Bez niego nie byłoby dziś Zamku Królewskiego

2024-04-28 08:15:13(ost. akt: 2024-04-28 22:54:23)

Autor zdjęcia: Tomasz Zielonka on Unsplash

28 kwietnia 1899 r. urodził się Stanisław Lorentz, długoletni dyrektor Muzeum Narodowego, który podczas okupacji uchronił przed Niemcami wiele zabytków i dóbr kultury, a po wojnie doprowadził do odbudowy Zamku Królewskiego w Warszawie.
8 kwietnia 1899 r. urodził się Stanisław Lorentz, długoletni dyrektor Muzeum Narodowego, który podczas okupacji uchronił przed Niemcami wiele zabytków i dóbr kultury, a po wojnie doprowadził do odbudowy Zamku Królewskiego w Warszawie.

"Charakterystyczne jest, że swoją książkę zatytułował +Walka o odbudowę Zamku+" - zwrócił uwagę prof. Andrzej Rottermund, wieloletni współpracownik Lorentza. "Najpierw prowadził ją z okupantem niemieckim, ale później z tzw. władzą ludową" - ocenił.

Przypomniał, że prof. Lorentz zawsze prowadził z władzą pewną grę, w czym bardzo pomagał mu jego prestiż krajowy i międzynarodowy, który "powstrzymywał władze przed ostrzejszymi reakcjami na naciski profesora w sprawie odbudowy Zamku". "Było to szczególnie widoczne w latach rządów Władysława Gomułki, gdy profesor Lorentz mocno narażał się I sekretarzowi PZPR, który był osobistym wrogiem odbudowy Zamku" - powiedział w rozmowie z Michałem Szukałą (Dzieje.pl, 2016).

Gomułka swoją wrogość do Zamku uzasadniał politycznie, ideologicznie i ekonomicznie - dopóki on rządzi, nie będzie odbudowy.

"Mimo to profesor Lorentz podejmował walkę, na przykład poprzez pisanie listów i memoriałów do władz oraz tworzenie komitetów poparcia dla odbudowy Zamku, również za granicą, np. w Londynie" - dodał prof. Rottermund.

"Była to nie tylko próba przywrócenia społeczeństwu dorobku umiłowanego mecenasa sztuki, jakim dla Profesora był ostatni król Polski Stanisław August Poniatowski, nie tylko wciągnięcie szerokich rzesz Polaków do wielkiej edukacji obywatelskiej. Ale także - zwłaszcza w okresie, gdy sprawę odbudowy Zamku skutecznie dziesiątkami lat hamowano - uwieńczone sukcesem skupienie milionów Polaków wokół symbolu niezawisłości narodowej" - napisał historyk sztuki i konserwator zabytków Lech Krzyżanowski w piśmie "Ochrona zabytków" (1991).

Stanisław Lorentz urodził się 28 kwietnia 1899 r. w Radomiu, gdzie jego ojciec Karol Ludwik miał od 1896 r. prywatną szkołę z internatem. "Dla internatu prenumerował ojciec wszystkie pisma polskie, książki polskie. Zatrudniał guwernerów Niemca i Francuza. Nie było natomiast guwernera Rosjanina. Wizytacja z Petersburga to odkryła…" - opowiadał Robertowi Jarockiemu, autorowi książki pt. "Rozmowy z Lorentzem" (1981). Wizytatorzy wykryli również brak rosyjskich czasopism i książek - w efekcie kontroli Karol Ludwik Lorentz na początku 1901 r. stracił koncesję na prowadzenie szkoły.

Rodzina Lorentzów przeniosła się do Warszawy - Karolowi funkcję inspektora w prywatnym gimnazjum, a w istocie swego zastępcy, zaproponował sam Wojciech Górski. Matka Stanisława, Maria, została nauczycielką geografii.

Stanisław rozpoczął naukę w tej szkole w 1908 roku - jej uczniami wówczas byli m.in. Konrad Górski, Stefan Wyszyński i Stefan Wiechecki. W 1917 roku rozpoczął studia na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu Warszawskiego, gdzie poznał m.in. Marię i Stanisława Ossowskich, Mieczysława Wallisa i Władysława Broniewskiego. Wykładowcami zaś byli m.in. Władysław Tatarkiewicz, Marceli Handelsman i Zygmunt Batowski.

"Pod kierunkiem Batowskiego Lorentz napisał doktorat poświęcony Efraimowi Szregerowi – obronił się w 1924 r. Początkowo uczył w prywatnej szkole, którą prowadził jego ojciec Ludwik Lorentz (jej absolwentem był m.in. Aleksander Gieysztor). W 1928 r. otrzymał posadę konserwatora zabytków w województwach wileńskim i nowogrodzkim" - przypomniał historyk dr Tomasz Siewierski (Dzieje.pl, 2024).

Zajmował się m.in. konserwacją zamku w Trokach, w katedrze wileńskiej odkrył groby królewskie, wykładał także na Uniwersytecie Stefana Batorego w Wilnie. W tym czasie poznał też ówczesnego wojewodę wileńskiego, późniejszego prezydenta RP na uchodźstwie Władysława Raczkiewicza.

"Na niespotykaną wówczas skalę zainicjował cykl audycji radiowych, w których charakteryzował nie tylko problematykę ochrony i konserwacji zabytków, lecz także szerzej pojęte tematy z dziedziny historii i kultury. Nie czekając na opieszale przydzielane środki budżetowe, wyprzedził ministerstwo i wielkie prace konserwacji zamku w Trokach rozpoczął, finansując je osobistym kredytem, na który wystawił weksle. Stworzył fakt dokonany" - napisał Lech Krzyżanowski.

Energiczny i skuteczny w swych działaniach, szybko musiał rozpocząć pierwszą walkę. "Wobec awaryjnego stanu murów katedry wileńskiej spowodowanego wylewem Wilii Kuria Metropolitalna zdecydowała się w 1933 r. sprzedać za granicę kolekcję historycznych gobelinów, aby pilnie zdobyć środki na prace budowlane. Zgodnie z prawem wymagana była zgoda wojewódzkiego konserwatora zabytków, a tej dr Stanisław Lorentz odmówił" - przypomniał Krzyżanowski. Upartego Lorentza odwołano ze stanowiska, ale wskutek protestów organizacji społecznych, stowarzyszeń, całej poruszonej opinii publicznej Wilna kuria wycofała się z zamiaru sprzedaży. Lorentza przywrócono na stanowisko, w budżecie państwa znalazły się pieniądze na sfinansowanie prac.

"Można sądzić, że świadomy skali ryzyka Lorentz w swej słusznej, nieustępliwej walce o kolekcję gobelinów przewidywał i taki wariant nadziei na zwycięstwo. Ale pozostaje faktem, że nie zawahał się postawić swej kariery na jedną kartę" - ocenił Krzyżanowski.

W 1935 r. Stanisław Lorentz wrócił do Warszawy, by z inicjatywy prezydenta stolicy Stefana Starzyńskiego zająć się ciągnącą się latami (decyzja o budowie zapadła 31 grudnia 1923 r.) realizacją siedziby Muzeum Narodowego przy Alejach Jerozolimskich. I znów jego energia i konsekwencja w działaniu dały znać o sobie - 13 października 1938 r. w ukończonym gmachu otwarto wystawę "Warszawa wczoraj, dziś i jutro" ukazującą wizję europeizacji stolicy Polski. Obejrzało ją ponad milion zwiedzających.

Niespełna rok później, w czasie obrony Warszawy, Lorentz starał się przede wszystkim chronić i zabezpieczać Zamek Królewski. "O ten obiekt, symbol polskiej państwowości, Lorentz dbał z narażeniem życia przez całą okupację, wymontowując z niego poszczególne elementy i ukrywając je przez Niemcami. Niestety, w październiku 1944 r. Zamek został doszczętnie zniszczony" - napisał Siewierski.

We wrześniu 1939 r. ściśle współpracował z prezydentem Starzyńskim, brał udział w rozmowach kapitulacyjnych Warszawy. 5 października, gdy Adolf Hitler odbierał w stolicy podbitej Polski defiladę, w stołecznym Ratuszu Niemcy trzymali 12 zakładników, którzy mieli być gwarancją spokojnego przebiegu wizyty Führera. "Na polecenie prezydenta Starzyńskiego jeździłem w przeddzień do kilku znanych osobistości, by uzyskać ich zgodę na włączenie do listy zakładników" - opowiadał Lorentz Jarockiemu.

26 października w gabinecie Starzyńskiego zjawiło się dwóch oficerów Gestapo, by go aresztować. "Niech pan im powie, że chciałbym, by pan był ze mną w charakterze tłumacza, bo nie znam niemieckiego" - zwrócił się do Lorentza prezydent stolicy. Niemcy nie zgodzili się na to. Dalsze losy Starzyńskiego przez ponad 60 lat były nieznane. W 2014 r. pion śledczy IPN ustalił, że Starzyński został zamordowany przez Gestapo między 21 a 23 grudnia 1939 r. w Warszawie lub okolicach.

W czasie niemieckiej okupacji Lorentz - jak napisała Agata Zbieg na stronie Muzeum Historii Polski - "pozostawiony na stanowisku dyrektora Muzeum Narodowego w Warszawie robił wszystko, by utrudniać nazistom grabież dzieł sztuki". Jednocześnie, pod pseudonimem "Bukowski", kierował działem strat kultury w Departamencie Kultury i Oświaty Delegatury Rządu na Kraj.

Obie funkcje wymagały charakteru. Niemcy w Polsce - co dzisiaj łatwo się zapomina - działali inaczej niż w innych okupowanych krajach Europy. "Pod tym względem położenie Francji, Belgii, Holandii, Norwegii czy Danii było w porównaniu z Polską sielankowe" - powiedział Lorentz Jarockiemu. "Wynikało to z innych zamiarów i innej polityki rządu hitlerowskiego w stosunku do nas i do okupowanych narodów zachodniej Europy. W tych ostatnich Niemcy hitlerowskie po swoim zwycięstwie widziały sojuszników-satelitów mających wspomagać nowe imperium niemieckie, toteż pozory samodzielności zostały tam zachowane. Życie uniwersytetów, wydawnictw, teatrów i filmu znajdowało się nadal w rękach Francuzów, Belgów czy Holendrów. Ingerencja niemiecka miała charakter cenzuralny" - wyjaśnił. "Natomiast w Polsce sytuacja była zupełnie inna. Rząd Polski nie skapitulował i nie miał takich zamiarów wobec Niemiec" - przypomniał. "Powtarzam raz jeszcze: Niemcy od początku planowali nie tylko likwidację państwa polskiego, ale całkowite wyniszczenie kultury polskiej, pozbawienie Polaków tożsamości i tradycji patriotycznej, sprowadzenie wykształcenia nowych pokoleń dziesiątkowanego narodu polskiego do poziomu szkoły elementarnej, a w przyszłości przesiedlenie Polaków gdzieś w rejony Uralu" - podkreślał Lorentz.

Wraz z gronem współpracowników rejestrował straty dóbr kultury, co dało później podstawę akcjom rewindykacyjnym, już po upadku Powstania Warszawskiego. Kierował wtedy "Akcja? Pruszkowska?", która ocaliła wiele ważnych dokumentów przeszłości. "Zdołano uratować znakomite dzieła sztuki, księgozbiory, archiwalia o podstawowym dla narodu znaczeniu" - przypomniał Lech Krzyżanowski.

Ciekawie w kontekście kierowania muzeum pod kontrolą niemiecką wypada powszechnie znana akcja Alka Dawidowskiego, który po usunięciu pomnika Kilińskiego (w odwecie za usunięcie z pomnika Kopernika niemieckiej tablicy) na ścianie Muzeum Narodowego napisał: "Ludu Warszawy, jam tu, Jan Kiliński".

"Oczekiwałem niemieckiej reakcji. Chyba dopiero koło dziesiątej przed południem wpadł do mnie Schellenberg (bezpośredni zwierzchnik Lorentza - PAP), żądając, by natychmiast zmobilizować ludzi do zmywania i zdrapywania napisu. Ponieważ farba bardzo wżarła się w kamień, trwało to czas dłuższy" - wspominał Lorentz. "Pomnik Kilińskiego osłoniliśmy w hallu i Niemcy o nim zapomnieli" - dodał.

"W 1945 r. Lorentz nadal zarządzał Muzeum Narodowym w Warszawie, ale robił też w stolicy wiele innych rzeczy. Wykładał na Uniwersytecie Warszawskim, zaraz po wojnie kierował Dyrekcją Muzeów i Ochrony Zabytków. Z ramienia Stronnictwa Demokratycznego był w drugiej połowie lat 60. posłem na Sejm" - napisał dr Siewierski.

W wyborze na posła bardzo pomógł mu Stefan Wiechecki, kolega ze szkolnej ławki. "Dzięki jego wspaniałym felietonom, wygłaszanym po moich referatach (jak przystało na prawdziwego kandydata na posła), rozpoczynających się od przemysłu chemicznego, ale poświęconych głównie kulturze, dostałem prawie sto procent głosów! Wiech wiedział, jak mnie zareklamować" - mówił Lorentz Jarockiemu.

"Po wojnie zainicjował utworzenie Naczelnej Dyrekcji Muzeów i Ochrony Zabytków i stanął na jej czele. Jego autorytet był w tym czasie niekwestionowany, nie mogli mu go odmówić nawet komuniści, zwłaszcza że własnych specjalistów po prostu nie mieli" - napisała Agata Zbieg. "Później do jego największych sukcesów należało współuczestniczenie w odbudowie warszawskiej Starówki, Fromborka, zamków Szlaku Orlich Gniazd czy Długiego Targu, a także Zamku Królewskiego w Warszawie" - dodała.

"Bez Stanisława Lorentza nie byłoby Zamku Królewskiego w Warszawie" – wspominał po latach Aleksander Gieysztor.

"Po ustąpieniu z funkcji w Obywatelskim Komitecie Odbudowy Zamku Królewskiego nie zdecydował się na udział w uroczystym przekazaniu ukończonego dzieła dyrekcji Zamku Królewskiego - dzieła, któremu poświęcił siły, energię i serdeczną troskę przez blisko pół wieku. W dniu uroczystości do ostatniej chwili wszyscy zgromadzeni w salach zamkowych z wielkim napięciem oczekiwaliśmy na jego pojawienie się. I nie dane nam było aplauzem powitać Wielkiego Promotora. Przeżyliśmy chwile gorzkiej zadumy" - napisał Lech Krzyżanowski.

Komunistyczne władze PRL nie wybaczyły prof. Lorentzowi zaangażowania w obywatelski ruch sprzeciwu. W jednej z "milicyjnych powieści" Anny Kłodzińskiej, dyżurnej autorki Ministerstwa Spraw Wewnętrznych PRL (jej "twórczość" pełniącą funkcję donosu opisał Stanisław Barańczak w publikacji "Książki najgorsze"), pojawiła się mocno podejrzana postać dyrektora ważnego muzeum. Nazwisko nie padło, ale niesmak pozostał.

"Miał on bardzo zdecydowane poglądy i nastawienie do takich spraw jak uczciwość i wierność swoim przekonaniom. Nigdy nie ulegał żadnym naciskom. Liczył się więc z takimi konsekwencjami. Dlatego musiał odejść z Muzeum Narodowego" - powiedział Michałowi Szukale prof. Andrzej Rottermund.

Stanisław Lorentz zmarł 15 marca 1991 r. Spoczął na cmentarzu Ewangelicko-Augsburskim przy ul. Młynarskiej w Warszawie.


PAP


bm