Prawa i życia” znany szczeciński adwokat, mec. Roman Łyczywek, który bronił młodych żeglarzy w tym procesie:

„Postępowanie karne przeciwko obu braciom zostało umorzone z powodu znikomej szkodliwości społecznej ich czynu. Na tym zakończył się proces, ale nie wygasła pasja obu braci żeglowania po dalekich morzach...”.

Po odbyciu służby w Marynarce Wojennej, gdzie obaj uzyskali stopnie jachtowego kapitana żeglugi bałtyckiej, powrócili Ejsmontowie do realizacji swojego wielkiego marzenia. Wprawdzie władze PRL pilnowały, by obaj nie znaleźli się nigdy na morzu w tym samym czasie... Cóż jednak znaczy upór w konsekwentnym dążeniu do celu. Jakimś cudem udało im się znowu zwiść służby graniczne i dotrzeć, każdy na innej jednostce, do Danii. Tym razem poprosili już azyl polityczny, otrzymali prawo pracy i poszli do fabryki zarobić na kupno nowego jachtu. Pracowali po 11-12 godzin, by jak najszybciej kupić wymarzoną łódkę.

4 maja 1966 wypłynęli z Danii na swoim nowym s/y „John”, nazwanym tak na cześć nieżyjącego prezydenta Johna Kennedy’ego. Planowali między innymi złożyć wiązankę kwiatów na jego grobie w Waszyngtonie. Niestety na Morzu Północnym rozjechał ich duński tankowiec i cała epopeja zbierania pieniędzy na rejs rozpoczęła się od nowa. Kupiony rok później s/y „John II” został wyposażony, dzięki pomocy duńskiej Polonii, w sprzęt nawigacyjny, środki ratunkowe i znaczne zapasy żywności.

Po długim i trudnym rejsie dotarli wreszcie w Wigilię 1968 roku do Miami, gdzie otoczyli ich opieką przedstawiciele amerykańskiej Polonii. Wielkie wrażenie robiła zaprojektowana przez braci Ejsmont „Bandera Wolnych Polskich Żeglarzy” — biało-czerwony proporzec z wcięciem i niebieską obwódką, dumnie łopoczący pod salingiem ich jachtu. Wręczyli ją senatorowi Edwardowi Kennedy’emu, złożyli kwiaty na grobie jego zamordowanego brata — prezydenta USA i niezmordowanie pracowali nad kontynuacją wyprawy dookoła świata. Po dopłynięciu na drugą półkulę ich „John II” nie nadawał się już do dalszej żeglugi i rozpoczęli młodzi żeglarze długie poszukiwania pieniędzy na zakup nowej jednostki.

Kiedy wyglądało na to, że chyba nic z tego jednak nie wyjdzie, z pomocą przyszła mieszkająca w Detroit ciotka Ejsmontów Emilia Markiewicz-Marks. Pewnego dnia oświadczyła: „Jeżeli Polonia nie chce wam pomóc, to ja osobiście kupię wam ten jacht”.

W wywiadzie radiowym dla „Głosu Ameryki”, nadającej programy dla zagranicy po angielsku i w ponad 40 innych językach, bracia Ejsmont powiedzieli: „Chcemy, by nasza „Polonia” dotarła do wszystkich ośrodków, gdzie mieszkają Polacy na kuli ziemskiej (…) Popłyniemy na Cape Horn. Tam jeszcze nigdy nie było polskiego jachtu, a ten, którym wyruszymy jest najmniejszym, jaki kiedykolwiek odważył się na przejście tej trasy”.

Niestety, w drugiej połowie grudnia 1969 roku, w rejonie pomiędzy Wyspami Falklandy/Malwiny i argentyńskim portem Rio Gallegos, „Polonia” zaginęła bez śladu. W tym ostatnim rejsie towarzyszył braciom zabrany z Buenos Aires 22-letni student Wojciech Dąbrowski.

Jak skomentował to później znany polski żeglarz z tamtych czasów, kapitan s/y „Otago” Zdzisław Pieńkawa, współzałożyciel Bractwa Kaphornowców: „Jacht przeznaczony do żeglugi na wodach osłoniętych nie mógł przeciwstawić się rozszalałym oceanom południa”. Inny sławny żeglarz II połowy XX wieku, kpt. Krzysztof Baranowski, który opłynął samotnie świat, dodał jeszcze: „Ich marzenia były większe od rozsądku”.

Cytaty z polskiej i zagranicznej prasy pochodzą z wydanej w tym roku nakładem gminy Węgorzewo broszury wspomnieniowej autorstwa Wiesława Książka pt. „Tajemnica Braci Ejsmontów”.

Łukasz Czarnecki-Pacyński


5 marca 1953 roku (w dniu śmierci Stalina), 21-letni podporucznik Franciszek Jarecki uprowadził samolot odrzutowy MiG-15bis i wylądował na duńskiej wyspie Bornholm. Świat oszalał na jego punkcie. Jarecki wystąpił w Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa, od gen. Władysława Andersa otrzymał Krzyż Zasługi, a prezydent Dwight Eisenhower nadał mu obywatelstwo USA.


1985 rok. Dramatyczną próbę ucieczki z PRL podjęli dwaj bracia Zielińscy z Żyrakowa koło Dębicy – 13-letni Krzysztof i o dwa lata starszy Adam. Spędzili dwie doby ukryci na stalowej półce pomiędzy kołami naczepy TIR-a, który wywiózł ich do Szwecji. Na podstawie tej historii Maciej Dejczer nakręcił w roku 1989 kultowy film „Trzysta mil do nieba”. Potem, w Szwecji, Krzysztof Zieliński obronił doktorat z ekonomii na Uniwersytecie w Sztokholmie i wrócił ostatecznie do kraju, gdzie wykłada na kilku prywatnych uczelniach. Jego brat Adam założył w Szwecji rodzinę i już tam pozostał.

15 czerwca 1987 roku. Dwaj dwudziestolatkowie z Elbląga: Witold Schwill i Marek Socha polecieli samolotem Aeroklubu Elbląskiego do Berlina Zachodniego, lądując na lotnisku Tempelhof i oddając się w ręce Amerykanów. Jak opowiadał Schwill na łamach portEl.pl : „Przywitali nas dosyć ostro. (…) Kazali położyć się na ziemię, skuli nas kajdankami, broń przy głowie... (...) Później atmosfera się rozluźniła, jak dowiedzieli się, że to kolejna ucieczka w sprawie azylu. Wówczas wiele takich samolotów z Polski lądowało na Tempelhof i to dla nich nie była żadna nowość”.
Po tym locie bezpieka nakazała wszystkie śmigła samolotów stojących w hangarze w Elblągu otaczać na noc łańcuchami zamykanymi na kłódkę. Warto pamiętać:


Komentarze (1) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Komentarze dostępne tylko dla zalogowanych użytkowników. Zaloguj się.

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. zbych #2806975 | 89.228.*.* 20 paź 2019 08:23

    Dodam krótko - Ich marzenia zaczeły sieęjuż w Kętrzynie gdzie mieszkali i nasze jeziorko podziwiali a teraz w żadnej bibliotece ani księgarni oprócz internetu nie ma śladu aby coś przeczytać tu w naszym Kętrzynie,kamień w wodę.

    odpowiedz na ten komentarz